Ma zawarta dawno temu znajomość z dziełami Harlana Cobena przebiegała niczym burzliwy związek: rozpoczęła się od fascynacji, a zakończyła na znudzeniu i irytacji. Za sprawą firmowego tajemniczego Mikołaja przypadła mi w udziale okazja na ponowne rozpalenie tego uczucia. Przystępując do lektury, zastanawiałem się, czy Fool Me Once powtarza charakterystyczne dla autora schematy i czy znów będą one dla mnie przeszkodą w lekturze. W trakcie okazało się zaś, że uzyskałem odpowiedzi nawet na pytania, których sobie nie zadawałem.

Nowy Jork, Central Park – Joe i Maya Stern zostają napadnięci przez dwóch zamaskowanych napastników. On zostaje zastrzelony, ale jej udaje się uciec. Kilka dni później, krótko po pogrzebie, Maya ogląda nagranie z kamery ukrytej w ramce na zdjęcia i dostrzega na nim swojego męża. W dodatku zaufana opiekunka zapytana o to zajście korzysta skutecznie z gazu pieprzowego i ucieka z kartą SD. Czy męczona omamami słuchowymi skompromitowana weteranka może być pewna tego, co widziała? Czy ktoś chce wytrącić ją z równowagi? Jeśli tak, to w jakim celu? Maya nie wie, komu ufać – nie jest nawet pewna, czy może zaufać sobie. By odkryć prawdę będzie musiała zacząć grzebać w przeszłości nie tylko potężnej rodziny swojego męża, ale też i swojej.

Jeśli ktoś czytał jakiekolwiek inne książki Harlana Cobena, to powyższe wprowadzenie do fabuły na pewno wyda mu się znajome. Amerykanin jest bardzo dobry w tym, co robi – w ramach swoje gatunku jest zapewne jednym z lepszych. Bardzo skutecznie buduje napięcie, zasiewa w czytelniku wątpliwości i mnoży fałszywe tropy. Całkiem nieźle przychodzi mu też kreowanie postaci wytrąconych z równowagi, lecz nadal pełnych determinacji. Maya Stern wątpi w swą poczytalność, lecz nadal jest to twarda sztuka, która walczy o bezpieczeństwo swojej córki. Warto też zaznaczyć, że nie autor przesadza z mnożeniem cliffhangerów. U Cobena koniec rozdziału nie zawiesza akcji, a raczej uderza czytelnika przez czerep kolejnym skrawkiem informacji, który rozsypuje budowany przez niego obraz wydarzeń. To właśnie tu kryje się główna przyjemność obcowania z powieściami Cobena – na podjęciu gry, na próbie stanięcia obok głównego bohatera i szukania prawdy wraz z nim.

I tu też leży przysłowiowy pies pogrzebany, gdyż ja nie potrafię podjąć tej gry. Pierwszym powodem ku temu jest to, że jest to gra ustawiona i nierówna. Kluczowe informacje zmieniające zupełnie obraz wydarzeń są zrzucane na czytelnika z intensywną regularnością. Problem polega na tym, że są to fakty, których nie ma jak się domyśleć. Można więc sobie zgadywać do woli, ale będzie to czcza zgadywanka. W przypadku Fool Me Once miałem po drodze różne hipotezy, a ta właściwa była jednym z tych pół losowych strzałów. Dlaczego jedynie pół? Druga połowa to znajomość schematów stosowanych przez Cobena. To właśnie ta wiedza pozwala na samym początku powieści ograniczyć ze sporym prawdopodobieństwem grupę podejrzanych. Z jednej strony ta wiedza wyrównuje szanse w grze prowadzonej z autorem, ale z drugiej po prostu psuje zabawę. Innymi słowy – kogoś te ciągłe wolty będą ekscytować i popychać do przodu, a mnie nieco męczyły. Choć przyznam zupełnie szczerze, że nawet mi zdarzył się moment tramwajowego zagapienia.

Kilka lat przerwy nie pomogło ani mi, ani też Amerykaninowi. Jestem przekonany, że będzie nadal pisał bestseller za bestsellerem, a mi nadal nie będą się one podobały. Fool Me Once na pewno nie zawiedzie fanów pisarza ani też miłośników gatunku. Jest to po prostu kolejna z identycznych cegiełek w dorobku autora, którego można podziwiać za stałość. Ja jednak podziwiał będę z daleka.

Widzę, że się starzeję: nieomylną oznaką jest fakt, że nie interesują nie ani nie zaskakują nowości, może dlatego, że – jak stwierdzam – nie ma w nich nic specjalnie nowego, że są to zawsze te same, skromne wariacje.

[Jorge Luis Borges, Księga piasku]