Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Sapir i Whorf w jednym stali domu, czyli „Nowy Początek” i „Historia Twojego życia” Teda Chianga

Tak to się jakoś z Pożeraczem porobiło, że splot rodzinnego życia, prac pogodzinowych oraz blogowania/recenzowania doprowadził do ujednotorowienia pożeraczowych interakcji ze sztuką. A mówiąc nieco mniej pokrętnie i bez słowotworów: czytanie to moja nieomal jedyna forma obcowania z kulturą. Gdy czas mam wolny, pożytkuję go na czytanie. Nieliczne momenty filmowe poświęcane są raczej na kino typowo rozrywkowe. Gdy więc przydarzyła się anomalia w postaci wspólnego z małżonką oglądania Nowego początku, natchnęło mnie aż by sięgnąć po opowiadanie Teda Chianga i napisać parę słów o obu. Może nawet komparatystycznie, a na pewno spoilerowo.

« « HERE BE SPOILERS »»

Obcy zjawiają się podręcznikowo, a więc niezapowiedzianie i nagle. Jednak nie rozpoczynają swych odwiedzin od obracania miast w perzynę ni innych destrukcyjnych czynności. Bynajmniej, wszystko wskazuje na to, że interesuje ich komunikacja. Problem jednak polega na tym, że nikt nie wie, co mówią. Do rozmów kierowane ze specjalistyczne złożone z naukowców różnych specjalizacji. Louise Banks (w filmie grana Amy Adams) jest cenioną lingwistką z doświadczeniem terenowym w pracy z obcymi językami, a Ian Donnelly fizykiem. Naukowcy mają dowiedzieć się, skąd przybyli heptapodzi i jaki jest cel ich wizyty.

Na początek zaznaczę, że nie będę tu się skupiał na recenzowaniu filmu. Nie czuję się na siłach, zbyt małe mam doświadczenie w pisaniu o filmach, by Was uraczyć pełnowartościowym tekstem, a do tego ciekawsze wydało mi się porównanie obu form. Tego zaś nie da się zrobić bez spoilerów, gdyż musiałbym albo stosować ogólniki zaciemniające sensy lub też poszatkować tekst zamazanym formatowaniem. Fabuły będę więc omawiał w ogóle oraz w szczególe i mam nadzieję, że takie podejście zachęci osoby które czytały oraz/lub oglądały do dyskusji. Jest to też swoisty eksperyment – chcę sprawdzić, czy taka forma sprawdzi się na blogu. Nie wiem jednak, na ile takie wpisy są powtarzalne – nie wiem, ile jest podobnych par, które analizie się poddadzą. Dodam też od razu, że staram się zawsze rozpatrywać adaptacje jako osobne formy od tekstów źródłowych i zawsze irytowało mnie wymaganie od scenarzystów wiernopoddańczego trzymania się oryginału. Od razu napiszę też, że podobał mi się tak film, jak i opowiadanie. Wątki filozoficzne, Sapir i Whorf, refleksje nad niejednoznacznością ludzkiego języka, a nawet i rozważania nad zasadą najmniejszego działania w połączeniu z solidną dawką emocji zapewniły mą pozytywną ocenę.

stories chiang

Fabuła filmu i opowiadania skupia się na próbach zrozumienia języka przybyszów, ale szczegóły rozjeżdżają się od samego początku. Ważne jest jednak to, że zamysł ogólny i przesłanie są takie same, mimo różnego rozłożenia akcentów, ale o tym za moment. Wspomniane różnice pozwalają przyjrzeć się procesowi ufilmowiania opowiadania. Zmiany te można podzielić na dwie dwudzielne, wzajemnie na siebie nachodzące kategorie – jedną względnie obiektywną, a drugą mocno subiektywną. Podziały te są oczywiście umowne i nieco rozmyte, ale przydatne na potrzeby tego tekstu.

Pierwsza to podział na różnice duże i małe, a druga na gorsze i na niekoniecznie gorsze. Zacznę od różnicy dużej i według mnie złej, czyli śmierci córki głównej bohaterki. Scenarzyści filmu zdecydowali się postawić na podkręcenie dramatyzmu i tanie wyciskanie łez, gdyż śmierć w wyniku wypadku wspinaczkowego zmienili na śmierć w wyniku jakiegoś bliżej nieokreślonego, nieuleczalnego schorzenia. Wydaje mi się, że zmienia to ciężar emocjonalny opowieści. Co prawda sednem obu „tekstów” jest refleksja nad determinizmem – nad tym, jak to jest żyć, znając przyszłość, lecz nie mogąc jej zmienić, ale wydaje mi się, że świadomość „skazania” córki na długotrwałe cierpienie i powolną śmierć to nieco inny kaliber od śmiertelnego wypadku w górach. Widocznie uznano, że „zwykła” tragiczna śmierć nie dotknie widza kinowego dostatecznie mocno i postanowiono pognębić go nieco bardziej. Drugą dużą zmianą jest dodanie do filmu wątku geopolitycznego. U Ted Chianga pojawiają się naciski ze strony Departamentu Stanu, ale odgrywają one rolę poboczną i niezbyt istotną, zaś w filmie napięcie jest budowane przez poczynania chińskiego generała, Changa, który to wybiera agresywne podejście i w pewnym momencie stawia obcym 24-godzinne ultimatum. Do tej presji czasowej dodany zupełnie znikąd zostaje też wątek zamachu przeprowadzonego przez amerykańskich żołnierzy. Te dwa dodatki dodają do filmu wymiar, którego nie było w opowiadaniu, a mianowicie ukazują, że prawdziwym problemem nie jest komunikacja z obcymi, ale z drugim człowiekiem, że to my jesteśmy sobie wrogiem. Przesłanie mądre, ale wyłożone nieco zbyt łopatologicznie – znów zwyciężyła potrzeba dramatyzmu.

arrival still

Źródło: Paramount

Dość sporo jest zmian niewielkich, czasem wypadających pozytywnie, a czasem dość neutralnych. Te drugie całkiem nieźle ilustruje pierwszy dialog Louise z pułkownikiem Weberem, w którym wspomina on o tym, że lingwistka pracowała dla CIA i dlatego ma uprawnienia dostępu do tajnych dokumentów. W opowiadaniu nie ma o tym ni słowa. Humorystycznym wątkiem jest kwestia poruszana przez mych znajomych lingwistów – nie ma szans, by lingwistkę stać było na taki dom, który ma główna bohaterka. Kolejna kwestia to liczba statków – w filmie zjawiło się ich dwanaście, a u Chianga na Ziemi pojawiało się sto dwanaście ustrojstw zwanych w oryginale „looking glass”, które służą do komunikacji z obcymi. Ta zmiana wiąże się wątkiem terrorystycznym i geopolitycznym, gdyż bez bezpośredniego kontaktu z heptapodami napięcie nie byłoby tak intensywne, a jednocześnie podkreśla wagę roli Louise i Iana – w filmie są bowiem jedyny zespołem amerykańskim, a w opowiadaniu jest ich wiele. Forma filmowa wymusiła też uproszczenie wątków lingwistycznych i porzucenie fizycznych. Chiang dość szczegółowo, jak na krótką formę, pisze o konstrukcji języka obcych, morfemach, grafemach i tym podobnych, ale wydźwięk i kwestia synchroniczności języka obcych pozostaje taka sama. Dość ważną rolę w warstwie naukowo-filozoficznej Historii Twojego życia odgrywa wspomniana zasada najmniejszego działania. Ponoć Chiang świetnie sobie poradził z fizyką i trochę szkoda, że z filmie nic z tego nie ma. Ale akurat te pominięcie w pełni rozumiem, nie ma co przesadzać.

Uwaga, nadeszła pora na herezję. Gotowi? Wydaje mi się, że dwie rzeczy wypadły lepiej w adaptacji. Obawiających się o me zdrowie psychicznie uspokajam: przewagi te wiążą się z wizualną naturą dziesiątej muzy. Pierwsza to kwestia zobrazowania języka „pisanego” heptapodów – w opowiadaniu jest on opisany dość krótko i ogólnikowo, a filmie nabiera konkretnego kształtu i pojawia się na ekranie bardzo często. Forma wymusza treść – opowiadanie skupia się na warstwie formalnie lingwistycznej, a film większy nacisk kładzie na sferę wizualną. Podobnie jest z (futuro/retro)spekcjami protagonistki. Film odsuwa nieco w czasie odkrycie tego, że Louise jest w stanie postrzegać fragmenty przyszłości i podrzuca widzowi podpowiedzi, głównie wizualnie. W ramach anegdoty mogę dodać, że ma małżonka od samego początku wyczuło o co chodzi – stwierdziła, że główna bohaterka wygląda za młodo. Ja zaś w ogóle nie zwróciłem na to uwagi. Ted Chiang ukazuje zaś ten aspekt stopniowo, bez czynienia z niego tajemnicy. Ta druga niezgodność wiąże się zaś z ostatnim punktem, o którym chciałem napomknąć, a mianowicie o subtelnej różnicy w podejściu do determinizmu. W opowiadaniu jest ono sztywne, komunikat zdaje się brzmieć: „Przygotuj się na to, co nieuniknione”. Natomiast Nowy początek podkreśla jest fakt, że Louise zdecydowała się zostać matką, mając wiedzę o tym, co ją czeka. Jest to widoczne w scenie, w której protagonistka wspomina o poezji i pucharach pływackich córki, czyli o jej wkładzie w historię.

arrival still

Źródło: Paramount

Choć różnic pomiędzy filmem a opowiadaniem jest dość sporo, a niektóre z nich poważne i według mnie na gorsze, to i tak są to dwa piękne dzieła. Nowy początek jest pięknie nakręcony i świetnie zagrany, a Historia Twojego życia mądrze napisana. Oba zaś dają solidnie do myślenia na temat języka, komunikacji oraz losu człowieczego i polecam zapoznać się z oboma. Różnice pomiędzy nimi śledzi zaś ciekawie, co zresztą widać po tym przegadanym wpisie.

oddam wszystkie przenośnie
za jeden wyraz
wyłuskany z piersi jak żebro
za jedno słowo
które mieści się
w granicach mojej skóry

[Zbigniew Herbert, Chciałbym opisać]

Poprzedni

Mitem i czasem, czyli „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk

Następny

Bildungsroman mal vier, czyli „4 3 2 1” Paula Austera

Komentarzy: 10

  1. Na początku tego roku uznałam „Arrival” za najlepszy film, jaki oglądałam w 2016. Jak nie zachwycić się naprawdę dobrym filmem sf o filologu? W dodatku ta warstwa uczuciowa na mnie niesamowicie podziałała, ta, o której piszesz, że podkręcona, by wyciskać łzy. Z kina wyszłam łkając jak szalona, bo jak to, bohaterka wiedziała, co ją czeka, a mimo wszystko się zdecydowała? Co ja bym zrobiła na jej miejscu? Czy gdyby zmieniła zdanie, dostrzegałaby inną przyszłość? Co się stało z wolną wolą? A gdybym wiedziała, jak umrą moi ukochani? Brrr.
    Przypomniałeś mi, że w końcu nigdy tego oryginalnego opowiadania nie przeczytałam, choć myślałam o tym. Dzięki!
    Dobrze się czyta Twoje przemyślenia, ja takie porównania książki z filmem szalenie lubię i nie obraziłabym się, gdybyś od czasu do czasu takie analizy robił.

    • pozeracz

      Na mnie też ta warstwa podziałała. Kwestia wolnej woli jest tu bardzo ciekawa – czy przy takim postrzeganiu czasu można w ogóle mówić o „wolnej woli”. Trzeba zdrowo nagimnastykować szare komórki. Ale warto.

      Cieszę się, że dobrze się czytało. Nie wiem jeszcze, ile jest takich par, ale postaram się jeszcze kiedyś tak zadziałać.

  2. A ja z kolei odwrotnie – opowiadania były dla mnie odkryciem, zachwyciłam się, co było dla mnie dość nowe, bo tego gatunku normalnie nie czytuję. A film mnie wynudził okrutnie 😉

    • pozeracz

      Ha, ciekawe, czy to przez tę odwróconą kolejność. Co Cię tak wynudziło? Coś w ogóle się podobało?

  3. Wydaje mi się, że w przypadku porównywania książki czy też opowiadania z ekranizacją nie sposób uniknąć zdradzania pewnych elementów fabuły. Dlatego zabieg ów, przynajmniej w moim przypadku, jest w pełni wybaczalny.

    Sam pomysł na oba dzieła – niemożność nawiązania kontaktu z obcymi, a nawet z innymi ludźmi – jest dość ciekawy. Ale mistrzem w tym temacie pozostaje dla mnie Lem i obawiam się, że przez pryzmat jego twórczości odbierałbym dzieła o podobnej tematyce. A jeśli zestawić coś z Lemem, to rzadko kiedy owe dzieło wychodzi z tego porównania bez szwanku 🙂

    • pozeracz

      W przypadku literatury science-fiction traktującej o kontakcie trudno o Lemie nie myśleć, ale tu akurat komunikacja się udaje – bardzo chodzi o proces dochodzenia do porozumienia niż samą ideą kontaktu. Tutaj ciekawe rozważania są snute na poziomi językowym, lingwistycznym, ale kosmologicznym.

  4. Bardzo ciekawa analiza. Zwróciłeś mi uwagę na kilka fabularnych szczegółów, które pominęłam, skupiając się na sensie 🙂 Miałam podobne odczucia i byłam zachwycona zarówno filmem (pomimo pewnych dłużyzn gdzieś w środku), jak i opowiadaniem. Według mnie są to dwa odrębne dzieła. Film jest dość luźną adaptacją opowiadania. Oba stanowią kompletną, zamkniętą całość i nie trzeba czytać Chianga, by zrozumieć film. Wspólne dla obu tekstów jest przesłanie – jak żyć, znając swoją przyszłość, której nie można zmienić? W opowiadaniu jeszcze większy nacisk jest położony na filozoficzne rozważania nt. tego, co oznacza wolna wola, której posiadanie stoi w sprzeczności ze znajomością ustalonej przyszłości. W ogóle proza Chianga to dla mnie często bardziej filozofia i etyka niż fantastyka.

    Zaintrygowało mnie, że skojarzyła Ci się teoria Sapira i Whorfa, która, jeśli się zastanowić, w odniesieniu do nielinearnego języka heptapodów i linearnego ludzi nabiera większego sensu. Muszę się nad tym pogłowić 😉 Ciekawe, czy to była inspiracja dla Chianga? 🙂

    • pozeracz

      Tak, zgadzam się z tym, że to dwa odrębne dzieła. Ogólnie wydaje mi się, że tak lepiej patrzeć na filmowe adaptacje. Inaczej czeka frustracja i rozczarowanie. A co do etyki i filozofii… Fantastyka to tylko sztafaż, który pisarz sobie dobiera, by przekazać to, co ma do przekazania. Chiang do przekazania ma wiele i sztafaż wykorzystuje umiejętnie. Gorzej, gdy nie pozostaje nic poza fantastyką.

      Sapir i Whorf wspomnieni zostali „imiennie” w filmie, więc skojarzenie niejako siłą nasunięte. Ale pewnie by przyszło samo, bo mam słabość to tej teorii. Mam tu nawet o niej wpis.

  5. Co za zbieg okoliczności, akurat wczoraj obejrzałam ten film, dziś wchodzę na bloga, a tu tekst o nim 😉 Opowiadania nie czytałam, ale teraz mam ochotę. Sama też lubię zestawiać i porównywać teksty literackie i ich ekranizacje, choć dawno już nie napisałam takiego artykułu… Słowem, oby więcej takich wpisów, bo są podwójnie ciekawe.

    P.S. Też zazdroszczę bohaterce tego domu i widoku 😉

    • pozeracz

      Synchroniczność taka zawsze mnie cieszy. Opowiadanie polecam. Cieszę się, że się spodobało. Zastanawiam się nad celowym poszukiwaniem takich potencjalnych zestawień, gdyż tym razem było to raczej przypadkowe. Pomysł przyszedł po obejrzeniu filmu.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén