Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Ad majorem scientiae gloriam, czyli „Problem trzech ciał” Cixina Liu

Często przy pisaniu recenzji zdarza się tak, że nie mam pomysłu na wstęp – próbowałem nawet komponować wstęp po napisaniu reszty recenzji. Brzmi to nieco absurdalnie, ale wbrew pozorom ma wiele sensu. Nie udało mi się. Bez wstępu nie potrafię odpowiednio, twórczo wystartować. Tym razem jednak problem polegał na nadmiarze punktów wejściowych: pierwsza tłumaczona powieść nagrodzona Hugo, polecanka od Baracka Obamy, historia Chin itp., itd. Do wyboru, do koloru – możecie wybrać sobie wersję, która najlepiej Wam pasuje. Ja tymczasem przejdę do recenzowania Problemu trzech ciał.

Wielka Proletariacka Rewolucja Kulturalna już od roku zbiera swe okrutne żniwa. Ye Wenjie jest studentką astrofizyki, a jej ojciec wybitnym fizykiem. W trakcie jednego z rewolucyjnych wieców profesor zostaje śmiertelnie pobity na oczach córki, która jako element politycznie niepożądany zostaje oddelegowana do wycinki lasu na dalekiej północy. Lektura ekologicznego manifestu i polityczne machinacje wprawią w ruch ciąg wydarzeń, które odmienią historię rasy ludzkiej. Kilkadziesiąt lat później specjalna komisja odkrywa związek pomiędzy serią przestępstw w światku naukowym, grą sieciową Trzy ciała i stowarzyszeniem wybitnych naukowców. Do pomocy zatrudniony zostaje Wang Miao, naukowiec pracujący nad nanomateriałami. Nie podejrzewa nawet w jaką kabałę się wpakował.

Problem trzech ciał to jedna z tych powieści science-fiction, w których bardzo duży nacisk położony jest na warstwę naukową. Od tytułowego problemu trzech ciał, poprzez ultra-długie fale radiowe emitowane przez Słońce na wielowymiarowych mikrocząsteczkach skończywszy. Wiele fragmentów wymaga całkiem sporego skupienia i choć odrobiony wyobraźni fizycznej, ale tak w zasadzie podane są bardzo przystępnej formie. Niby można cieszyć się fabułą kompletnie ignorując te części, ale stanowią one na tyle integralną część fabuły, że bez nich powieść Cixin Liu mocno traci. Na całe szczęście Chińczyk potrafi pisać o splątaniu kwantowym czy cząsteczkach podstawowych w sposób całkiem przystępny. W dodatku tylko niewielka część tych deliberacji wykracza poza aktualny stan wiedzy, a fikcyjne „supertechnologie” są stosowane doraźnie. Sporym minusem jest pewien błąd/naciągnięcie faktów leżące u podstaw ważnego elementu fabuły (Alfa Centauri tak naprawdę nie stanowi przykładu problemu trzech ciał ). Wartą odnotowania ciekawostką jest też rola, którą odgrywa Milcząca wiosna Rachel Carson, o której niedawno pisałem na blogu. Cixin Liu w nie do końca zawoalowany krytykuje ten pseudo-naukowy, wysoce szkodliwy traktat.

Jedno z rozwiązań problemu trzech ciał

Jedno z rozwiązań problemu trzech ciał

Natomiast w przypadku postaci pozytywy mieszają się z negatywami – świetnie wypada kreacja postaci około-naukowych, znacznie zaś gorzej tych pozostałych. Liu pracował jako inżynier informatyk i umiejętnie korzysta z własnych doświadczeń. Pięknie oddaje uczucia towarzyszące wielkim odkryciom naukowym, świetnie ukazuje postrzeganie nauki przez samych naukowców, a nawet wprowadza naukowe metafory przy opisywaniu ich uczuć. Za przykład niech posłuży ten cytat: „Nie czuła już smutku. Była jak licznik Geigera wystawiony tak długo na zbyt silne promieniowanie, że jego strzałka pokazywała bezgłośnie zero„. Po przeczytaniu od-autorskiego posłowia widać też, dlaczego Liu potrafił tak dobrze oddać beznadzieję początków rządów Mao. Gdy jednak wyjdzie się poza świat nauki, rośnie stężenie sztampy. Doskonale widać to w przypadku Shi Qianga, który idealnie pasuje to motywu „loose cannon” – nieobliczalnego, szorstkiego gliniarza, który przełożonym się nie kłania, ale jest trzymany ze względu na wyniki. Tu dodatkowo dysponuje on instynktem i intuicją, która pozwala mu wziąć górę nad wybitnymi naukowcami. Komicznie wypada też złowroga organizacja, która składa się z wybitnych osobistości i działa z wielkim rozmachem, ale jednocześnie popełnia amatorskie błędy.

Według mnie najważniejszą zaletą Problemu trzech ciał jest to, że motywuje czytelnika do krytycznego spojrzenia na postęp technologiczny, naukę, środowisko czy ludzkość w ogóle. Przeróżne ruchy anty-naukowe są krytykowane wyraźnie i bezpośrednio, a okrucieństwo polityczne fanatyzmu ukazywane jest bez pardonu – zresztą dobrze Liu dobrze zobrazował to, że polityka z wiedzą się nie lubi, o ile nie może jej wykorzystać do swoich celów. Jednak pozostałe zagadnienia są ukazane z kilku perspektyw i czytelnikowi do rozważenia. Jaki wpływ na ludzkość miałaby sama świadomość istnienia obcej cywilizacji? Jak daleko można posunąć się w imię badań naukowych? Czy inne gatunki należy traktować na równi z ludzkim? Pytania te są wplecione w samą fabułę i wynikają z niej, nie zakłócając akcji. Przyznać bowiem trzeba, że pisarz potrafi umiejętnie budować napięcie. Świetnie sprawdzają się tu zdania-przepowiednie, które regularnie windują oczekiwania. Niestety, oczekiwania te nie w finale spełnione nie zostają. Najważniejsze wątki zostają bowiem rozciągnięte na kolejne tomy.

Problem trzech ciał to bardzo dobra powieść science-fiction, którą poleciłbym miłośnikom SF, zwłaszcza w wydaniu hard. W przekonujący sposób ukazuje moc nauki oraz postaci z tą mocą obcujące, a do tego zwyczajnie wciąga. Braki w kreacji postaci, zdecydowanie zbyt wiele ujawniający tekst z tyłu okładki oraz tłumaczeniowe zepsucie najlepszego one-linera w książce (patrz cytat poniżej) to nieznaczne wpadki nie mącące odbioru całości. Na koniec pozostaje najważniejsze pytanie: kiedy drugi tom?

Podziękowania dla wydawnictwa Rebis za przesłanie egzemplarza do recenzji.

I’m a simple man without a lot of complicated twists and turns. Look down my throat and you can see out my ass.

Poprzedni

Z gwiazd pod rynnę, czyli „Tylko cisza” Bohdana Peteckiego

Następny

Maksymalna komunikacja, czyli o języku pragmatycznie

Komentarzy: 11

  1. Jeszcze bardziej nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po tę książkę. Czeka już grzecznie na półce na swoją kolej. Zwłaszcza ta warstwa naukowa mnie bardzo, bardzo ciekawi. Uwielbiam takie rozważania nad konsekwencjami rozwoju technologii i ogólnie nad nauką. Trochę się boję książek pisanych przez inżynierów, nie chcę jakoś stereotypowo zabrzmieć, ale często brak im socjologicznego czy psychologicznego spojrzenia na rzeczywistość, na postacie. Jednak każdy autor ma jakąś swoją mocną i słabszą stronę 😉 Ogólnie mi tacy bohaterowie w stylu „zły glina” nie przeszkadzają, a nawet je lubię, bo wiadomo czego się po nich spodziewać. Mam tylko nadzieję, że powstrzymam się przed kliknięciem w zamazaną treść 😛

    • pozeracz

      Tu trochę tego spojrzenia na postacie chyba zabrakło – a w zasadzie to na postacie inne niż naukowcy. Może w kolejnych tomach to się nieco poprawi. Ciekawe jestem Twojej recenzji i czy wytrwałaś w nieklikaniu.

      • W końcu mogłam zajrzeć w zamazany fragment 😀 No cóż, to samo mnie uderzyło w trakcie lektury. Przecież Proxima b krąży wokół Proxima Centauri. Co więcej, czytałam kiedyś gdzieś wypowiedź jakiegoś naukowca, że pod względami praktycznymi to może być nawet tak, że Proxima Centauri jest tylko towarzyszący układowi Aplha Centauri, a w tym wypadku byłby to układ podwójny. Więc Cixin faktycznie to naciągnął. Jednak z drugiej strony książka powstała w 2006 roku, więc może jeszcze wtedy Alpha Centauri nie był na tyle poznany.

  2. Całość mnie generalnie mocno zaciekawiła, ale dopiero przy końcu stwierdziłam: Okej, teraz mnie masz. Chcę wiedzieć. Bardzo. Jak ten fragment brzmi po polsku? ;>

    • pozeracz

      Jak wspomniane zostało w ostatnim akapicie – fragment ten został akurat skiepszczony. Drugie zdanie brzmi: „Niech pan zajrzy mi w gardło, a zobaczy pan moją dupę”. Nawet fizjologicznie nie ma to sensu 😛

  3. Informacja o polskim wydaniu tej książki przykuła moją uwagę – czytałem już japońską science fiction, ale z chińską odmianą tego gatunku jeszcze nie miałem do czynienia. Powieść wydaje się b. atrakcyjna – cenię sobie takie futurystyczne rozważania dotyczące technologii i wpływu jakie niosą jej owoce na ludzką cywilizację i społeczeństwo. Minusy nie wydają się na tyle dojmujące, by z ich względu zrezygnować z lektury. Szkoda tylko, że książka nie doczekała się twardej oprawki.

    • pozeracz

      Kto wie – może dobra sprzedaż pierwszego tomu zachęci wydawcę do twardookładkowej re-edycji przed premierą któregoś z kolejnych tomów. Ciekawe też, czy do Polski trafią inne książki tego autora, bo z opisów zapowiadają się ciekawie.

  4. MS

    Trochę spóźniony komentarz, ale dopiero przeczytałem książkę. Uproszczona psychologia, antropocentryczne patrzenie obcych na świat, dużo założeń i to raczej sztampowych, chociażby w przypadku wyglądu i porozumiewania się z obcymi. To trochę razi, bo mam wrażenie jakbym czytał książkę z lat 50. Bez zagłębiania się jednak w szczegóły, zwracam uwagę na dwa największe minusy [spoiler alert!]:

    – minus edytorski. Kto wpadł na pomysł z wypowiedzią Obamy na tyle okładki, która sygnalizuje problem najazdu kosmitów. O samych obcych dowiadujemy się grubo po 300 stronie… Jak można tak zaspoilerować czytelnikom fabułę?

    – minus merytoryczny – totalnie nie kupuję motywu całego ruchu i postępowania Ye. Jej celem jest zniszczenie własnej zgnuśniałej cywilizacji i hipotetyczne moralne odnowienie za pośrednictwem inwazji obcych. Ye dostaje wiadomość, z której jasno wynika, że ktoś dokonał niesubordynacji. Co oznacza, że tam daleko w kosmosie też nie mają kolorowo i nie ma racjonalnych przesłanek za tym, żeby od takiej cywilizacji oczekiwać moralnej alternatywy dla Ziemi.

    • pozeracz

      [HERE BE SPOILERS]

      O minusie edytorskim wspominam na końcu książki. Sprawdziłem streszczenie okładkowe wersji angielskiej i jest jeszcze gorzej. Nie bardzo rozumiem, co kieruje wydawcami, którzy tak wiele zdradzają z fabuły. Aż się przypomina Rejs i cytat o melodiach, które już się słyszało. Mnie ten ruch nie przekonał, ale głównie ze względu na jego niekompetencję konspiracyjną. A co do wiadomości – nie zwróciłem na to uwagi, ale masz rację: „fizycznie” w książce ta wiadomość pojawia się względnie późno, ale chronologicznie niemal na samym początku.

      W temacie obcych – oryginalność rzeczywiście nie ma tam wiele, nie licząc pomysłu na świat (choć sam ginący świat to zgrany motyw). Ale mimo wszystko jestem ciekaw, czy następne tomy przyniosą coś ciekawego w tym temacie.

      • M.S

        A przypominasz sobie może utwór, w którym bohater chce prosić obcych o zniszczenie Ziemi? Wydaje mi się, że to ewentualnie może być takim promykiem oryginalności – ja takiego utworu nie pamiętam.

        • pozeracz

          Przekornie rzec by się chciało, że wszystko już gdzieś było, ale sam z siebie nie pamiętam. Zgadywałbym, że gdzieś w komiksowo-superbohaterskich odmętach coś takiego się stało, ale to tylko strzał.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén