Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Kiedy dwa równa się siedemnaście, czyli o sytuacji kobiet w literackim świecie

Czytanie innych blogów to inwestycja czasowa, która zwraca się nie tylko w postaci budowania sieci, ale i inspiracji. W moim przypadku prym wiedzie kronikująca Silaqui, która ostatnio często nie pisze, ale za to skuteczność ma wysoką. Jej wpis rozważający niedobór polskich autorek science-fiction i zamieszczone pod nim komentarze mówiące o potencjalnym efekcie skali popchnęły mnie w objęcia wujka Google. Parę chwil poszukiwań zaowocowało tyloma znaleziskami, że wiedziałem, że bez wpisu się nie obejdzie, a w dodatku nie będzie się on wcale ograniczał do Polski i SF.

Na samym początku trafiłem na artykuł poświęcony sytuacji na rynku książkowym w Australii. Organizacja przyznająca nagrodę Stella przyjrzała się na podziały płciowe recenzji w różnych australijskich publikacjach. Okazało się, że kobiety są znacznie rzadziej recenzowane niż mężczyźni. Trudno mi oceniać prestiż poszczególnych czasopism, ale przykładowo: w najstarszej australijskiej publikacji tego typu, Australian Book Review, stosunek wynosił 66% mężczyzn do 34% kobiet. Więcej przykładów można znaleźć w pełnym raporcie, ale te liczby to zdecydowanie reguła, a nie wyjątek – zdarzają się większe zaburzenia. Tu można by było podnieść sprzeciw i przypuszczać, że może przecież mężczyźni więcej piszą i sytuacja jest w normie, ale tu przywołać trzeba inną statystykę – w roku 2015 66% populacji autorskiej najmniejszego kontynenty to kobiety, a gdy wziąć pod uwagę „trade publishing” (wszystko poza książkami akademickimi i wysoce specjalistycznymi) ta liczba rośnie do 72%. Na pewien pokrętny sposób wskazuje to zaburzenie w drugą stronę i pokazuje, że w tym aspekcie kobietom się powodzi na rynku, ale gdy zestawić te liczby ze statystykami recenzenckimi, to widać, że sytuacja jest postawiona na głowie.

Jeszcze parę lat temu sytuacja wyglądała podobnie w USA: w 2013 w The New York Review of Books na 636 autorów przypadły 164 autorki. Dużo szczegółów i statystyk zawiera artykuł autorstwa Jean Oggins z periodyku Sex Roles. Jednak w USA od 2010 prężnie działa organizacja VIDA, a raport za rok 2015 pokazuje znaczną poprawę. Rolę tu odegrały świadome wysiłki redaktorów naczelnych przeróżnych, także wysoce prestiżowych, czasopism literackich. Sytuacja za to nie uległa zmianie, gdy chodzi o nagrody literackie. Okazuje się bowiem, że kobieta pisząca o kobietach ma marne szanse na zdobycie nagrody literackiej. Między 2000 a 2014 rokiem dziewięć nagród Man Booker przypadło książkom napisanym przez mężczyzn, w których mężczyzna jest protagonistą. Nicola Griffith przeliczyła statystyki dla sześciu nagród i wyraźnie potwierdzają one, że pisanie o kobietach się zwyczajnie nie opłaca. Skrajnym przykładem jest tu Nagroda Pulitzera: tylko jedna z piętnastu nagrodzonych w latach 2000-14 była napisana przez kobietę z kobietą jako głównym bohaterem – była Olive Kitteridge Elizabeth Strout. Ale nawet i tam jest część pisana z punktu widzenia mężczyzny. Wiem, że to grząski grunt i można argumentować, że może mężczyźni po prostu lepiej piszą, ale według mnie przy tak wyraźnych różnicach ten argument się nie broni.

Najbardziej dla mnie szokujący przykład nierówności pokazuje, że problem może leżeć w samej branży wydawniczej. Młoda pisarka, Catherine Nichols, pewnego razu postanowiła postąpić wbrew wydawniczym regułom i przeprowadziła eksperyment na branży. W artykule dla serwisu Jezebel opisuje dokładnie co, jak i dlaczego, ale sprowadza się to do tego, że przesyłała zapytania do agentów literackich pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem oraz pod męskim pseudonimem. Zapytanie takie zwane jest po angielsku „query letter” i wysyła się je do agenta, gdyż większość wydawców przyjmuje zgłoszenia tylko od agentów właśnie. Składa się ono przeważnie z krótkiego opisu powieści, autora i zawiera kilka pierwszych stron maszynopisu. Okazało się, że George jest osiem razy lepszy w pisaniu tej samej powieści niż Catherine. Na 50 przesłanych zapytań otrzymał 17 próśb o przesłanie całości, a do Catherine wróciły 2 takie prośby. Okazało się też, że agenci zwracali uwagę na zupełnie inne rzeczy, oceniając książkę napisaną według nich przez kobietę. Gdy się przyjrzeć głównym wydawcom na rynku amerykańskim, okazuje się, że choć większość osób przez nich zatrudnionych to kobiety, to boleśnie odczuwalny jest szklany sufit. Na wyższych szczeblach pracują w większości mężczyźni, co jest o tyle ważne w kontekście nagród, że nominacje do nagród przesyłane są właśnie przez wydawców. Raport dla czasopisma The Bookseller wskazuje, że nie ma przypadku w tym, że kobiety zdobywają więcej nagród, gdy u steru wydawnictw napotkać można energiczne, przebojowe menedżerki.

Część statystyczno-prezentacyjna zakończona, pora na część problematyczną, czyli odpowiedź na pytanie „Dlaczego?”. Moja próba będzie dwudzielna, podzielona na spojrzenie od środka i od zewnątrz. Perspektywę wewnętrzną dobrze pokazuje artykuł autorstwa Hannah Macauley-Gierhart zbierający opinie kilku autorek z Australii, ale ich odpowiedzi dość dobrze odzwierciedlają opinie wyrażają w innych tekstach i rozmowach. Sama autorka pisze o walce o równowagę między pisaniem a resztą życia, o traktowanie na poważnie i o to, by wpaść w pułapkę „prozy kobiecej„. Nagradzana w Australii Christine Piper pisze o swoich doświadczeniach o tym, że problem leży też w samych kobietach, które wątpią w swoje umiejętności, nie akcentują swoich talentów i biorą do siebie odmowę. Mężczyzn zaś wychowuje się tak, by byli pewni siebie i podkreślali swoje zalety. Jest to oczywiście generalizacja po części krzywdząca, ale trochę racji w niej jest – potwierdza to wypowiedź Roba Spillmana (redaktor czasopisma Tin House), który mówi, że kobiety pięć razy rzadziej przesyłają kolejną wersję raz odrzuconego opowiadania. Cara Blue Adams, redaktora Southern Review, doradza kobietom, by brały przykład z mężczyzn, jeśli chodzi o podejście do walki o publikację. Nie powinny bać się bezpośrednich, proaktywnych działań ani też przejmować się społecznymi oczekiwaniami, które mogą hamować ich starania.

Druga część odpowiedzi na fundamentalne pytanie z poprzedniego akapitu także charakteryzuje się pewną ogólnikowością, ale akurat ta perspektywa tego wymaga. Kompilując uwagi z różnych cytowanych tu tekstów oraz z nieco leciwego już artykułu Scent of a woman’s ink, dojść można do wniosku, że u podstaw poruszanych tu problemów leży w postrzeganiu i szufladkowaniu. „Męski” głos w literaturze jest kojarzony z doświadczeniem i poważnymi tematami, a „literatura kobieca” widziana jest jako bardziej frywolna, „uczuciowa” i udomowiona. Wchodzą więc tu w grę dobrze znane stereotypy postrzegania płci. Artykuł zawiera świetne przykłady na pułapki postrzegania prozy przez pryzmat płci. Cytowana w nim Diana Johnson, współautorka scenariusza do Lśnienia i zdobywczyni nominacji do Pultizera, twierdzi, że mężczyźni nie nauczyli się kojarzyć obrazów u używanych przez kobiety, (takich jak dom, ogród, szaleństwo) z uniwersalnymi doświadczeniami życiowymi, natomiast kobiety czytające od dzieciństwa mnóstwo książek pisanych przez mężczyzn szybką uczą metaforycznej wagi pola bitwy, podróży, żeglowania itp. Mówiąc zupełnie prosto: recenzenci (co widać na przykładzie Catherine Nichols) oraz czytelnicy inaczej podchodzą do książki napisanej przez kobietą, a inaczej do napisanej przez mężczyznę. Widać to nawet po okładkach. Bardzo ciekawy eksperyment sprokurowała Maureen Johnson, która poprosiła czytelników o wyobrażenie sobie „kobiecych” wersji okładek powieści pisanych przez mężczyzn. Wyniki tego eksperymentu są głównie zabawne, ale i wiele mówiące.

Nietrudno zauważyć, że nie napisałem tu jeszcze ni słowa o Polsce ani bezpośrednio o science-fiction. Tę część zostawiam na koniec, bo tu opierać się mogę jedynie na przypuszczeniach i paralelach. Jeśli chodzi o pytanie zadanie przez Silaqui, to tak naprawdę odpowiedzieć na nie powinny same pisarki czy też potencjalne pisarki oraz pracownicy wydawnictw czytający nadsyłane teksty. Nie wiemy bowiem, czy Polki piszą tak mało SF, czy może trudno im się przebić przez wydawnicze sito. Na pewno działa tu efekt skali: w USA w tym gatunku kobiety też stanowią mniejszość. Choć to straszne uproszczenie, bo w tam mamy do czynienia z historyczną huśtawką (patrz: lata 70-te świetne dla kobiet vs. marne 80-te i 90-te). Tak ogólnie wydaje mi się, że działa tu też sprzężenie dwóch czynników: postrzegania SF jako gatunku „męskiego” oraz marketing, który skupia się na młodszych przedstawicielach płci bardziej owłosionej. Nie wspominam już o tym, że w Polsce kultura czytania w ogóle nie stoi na zbyt wysokim poziomie. Wyobraźmy sobie więc jak postrzegana może być przez rówieśników nastolatka nie dość, że czytająca (!), to jeszcze science-fiction (!!). Ja wiem, że z poziomu fandomu czy też blogowego światka może to nie wyglądać tak źle, ale ten wycinek to taka tęczowa bańka, poza którą tak różowo nie jest. A jest to o tyle ważne, że bez odpowiedniego oczytania i zaczytania trudno sobie wyobrazić podjęcie prób pisarskich. A gdy dodać do tego kwestię pewności siebie wspomnianą wcześniej oraz świadomość tego, że kobiety mają zwyczajnie mniej czasu na pisanie (może i czasy się zmieniają, ale i tak to kobiety poświęcają więcej czasu na dom i dzieci), to obraz się nieco klaruje.

Zdaję sobie sprawę, że w tym wpisie poza statystykami i twardymi danymi napotkać można dużo generalizacji. Wiem też, że dla wielu argumentów znaleźć można kontrprzykłady. Wiem, że jest Margaret Atwood, Ursula K. Le Guin i wiem, że Ann Leckie zdobyła Hugo. Nie trzeba mi tego przypominać, ale bardzo chętnie podyskutuję i się kulturalnie pospieram. Idealnie by też było poznań znanie i głos czytelniczek science-fiction, próbujących sił z pisaniem w tym gatunku, a może i autorek już wydanych (choć to marzenie ściętej głowy). Mój głos jest o tyle paradoksalny, że jestem facetem piszącym o problemach kobiet. Może i zabrzmi to nieco patetycznie, ale ten wpis bez dyskusji i komentarzy pozostanie sztuką dla sztuki. Na koniec takiego wpisu powinienem zaproponować jakieś cudowne rozwiązanie, ale jedyne, co mi przychodzi do głowy to: próbujcie czytać świadomie i autorefleksyjnie, oceniając samą literaturę. Tylko tyle i aż tyle.

Zaczęłam rozumieć, dlaczego mężczyźni, którzy nie cierpią kobiet, tak łatwo robią z nas idiotki. Nienawistnicy są jak bogowie: nieosiągalni i wszechmocni. Schodzą na ziemię, a potem znikają, kiedy im się zechce. Nie można ich w żaden sposób ujarzmić.

[Sylvia Plath, Szklany klosz]

Poprzedni

Kameralny kres, czyli „Oryks i Derkacz” Margaret Atwood

Następny

Surfując na fali zmian, czyli „Wada ukryta” Thomasa Pynchona

Komentarzy: 30

  1. Uwaga: komć w formie strumienia świadomości. Nie wiem nawet, czy na temat. Ale długi.

    A znasz te badania z poletka filmowego, które wykazały, że wśród anonimizowanych scenariuszy przyjmuje się do produkcji tyle samo napisanych przez mężczyzn, co przez kobiety, ale już wśród podpisanych imieniem i nazwiskiem proporcja wygląda jak 7:3? Czasem mam wrażenie, że jury nagród literackich również powinno dostawać do przeczytania i oceny teksty anonimizowane. Tylko zrobić to trudniej. (choć obowiązkowe anonimizowanie tekstów weryfikowanych przez wydawców mogłoby być jakimś rozwiązaniem)

    Oraz jest jeszcze to złośliwe powiedzenie, że jak facet napisze powieść obyczajową, to od razu wielka literatura problemowa, ale jak zrobi to kobieta, to tylko głupiutki chick-lit.

    Wiesz, ty tu piszesz, że Lecke zdobyła Hugo, a ja sobie wtedy przypominam to jojczenie w internetach: za każdym razem, kiedy do nagrody nominowane jest więcej autorek niż autorów rozpętuje się gównoburza, że ta wstrętna poprawność polityczna niszczy literaturę (w domyśle: faceci z pewnością piszą lepiej, ale prawilniej teraz nominować kobiety)…

    Z drugiej strony też oczekiwania gawiedzi względem pisarek są inne. Weźmy choćby wyświechtany przykład tworzenia postaci kobiecych (to, o czym tu napiszę, powoli odchodzi w niepamięć, ale to bardzo poręczny przykład). Autorom często wybacza się tworzenie bohaterek tekturowych, w jakimś dziwnym przekonaniu, że… w sumie nie wiem co. Że mężczyźni mniej empatyczni, więc o kobietach trudniej im pisać? Że jako faceci z pewnością piszą o ważniejszych sprawach, więc wybaczmy im drobne potknięcia? W każdym razie, napisanie sensownej kobiecej bohaterki ma świadczyć o wirtuozerii pióra. W drugą stronę to nie działa – jak autorka tworzy tekturowych bohaterów płci dowolnej, nikt jej nie usprawiedliwia.

    A może tu działa fantastyczny odpowiednik powiedzonka o powieściach obyczajowych, które przywołałam wcześniej? W końcu powieści Artwood nie są reklamowane jako SF – jeśli już, eksponuje się ich aspekt obyczajowy. „Czarne” Kańtoch reklamowano jako opowieść oniryczną. A „Temeraire” Novik jest prawie zawsze reklamowane jako fantasy, choć technicznie rzecz ujmując jest to czystej wody SF. Może to nie tylko kobiety piszą mniej SF, ale też napisane przez nie SF jest upupiane innymi etykietkami?

    • pozeracz

      Możliwe, że kiedyś ten news scenariuszowy obił mi się o uszy, ale umknął. To smutne, że tyle branż na to cierpi. W przypadku nagród literackich nie mam za bardzo pomysłu, jak to rozwiązać. Juror musi w miarę dobrze znać branżę, więc trudno byłoby pewnie zupełnie ukryć autora książki, która miała już premierę. Ale w przypadku wydawców/agentów to już inna sprawa.

      „Chick-lit” czy „literatura kobieca” to określenia według mnie szkodliwe. To pierwsze samo w sobie brzmi może nie tyle poniżająco, ale deprecjonuje na pewno. To drugie brzmi niby neutralnie, ale wyłącznie jako określenie, a szufladka/gatunek. Nie ma przecież żadnego gatunku „literatura męska”. Z tym jojczeniem to prawda. Ale to akurat wina tego, że ta „głośna” część fandomu bywa siedliskiem mizoginii – wielu zagorzałych fanów, zwłaszcza SF, z wielkim zapałem swego poletka. Bardzo bronią się przed zmianami i przed tym, co im nieznane, obce. Zawsze mi się tu przypomina cytat z wywiadu z Martinem, który zapytany o to, jak mu się udaje tworzyć ciekawe i zróżnicowane kobiece, a on odpowiada, że po prostu od zawsze traktuje kobiety jak ludzi.

      Co do ostatniego akapitu: marketing, marketing. To jest ten sam proces, który pokazują wklejone do wpisu okładki. Powieści pisane przez kobiety są inaczej reklamowane, dostają inne okładki i inne ich cechy się eksponuje.

      • Khem, odnośnie literatury męskiej.;)
        https://kaczazupa.wordpress.com/2016/07/20/dick-lit-czyli-jak-sprzedac-ksiazke/

        Tylko że widzisz, problem zaczyna się wtedy, kiedy ci zagorzali są redaktorami i uznanymi w środowisku krytykami. Obawiam się, że przynajmniej częściowo tak właśnie w Polce jest.

        Tak, też mi się ten Martin nasuwał podczas pisania poprzedniego komcia. Acz mam wrażenie, że ogromna większość polskich autorów ma z tym ciągle problem (nawet ci, których kunszt literacki uznaję za stojący na wysokim poziomie mają problem z tworzeniem bohaterek wychodzących z klasycznych ról damseli w distresach/nagrody bohatera/famme fatale . Więc innych nie tworzą, względnie wychodzą im faceci z cyckami. Ale to jakby dyskusja na inną okazję).

        I tak na koniec zaczynam mieć przeświadczenie, że prawdziwa tożsamość KAŻDEGO autora powinna być ukryta na każdym etapie drogi wydawniczej. Wtedy nie byłoby problemu ani z przyjmowaniem do druku, ani z mizoginicznymi fanami, ani ze stronniczym jury. Ale to taka dys/utopia.;)

        • pozeracz

          O, losie, ale dobry wpis. „Dick lit” i „science-friction” będę musiał dodać do swoich blogowych tagów. W Polsce „ciekawie” pod tym względem jest zwłaszcza z fantastyką, która ma bardzo silny obóz prawicowy. Bez wchodzenie w politykę i inne świństwa mogę powiedzieć, że mimo wszystko miało to spory wpływ na to, jak się sprawy mają.

          Ja sam nie wiem, czy takie ukrywanie to dobra droga. Według mnie byłoby to obejście problemu bez rozwiązywania go. Pomijając, że to rzeczywiście niemożliwe.

  2. Och, dziękuję Ci za ten tekst, który poparłeś przykładami. Do paradoksów dochodzi takich, że książki o relacji ojciec-syn uznawane są za opisujące uniwersalne doświadczenie, ale o macierzyństwie za wyłącznie kobiece… I bez świadomych działań to się nie zmieni. Zwróciłeś kiedyś uwagę na skład redakcji rodzimego magazynu „Książki”? Głównie mężczyźni. Przy czym większość literaturoznawców w Polsce to kobiety. Nie podważam kompetencji tych panów, jednak dysproporcja mnie razi od dawna.

    • pozeracz

      To co piszesz o macierzyństwie/tacierzyństwie, to jest chyba właśnie to, o czym wspominała Diane Johnson. Metaforyka domu, ogrodu i macierzyństwa jest kojarzona z doświadczeniami kobiecymi, ograniczonymi, a ta typowo męska (walka, wojna) uznawana jest za uniwersalną.

      W literackich środowiskach chyba ogólnie większość „dołu” to kobiety (wystarczy spojrzeć na proporcje płciowe na filologiach), ale góra bywa bardzo skostniała.

      • Jest też więcej wykładowczyń ogólnie. Ale funkcje kierownicze czy to zakładów czy zespołów badawczych częściej pełnią mężczyźni 😉

        • pozeracz

          Pobieżnie przejrzałem sobie pobieżnie składy przeróżnych wydziałów/instytutów filologii angielskiej i tu akurat jest w miarę równo – w kierownictwie też. Co i tak nie oddaje składu studenckiego, ale nie jest źle. Na UAM zmiana kierownika (wtedy) instytutu na prof. Dziubalską-Kołaczyk była jedną z najlepszych zmian w trakcie mych studiów.

  3. Temat trudny, dla mnie dość osobisty. No cóż, ciężko się pozbyć etykiet i utartych schematów, że kobiety piszą lekkie powieści, a jak tworzą SF to na pewno „nie jest tak dobre i mocne jak te napisane przez mężczyznę”. Z drugiej strony weźmy Sandersona, którego uwielbiam. Czy np. Elantris to jest takie mocne dzieło? Czy gdyby napisała je kobieta zostałoby tak samo przyjęte? Myślę, że nie zainteresowałoby sobą szerszego grona, bo od razu zostałoby zaszufladkowane jako „babskie”. Nie bez powodu część autorek SF pisze pod męskimi pseudonimami lub używa inicjałów. To też siedzi w czytelnikach, którzy są przyzwyczajeni do tego, że SF jest domeną mężczyzn. Trzeba więc wspierać kobiety, które piszą w tym gatunku, mówić o nich, jak i zachęcać do czytelnictwa. Ja sama jako nastolatka czytałam głównie fantastykę, dopiero teraz otworzyłam się na inne gatunki. Wtedy nawet bibliotekarka raz nie chciała mi wypożyczyć Mastertona i Gaimana, bo to „nie dla dziewczyn”. Teraz już na szczęście tak nie jest, a też fantastyka młodzieżowa się naprawdę fajnie rozwija i może dużo zmienić w postrzeganiu tego gatunku przez kobiety. Dlatego chętnie ją wspieram 🙂 Kobiecość da się połączyć ze science fiction, wychodzi z tego coś niezwykłego. Mam nadzieję, że czasy się zmienią, że kobiety nie tylko będą „sobie pozwalały” pisać lekką fantastykę, ale także zwiększy się liczba autorek tej takiej twardszej.

    • pozeracz

      Pisarka, która przeprowadziła eksperyment z przesyłaniem zapytań z „męskiej” skrzynki, wspomina, że rozmawiała potem na żywo z jednym z agentów i okazało się, że według niego te początkowe strony były według niego bardzo ambitne i obawiał się, że ona, młoda pisarka, nie da rady całej powieści tak napisać. Wiele z tych uprzedzeń jest głęboko zakorzenionych i trzeba sporo wysiłku, by je nawet u siebie zauważyć. Z kolei z linkowanym „Scent of a Woman’s Ink” są ciekawe przykłady bardzo miękkiej, kobiecej prozy pisanej przez meżczyzn i odwrotnie. I są to przykłady ze znanych twórców, a nie jakieś bzdury z kapelusza wyciągnięte. Dla mnie te szkodliwe podziały biorą się ze skrzywionego nastawienia od początku czytania. Bardzo ważne jest też to, o czym piszesz – że coś niby jest „nie dla dziewczyn”. To druga strona medalu, ale pokrywa się z tym, co pisałem na końcu wpisu – jak ma dana autorka pisać SF skoro wmawia się jej od młodości, że niektóre gatunki są nie dla niej?

  4. Liteon

    Powiem bardzo płasko, kasa i stereotypy.
    Porównując wysoko budżetowe badania, filmy oraz wiele innych dziedzin, widać analogię. Panie mają jeszcze długą drogę przed sobą…

    • Kasa i stereotypy – lepiej chyba tego nie można spointować.

      Jako banalny przykład podam choćby naszą Olgę Tokarczuk – pisarka uznana i to nie tylko w Polsce, a patrząc na jakość wydań jej książek to aż człowiek ściska (w wyjątkiem chyba tylko „Ksiąg Jakubowych” wszystkie pozostałe powieści ukazały się w miękkich okładkach).

      A co do generalizowania to bardzo często ogromnie krzywdzące są grafiki okładek, ale opisy na nich umieszczane, które nierzadko nijak mają się do treści książki, za to skutecznie kategoryzują daną pozycję.

      • pozeracz

        Zaraz tam płasko. Ważne, że na temat. Marketing to zguba świata tego. Literatura SF ma ściśle określony target i wydawcy/marketingowcy robią wszystko, by do tego targetu trafić. Bardzo dużo YA zahacza mocno o science-fiction, ale z kolei kierowane do młodych dziewczyn. Brakuje to jakiegoś zazębienia.

        A co do okładek, to w USA jest to w ogóle ciekawie, bo tam mają inny system wydawniczy nieco. Pierwsze wydania są zawsze twardookładowe, droższe i bardziej prestiżowe. Te w miękkiej okładce wydawane są nieco później i mają trafić do szerszego grona odbiorców. Bywa, że ta sama książka miewa wtedy diametralnie różne okładki. Oto katastrofalny przykład na to, co się może zadziać: http://bookriot.com/2015/07/20/cover-face-off-hausfrau-jill-alexander-essbaum/

  5. Myślałam o tym, co napisałeś – w biegu, przygotowując śniadanie – nie miałam wcześniej chwili, żeby się ustosunkować.

    I teraz pojadę z własnego doświaczenia.

    Będąc jeszcze w podstawówce, zaraz po napisaniu mojej pierwszej dłuższej historii, która była brutalnym kryminałem, wzięłam się za s-f. Zbiegła się z tym premiera Matrixa, inspirowana historią o buncie maszyn, pisałam o planecie wyzyskujących zniewoloną ludzkość Gigomaidów. Z czasem przeszłam w pisaniu do fantasy, czytałam dużo, szeroko, sporo na podstawie wytycznych Sapkowskiego, którego „Rękopis znaleziony w smoczej jaskini” stał się moją biblią. To on pisał, że kto przeczytał mniej niż bodaj dziesięć pozycji z jego listy, ten laik i może co najwyżej piwo nosić. I wtedy ja stałam się tym laikiem, choć z czasem przeczytałam więcej, wciąż czułam się jak początkujący, który najpierw musi dowiedzieć się niesamowitej ilości skomplikowanych rzeczy, zanim coś zacznie pisać: musi spróbować walki w grupie odtwórstwa historycznego, musi nauczyć się oporządzic konia, założyć siodło i jeździć konno i tak dalej, i tak dalej. W końcu nigdy nie skończyłąm mojej wielkiej historii fantasy, a do s-f w pisaniu nigdy nie wróciłam. To za trudne. Za dużo trzeba wiedzieć. A ja nie wiem, zawsze wiem za mało.

    Czy ma to coś wspólnego z tym, że jestem kobietą? Nie jestem pewna. Może miałabym więcej śmiałości, może bardziej wierzyłabym w swoje możliwości.

    Ale to fakt, że patrząc na okładki i opisy literatury „kobiecej”, książki są natychmiast szufladkowane i traktowane z mniejszym poważaniem. Czytam głównie mężczyzn, żeby nadrobić kulturalne zaległości, kanon literatury światowej zbudowany jest na mężczyznach. Gdybym sama miała wybierać: promowany nagrodą literacką mężczyzna a autorka z książką, na której widnieje kobieta z kwiatem, wybiorę mężczyznę. I dlatego do tej pory nie sięgnęłam po Ferrante. Czytałam o eksperymencie z kobietą uciekającą się do sztuczek rodem z dziewiętnastego wieku, podajacą się za mężczyznę wobec agentów literackich. Wiem, że taki jest świat, takie jest postrzeganie i choć wiele się zmieniło, z powodu wychowania i historii kultury światopoglądowo kobiety są postrzegane inaczej.

    Tu przydałby się specjalista tudzież specjalistka od feminizmu, kulturoznawca czy socjolog, który spróbowałby odpowiedzieć, wyjaśnić. Na pewno są badania dotyczące dziewczynek i chłopców zachęcanych i zniechęcanych głupimi komentarzami i przekonaniami dotyczącymi przedmiotów ścisłych w szkołach. Przekłada się to na ilość studentek na kierunkach ścisłych i humanistycznych, a także pracujacych inżynierek czy programistek, które na co dzien spotykają się z powątpiewaniem w ich wiedzę i zdolności.

    Jak wobec takich przekonań mierzyć się z Lemem? Pisać ambitne, inteligentne s-f?

    Na razie tyle, to temat-rzeka. Dzięki, że o tym napisałeś.

    • Jeszcze dodam, że nawet w tym moim primaaprilisowym żarcie z wydawaniem książki widać dokładnie ten nierówny światopogląd. Mam napisaną powieść typowo „kobiecą”, ale nawet nie będę jej próbować wydawać, bo nie chcę być znana z takich powieści. Są uważane za niepoważne, trywialne i nigdy nie zostałabym wielką pisarką, gdybym zadebiutowała typowym romansem. Pomijając kwestię, że wg mnie to naprawdę słaba rzecz, która trzeba by mocno poprawić, czy facet miałby podobne dylematy?

      • pozeracz

        Trudno tu odpowiedzieć na pytanie, czy ma to coś wspólnego z płcią. Wypowiedzi pisarek, które komentowały ten temat wskazywałyby na to, że tak. Ale może to być mało reprezentatywny wycinek. Ja mam podobnie, ale z innnego powodu – wiedzę może bym uzupełnił, rozszerzył albo skonsultował, ale przeczytałem tyle dobrej literatury, że nie uważam, bym miał coś wartościowego do dodania. Mam od dawien dawna pomysł na opowiadanie, ale zawsze przerywam w trakcie, bo nie do końca mi się podoba. Jednak w tym temacie na profilu Marcina Podlewskiego wywiązała się ciekawa dyskusja z udziałem m.in. Aleksandry Janusz-Kamińskiej i Agnieszki Hałas, które obie mają wykształcenie techniczne, ale nie piszą SF między innymi z tego powodu, że wiedzą, że wiedzą za mało. W grę wchodzi więc perfekcjonizm, który częściej charakteryzuje kobiety.

        A w temacie badań, dziewczynek i chłopców znów mogę się posłużyć przykładem z pisarskich internetów – Marta Kisiel wrzuciła niedawno zdjęcia książeczki dla dzieci, w której pada zdanie, że „Dziewczynki wolą zabawki mięciutki i kolorowe”. Zresztą na Facebooku regularnie można napotkać przykłady takiego warunkowania. Działa to, oczywiście, w obie strony, bo każde odejście od normy „męskości” i „kobiecości” naraża człowieka na jakąś formę stygmatyzacji. Wszystko to działa u podstaw, więc i na pole twórczości się przekłada.

  6. Liteon

    Może nie do końca na temat, choć hm?
    Przypomniała mi się sytuacja związana z jednym z polskich autorów który pod damskim nickiem, wydając książki, romanse cieszy się olbrzymim poważaniem i w wielu czasopismach, wiele kobiet opisywało że autorka potrafi opisać bardzo trafnie uczucia kobiety.
    Ciekawym natomiast jest fakt, że wydając pod swoim własnym nazwiskiem i imieniem spotkał się z nagonką, że jego damska postać w ogóle nie zachowuje się jak kobieta…?
    Teraz się pytam jaki z tego można wyciągnąć wniosek? takie trochę obrócenie kota ogonem, czy odbicie piłeczki do damskiego koszyka. Mężczyźni, nie cenią damskiego SF… Kobiety nie wieżą, że facet może znać ich odczucia?

    • pozeracz

      Na temat, z drugiej strony, ale na temat. I to w sumie ważny głos. Skrzywienia przeróżne to nie tylko problem mężczyzn, to problem ludzi w ogóle. Kruk pisze o badaniach prowadzonych pod założoną tezę, ale często i czyta się pod założoną tezę. Cytowany przeze mnie „Scent of a Woman’s Ink” zawiera przykłady dwustronne – prozy bardzo „kobiecej” pisanej przez mężczyzn i vice versa.

  7. 1. Przypomnij sobie co mawiał Benjamin Disraeli (a za nim Mark Twain) There are three kinds of lies: Lies, Damn Lies, and Statistics. Wyniki badań prowadzonych pod założoną tezę są zwykle skrzywione. 😛 Co nie znaczy, że problem nie istnieje.
    2. Co ma do odbioru dzieła science fiction płeć, pochodzenie etniczne, czy setka innych czynników po stronie autora? Tylko idiota może kierować się przy czytaniu tego rodzaju kryteriami. Treść się liczy, czyż nie?
    Chyba, że osoba pisząca świadomie wykorzystuje to w utworze. Tylko wtedy musi liczyć się ze zróżnicowanymi reakcjami czytelników. Rozumiem, że co bardziej skrajni przedstawiciele środowisk SJW, płci wszystkich, chcieliby, żeby na stojąco oklaskiwać tego typu dzieła, ale na Cthulhu, my taką jednomyślność już przerabialiśmy w wielu miejscach na świecie ze skutkiem mizernym.
    3. Przejdźmy do meritum. Generalnie science fiction leży na łopatkach. Takie czasy. Pomiędzy bardzo intelektualną prozą, czy to Stephensona czy Dukaja, a grafomanią (tu bez nazwisk 😉 ) nie ma prawie nic. Ten środek, mainstream SF, zawsze decydował o popularności i jakości odmiany (genre). Mnie tego bardzo brakuje. Za to dywagacje na temat płci autora mnie śmieszą, bo przy generalnym braku dobrej literatury SF każdy rodzynek jest traktowany wręcz jako arcydzieło, a dodawanie do tego uwag typu „patrzcie ludziska ONA, a nie żaden ON, to napisała…” to śmiech na sali. Wzmocnieniem dla dobrego (aż i tylko) utworu ma być ta jedna i określona płeć? Niby co dobre napisane przez kobietę/mężczyznę staje się znakomite? Brednie, że niby w kraju ślepców jednooki jest królem 😀
    4. Tak się dziwnie składa, że jeżeli chodzi o polską fantastykę moimi ulubionymi autorami są kobiety! Z Agnieszką Hałas na czele, bo to moim (i nie tylko moim, LapsusC też mówi o tym głośno i wyraźnie) największy talent pisarski obecnych czasów. Dodam to tego jeszcze dwie Anny, Brzezińską i Borkowską. Wszystkie trzy piszą fantasy. Żałuję bardzo, że pierwsze dwie nie spróbowały pisać SF, ale przyjmuję to z pokorą. Taki jest ich wybór! Wiem, że Agnieszka Hałas planowała napisać SF bliskiego zasięgu czasowego, ale zrezygnowała, i dobrze, bo nie ma nic gorszego niż pisanie pod przymusem, jakimkolwiek.
    Skąd ta Anna Borkowska? Stąd http://www.katedra.nast.pl/ksiazka/15215/ Znakomita, kompletnie zapomniana powieść. Co mnie nie dziwi, bo większość polskich autorów fantasy pewnie przy czytaniu się kompleksów nabawiła.

    Tak tylko tytułem przypomnienia, „kobieca” SF dała czytelnikom wiele wspaniałych, świetnie napisanych, dzieł. Wspomnę tylko o dwóch autorkach, chociaż jest wiele więcej.
    Ursula K. Le Guin, co nie podlega żadnej dyskusji.
    Lois McMaster Bujold. Jej „Saga Vorkosiganów” to przykład co można uzyskać jeżeli do space opera dodamy inteligencję i naukę, wszelką naukę! Mało kto zbliżył się poziomem do tego cyklu. Pewnie David Brin ze „Wspomaganymi”.
    Obie panie piszą też znakomite fantasy z górnej półki.
    To może jakość jest ważna, a nie ilość?

    Trzy uwagi na koniec:
    Nie zmuszajmy nikogo do pisania utworów określonej odmiany (genre). Świadomy autor wie w jakich klimatach dobrze się czuje.
    Nie używajmy argumentów typu „kobiety nie potrafią pisac SF” bo to piramidalna bzdura. Przywołane przeze mnie dwie znakomite anglojęzyczne pisarki przeczą tej tezie. Mało który autor, szczególnie polski, jest w stanie osiągnąć ten poziom.
    Parcie na hiperpoprawność prowadzi na manowce. I chwalona Ann Leckie i równie chwalony John Scalzi piszą może i dobrze, ale jest to ledwie dobrze. Rys ideologiczny (poprawnościowy) występuje i u Le Guin i u McMaster Bujold, jest immanentną cechą ich twórczości, ale na Cthulhu, nie jest celem samym w sobie, nie podporządkowuje sobie ich dzieł! U nich ma łopatologii i zadęcia „ja piszę mega, hiper czy co tam poprawnie”.

    Znakomita literatura jest pisana przez kobiety, które są znakomitymi pisarzami (forma męskoosobowa, bo chodzi o ogół piszących 😛 ). Bycie znakomitym pisarzem nie ma żadnej konotacji płciowej!
    …a rynek wydawniczy w Polsce jest ciężko chory i czy to kobieta, czy mężczyzna maja równie ciężko, poza gronem wybranek/wybrańców hołubionych przez salony różnej maści.

    • pozeracz

      @ 1. To prawda. Ja bym zbyt małą wiedzę, by oceniać czyjąś metodologię statystyczną, ale zdaję sobie sprawę, że jest wiele sposobów na wykazanie tego, co się chce ukazać. Zresztą – postrzeganie ludzkie ogólnie jest skrzywione, męskie i damskie. Równie szkodliwe jest czytanie pod tezę.

      @ 2. Płeć autora nie powinna mieć nic co do rzeczy w temacie odbioru samego dzieła. Ale ma i to w drugą stronę, jak pokazał przykład wysyłania zapytań do agentów. Patrząc jednak na sprawę szerzej, ważne według mnie jest natomiast zróżnicowanie punktów widzenia w literaturze. Literatura poszerza perspektywy, uczy patrzeć na świat oczami innych, więc sytuacja, w której większość literatury przedstawia świat z perspektywy mężczyzny (pomijając już kwestie etniczne i orientacyjne) oznacza, że perspektywy te są ograniczane. To nie ma być żadna jednomyślność, wręcz przeciwnie.

      @ 3. Z przesłaniem tego punktu się zgadzam, ale trudno mi skomentować jakoś głębiej. Mam za słaby przegląd science-fiction, zwłaszcza wydawanego w USA. Warto tu wziąć pod uwagę kwestię np. opowiadań i periodyków. Gdy spojrzeć na listę opowiadań nominowanych do nagród wszelakich, to okazuje się, że wiele z nich publikowanych jest gdzieś w periodykach sieciowych i do Polski w ogóle nie trafia. Ja opowiadań nie czytam wcale niemal, a i z nowościami jestem raczej na bakier.

      @ 4. Agnieszka Hałas nawet napisała na profilu Marcina Podlewskiego, dlaczego nie wzięła się za SF. A co do przykładów, to według mnie są tu niepotrzebne. Według mnie sprowadzają się bowiem do „Ja wiem, Ty wiesz, one wiedzą”. Ja wolę Ziemiomorze od Śródziemia, zachwycam się prozą Atwood, a „Sekretna historia” Donny Tartt i „Opętanie” A.S. Byatt to według mnie jedne z najlepszych współczesnych powieści. Gdybym miał skomponować listę swoich ulubionych dzieł, to pewnie nie byłoby daleko do równości. Ale to nie o to chodzi. Nikt przecież nie zaprzecza, że kobiety świetnie piszą. Nikt nie deprecjonuje jakości ich dzieł. One same w sobie bronią się doskonale, bez mojej czy niczyjej pomocy. Tylko, że – według mnie – to są kwestie oczywiste.

      Problem polega na tym, że ta piramidalne bzdury są oczywistymi bzdurami dla nas, ale nie dla wszystkich. Przykład z agentami pokazuje, że „kobiety nie potrafią pisać xxx” to przekonanie, które może decydować o wydaniu lub nie. By oddać sprawiedliwość – bzdury piramidalne, ale o innym zwrocie, wygłaszane i „uważane” są równie często. Już nie raz o tym pisaliśmy – problem dziś jest tak, że wszystko jest spolaryzowane. Umiarkowane głosy, powiedzmy, lewicowe są zakrzykiwane przez te ultra-lewicowe. Wszelkie głosy ze środka są zakrzykiwane przez obie strony. Efekt jest taki, że taki Qbuś, który czasem może zgadzać się bardziej z jedną stroną, a czasem z drugą – zależnie od własnego rozumu i uznania – zostanie jednomyślnie olany przez obie strony.

      PS A po Borkowską na pewno sięgnę.

      • Och, „Opętanie” Byatt, choć wolę tu oryginalny tytuł „Possession” jako bardziej wielowymiarowy – jak ja kocham tę książkę! Chyba sobie zrobię powtórkę z rozrywki w Wielkanoc 🙂

        • pozeracz

          Ja też kiedyś na pewno wrócę – czytałem dość krótko po studiach, a co ciekawe: kupiłem w lumpeksie. Nieodmiennie pisząc o powieści Byatt chcę tytułować ją „The Passion”, co jest wpływem też świetnej powieści Jeanette Winterson.

    • ad. 2 – Zgadzam się, że płeć się nie powinna liczyć w odbiorze. Ani pisarza, ani czytelnika, ani bohatera – pytanie jednak brzmi czy rzeczywiście się nie liczy? I co to znaczy, że ktoś świadomie używa w utworze kryteriów takich jak płeć, etniczność, czy tożsamość seksualna? Tzn. że jeśli np. główną postacią jest czarna kobieta to jest to właśnie takie wykorzystywanie? I przykleimy etykietki „etniczna” czy „feministyczna”. A jeśli główną postacią jest biały mężczyzna to jest to ustawienie „default” i uniwersalne? Ja nie lubię etykietek i czytam dość, powiedzmy „szeroko”, bo uważam, że czytanie o doświadczeniach innych niż nasze poszerza perspektywę poznawczą. I tyle.

      • Jak zawsze w krótkiej formie, takiej jak komentarz pod wpisem, umyka niewypowiedziane wprost pytanie 🙂 Moja skłonność do skrótów myślowych. Nie jest ważne kto i o jakich cechach jest bohaterem!!! Dla mnie ważne jest dlaczego, a właściwie po co? Chodzi mi o przypadki, coraz częstsze, kiedy główna postać ma pewne cechy, ekstremalnie „poprawnościowe”, po to by ową dzisiejszą poprawność (z nieszczęsną kwestią reprezentacji w tle) gloryfikować. Tak, wiem już kiedyś Apolinnaire wypisał sobie „na poetyckim sztandarze” j’émerveille, chociaż to nie o to oczywiście chodziło 😉
        Poza tym czytelnik, przynajmniej część z nas, nie jest idiotą. Jeżeli ktoś czyta, a mnie się to zdarzyło, powieści Jamesa Baldwina, to zdaje sobie sprawę, że on sam nie odrywa swoich bohaterów od siebie. Fakt, że pochodził z nowojorskiego Harlemu, był czarnoskórym gejem ma znaczenie dla powieści, tu brak mi określenia, bo obyczajowa to skrajnie uproszczenie, realistyczna nie oddaje istoty sprawy. W każdym razie oddawał prawdę tamtych czasów, rasizm, homofobię i co tam jeszcze. Czytelnicy to docenili!
        Inny czarnoskóry pisarz pochodzący z Harlemu, o jego orientacji seksualnej można by chyba powiedzieć „to skomplikowane”, na dodatek jest dyslektykiem, został guru literatury science fiction. To Samuel R. Delany. Pytanie, czy science fiction nadaje się do eksploracji takich tematów, a więc odmienności i równości, jest retoryczne. Oczywiście, że tak. Czy Delany odniósł się to tego? Tak, ale na innym poziomie, nie koniecznie wprost. Tak samo jak przywołane przeze mnie autorki. Fantastyka daje szerokie pole do popisu.
        Jako ciekawostkę podam Ci tylko to, co usłyszałem od kogoś, kto rozmawiał na pewnym konwencie z Clivem Barkerem, tym od horroru i dark (bardzo dark) fantasy. Otóż Barker, który swoją orientację seksualną zdradził już na początku lat dziewięćdziesiątych, miał serdecznie dosyć rozmów o związkach bycia gejem z takim pisaniem jakie on uprawia. Chciał rozmawiać o książkach!
        Kończąc. Kto jest bohaterem „London NW” Zadie Smith? Cała różnokolorowa czwórka osób, Londyn, a może przewrotnie, patrząc na jej esej „Mówiąc językami”, utracony język dzieciństwa (bądź co bądź część naszej tożsamości)? Czy przypadkiem takie pytania nie są ważniejsze dla odbioru dzieła literackiego?

        • Rozumiem o co ci chodzi. Zgadzam się, że „dobra” literatura odnosi się do kwestii tożsamościowych na innych poziomach, jak Le Guin, Delany, James Baldwin, czy Toni Morrison.
          Natomiast mnie osobiście nie drażni, że w całej masie literatury popularnej pojawia się większe zróżnicowanie, które określasz „poprawnościowym”, choć rzeczywiście jest to inny poziom. Bow właściwie dlaczego miałoby to drażnić? Jest cała masa literatury „średniej”. I właściwie dlaczego ta literatura „średnia” nie miałaby, na jakimś płytszym poziomie nawet, odnosić się do rzeczywistości jaka nas otacza? Przy czym jednocześnie nie uważam, żeby był to wyznacznik odróżniający literaturę „średnią” od literatury dobrej.

  8. Liteon

    Kciuki w górę, za przyszłość polskich autorek wymienionych ale i tych które piszą nadal do szuflady. Sam jestem pod ogromnym wrażeniem prozy Agnieszki Hałas, choć i inne wymienione nie są mi obce. Będąc dość „długo” 😉 czytającym, ma się tą przewagę, ze większość utworów miałem w ręku.
    Zabieranie zdania zaś, zawsze się wiąże z jakąś stroną hehh taki los.
    Gorzej gdy damy się zaszufladkować z etykietą jednej idei, choć to zawsze jest łatwiejsze…
    Wniosek końcowy? – jesteśmy dziećmi tego kraju, i wszystkie naleciałości kulturowe, ustrojowe i religijne w jakiś sposób, w tle, kształtują nasz sposób myślenia oraz opinie. Tylko czas tu pomoże.

    PS. po Borkowską na pewno sięgnę.

    • pozeracz

      Kciuki w górę, zdecydowanie. Ale tak w zasadzie to jestem pełen podziwu dla piszących płci obojga. Przy takim stanie czytelnictwa, takim stanie światka wydawniczego, trzeba mieć tonę samozaparcia, by to wszystko wytrzymać.

      Co naleciałości i zaszłości, to polecam sprawdzić listę autorów kultowej serii Fantastyka-Przygoda i ten oto post: https://www.facebook.com/staszek.krawczyk/posts/10152987288047325

      Pomoże czas i świadomość.

  9. Nędzny „feministyczny” klikbajt niegdysiejszych Kronik, wręcz śmieszny po wpisie o Pirxie i kobietach, to jedna rzecz, skądinąd nawet zrozumiała, ale co ty, Qbuś, robisz w tym bajorku, to już dla mnie zagadka. Wyglądałeś na prawie profesjonała.

    W każdym razie wypadasz z listy blogów, które jeszcze czytuję. Nie ma to żadnego praktycznego znaczenia, ale jakieś – ma.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén