Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Szlacheckie skretynienie, czyli „Ostatnia arystokratka” Evžena Bočka

Zdarza się czasem w różnych dziwnych zakątkach sieci… oraz ludzkich umysłów odnaleźć literaturze stawiany zarzut eskapizmu. Że to ucieczka od rzeczywistości. Że „w jakim świecie ty żyjesz”. Że przecież to tylko fikcja. Nigdy nie potrafiłem tego zrozumieć. Świat bywa czasem na tyle nieznośny, że możliwość choćby chwilowej, umysłowej eskapady poza jego granice zbawienną jest. Przyznam też, że Ostatnia arystokratka czytana była właśnie w celach tych.

ostatnia arystokratka

Na przestrzeni dziejów zamek Kostka kilkukrotnie wypadał i wracał do rąk rodu Kostka. W dwudziestym wieku, jakże charakterystycznie, sprawcami grabieży byli naziści, a potem komuniści. Rodzina w międzyczasie zdążyła wyemigrować do USA, ale nadszedł czas reparacji, zwrotów i powrotu na ojcowiznę. Co prawda koszty transportu prochów potomków nieco odstraszają, ale od czego odrobina pomysłowości i kombinatorstwa? W końcu na miejscu czeka powrót w ramiona arystokracji, tytuły i służba. Jak jednak można się spodziewać, rzeczywistość nie będzie wcale tak różowa…

Ostatnia arystokratka to połączenie komedii sytuacyjnej i komedii charakterów zanurzone w gęstych oparach absurdu. Innymi zaś słowy: fabuła stanowi tu czynnik drugorzędny, a prym wiodą postaci oraz komiczne zdarzenia z ich udziałem. Niby jest tu wątek wychodzenia z długów i przygotowywania do otwarcia zamku dla turystów, ale to tylko pretekst dla kolejnych wyskoków i drak. Wszystko to prezentowane jest pierwszoosobowo z perspektywy Marii Kostki, najmłodszej i najbardziej rozsądnej z rodu. Taka optyka narracyjna podkreśla przesadę kreacji pozostałych postaci, a przy tym jest bliska „zwykłości” spojrzenia czytelnika.  Z tą fabularną prowizorką wiąże się też jedna z niewielu słabości powieści, czyli rozmyty finał. Zakończenie przypomina bowiem przerwany w połowie sezon serialu, brak tu czegoś nieco bardziej efektownego, solidnej puenty.

bocek kolaż

Skoro zaś Ostatnia arystokratka jest komedią charakterów, pora postaciom się przyjrzeć. Boček serwuje czytelnikom szeroką gamę osobliwości, natręctw i umysłowego przyćmienia, wszystko to karykaturalnie wyolbrzymione. Małżonka na włościach to groteskowo stereotypowa Amerykanka wisząca na telefonie, za fryzjerem tęskniąca i naiwnie zapatrzona w obraz arystokracji znany z książek o księżnej Dianie. Choć musiała te biografie czytać wysoce selektywnie, skupiając się na stronie wystawno-błyszczącej. Przezabawny jest muzykujący ogrodnik hipochondryk, który komponuje wpadające w ucho piosenki poświęcone swoim przypadłością (patrz przykład w cytacie końcowym). Jest szalona nastolatka rzucająca się z pasją na wszystko co popadnie, są nadpobudliwe dogi słusznych rozmiarów – można tu napotkać niemal całą slapstickowo-komediową oprawę.

Powyższe zdanie pozwala płynnie przejść do kwestii w komedii kluczowej, czyli do poczucia humoru. Elementy składowe w tekście już się pojawiły, lecz ku jasności zbierzmy je w jednym miejscu: groteska, absurd i slapstick. Lecz to ten ostatni ma największy wpływ na pozostałe. Oznacza to, że mamy do czynienia nie z absurdem brytyjskiego pokroju spod znaku Monty Pythonów, a raczej z mariażem Hotelu Zacisze z Sąsiadami. Humor nie jest więc zbyt wybredny, ale i nie lata nisko ani nie wpada w rejony kloaczne ni koszarowe. Nie jest to jednak wada, Boček postawił po prostu na lekką rozrywkę, bez zbytnych udziwnień. Na takie powieści też jest zapotrzebowanie, które z kolei polscy autorzy zaspokajają rzadko.

Ostatnia arystokratka to taki książkowy, solidny sitcom ze średniej półki. Humor może i nie jest nazbyt wyszukany, ale jednocześnie trudno nie śmiać się w trakcie lektury. Dzieje się tak za sprawą całej gamy pokręconych postaci oraz absurdalnych sytuacji prezentowanych z rozsądnego (czy też najmniej szalonego) punktu widzenia. A na sam koniec polecam Wam jeszcze mój wywiad z Mirosławem Śmigielskim, który książkę tę przetłumaczył i w ogóle był duchem sprawczym jej wydania w Polsce.

Ojcu piosenki pana Spocka też chyba się podobają, bo w wannie śpiewał sobie piasek w nerkach:
„W głowie mam wielki zamęt, na oczy mgła pada
W krzyżu strasznie mnie kłuje i nie mogę spać
zadzwońcie po lekarza, niech mnie lepiej zbada
przyjechał jakiś młody i ciągle się śmiał
bo podobno:
maaaaam piasek w nerkach
sąąąąąąą z tym same problemy”.

Poprzedni

Samemu acz nie samotnie, czyli „Pełnia miłości” Sigrid Nunez

Następny

Poza słowami, czyli „Witajcie w Ameryce” Lindy Boström Knausgard

3 Comments

  1. Przyznam się, że nie rozumiem do końca fenomenu wielkiej popularności pana Bočka u naszych sąsiadów. Tłumaczę sobie to tym, że Czesi w ogóle uwielbiają zwiedzanie zamków (które często powróciły do rąk arystokratycznych właścicieli) – co zresztą w książce widać – i dlatego chętnie o tym czytają.
    No ale jakoś to w mój gust nie trafia. Obejrzałam też film, bardziej ze względu na aktorów, choćby na Eliškę Balzerovą, którą lubię. Cóż, ubawi tych, którym się książka podobała. Chyba wolę inny rodzaj poczucia humoru.

    • pozeracz

      Hmmm… Ciekawe, skąd u Czechów aż taka słabość do tej czynności. W Polsce niektóre zamki są popularne, a jako tako zamkozwiedzanie chyba nie jest aż tak popularne.

      Co do poczucia humoru… Jestem w stanie sobie wyobrazić, że w innych okolicznościach niestrawnym mógłbym je znaleźć.

      • Humor strawny czy niestrawny? – oto jest pytanie. Wychodzi na to, że samemu trzeba sobie odpowiedzieć na nie. No ale wcześniej trzeba po pana Bočka sięgnąć. A czuję się zaintrygowany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén