Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Potrzask cykliczny, czyli „Slade House” Davida Mitchella

Łaska czytelnika na pstrym wózku bibliotecznym jeździ. Można sobie być jednym z ulubionych autorów takiego tam Pożeracza, a Twoje książki i tak będą czekały ponad rok na przeczytanie. Taki oto los spotkał właśnie Davida Mitchella – Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta rok temu wygrzebane z kosza przecenowego w markecie i Slade House zakupione na zeszłorocznym Pyrkonie. Ta pierwsza jeszcze nieco poczeka, ale tej drugiej szczęście przyniosło dopiero to lato bezwydawnicze. Zapraszam więc na pierwszy (a to Ci psikus, czyż nie?) na mym blogu kąsek z Uczty Wyobraźni.

slade house okładka

Pewna robotnicza dzielnica Londynu skrywa niezwykle nietypowe domostwo. Za ceglanym murem skrywa się przepiękny ogród i piękna zabudowa z lat minionych. Szkopuł w tym, że drzwi w rzeczonym murze pojawiają się tylko raz na dziewięć lat i w dodatku bez zaproszenia gospodarzy przejść przez nie w zasadzie nie sposób. Para władająca posiadłością też do zwyczajnych nie należy, a niezwyczajność ich w mroczne strony zdecydowanie zbacza. Gości dobierają drobiazgowo, goszczą ich z fantazją i… na wieki. Losy kolejnych gości powtarzają się z nieubłaganą pewnością.

Czytelnicy znający twórczość Davida Mitchella i nie czytający opisów tylnookładkowych mogą z pewnym zaskoczeniem odkryć, że Slade House to powieść grozy. Jednak od razu trzeba też zaznaczyć, że jest to groza wyraziście Mitchellem naznaczona. Nie dość więc, że mamy tu do czynienia z pięcioma zazębiającymi się opowieściami, to jeszcze czytelnik napotka tu bezpośrednie odwołania do Czasomierzy. Jedną z konsekwencji wyboru gatunkowego jest odstąpienie od nacisku na kwestie filozoficzne i moralne, znanego chociażby z Atlasu Chmur czy Widmopisu. Ale i tutaj napotkać można wątki znane z innych powieści Anglika – jednym głównych motywów jest tu bowiem kwestia samooszukiwania się oraz wykorzystywania tej tendencji przez jednostki bezwzględne. Osoby, które trafiają na teren posiadłości, wykazują się różnymi niedostatkami czy też niezaspokojonymi potrzebami. Gospodarze zaś specjalizują się w ich odkrywaniu i eksploatowaniu.

slade house okładka

Mocnymi stronami powieści są zdecydowanie zróżnicowane postaci i precyzyjnie skonstruowana fabuła. Opowieści nie są zbyt długie, więc nie ma tu raczej miejsca na rozwój postaci, ale i bez tego czytelnik ma do czynienia z bogatym ich zbiorem. Niemal zwyczajny nastolatek, brutalny policjant, studentka szukająca atencji… Wszystkie je łączy jakaś forma społecznego wyobcowania. Chłopak jest wyśmiewany przez rówieśników, policjant to rasistowski buc porzucony przez żonę, a studentka kompleksami jest najeżona i marzy się jej się romantyczny związek. Zestaw ten nie jest może szalenie oryginalny, ale za sprawą pierwszoosobowych stylizacji Mitchell skutecznie wzbudza w czytelniku sympatię, żal bądź też obrzydzenie. W dodatku niewinność nie stanowi tu magicznej tarczy przed złem. Ważne jest także to, że autor precyzyjnie podrzuca odbiorcom podpowiedzi i drobiazgi, które wskazują, że całość jest dokładnie rozplanowana. Drobnym minusem tego jest to, że uważnie-domyślny czytacz dość szybko odgadnie ogólny zarys finału.

Slade House wypada też dobrze pod kątem elementów kluczowych dla grozą przepełnionego gatunku. Oczywiście, czytelnik odczuwa niepokój najbardziej intensywnie w trakcie lektury pierwszej opowieści, gdyż jest on wzmacniany przez niespodziewalność. Pierwsze odwiedziny w domu, także za sprawą „niewinnej” perspektywy, wywołać mogą gęsią skórkę nawet u tych zazwyczaj niewrażliwych na literackie straszności. W kolejnych opowieściach ciężar przenosi się ze strachu na kibicowanie głównym bohaterom, ale nie oznacza to wcale spadku napięcie, a po prostu inne jego ukierunkowanie. Ciekawym wyjątkiem jest tu opowieść druga, w której to protagonistą jest Gordon Edmonds, wyjątkowo antypatyczny typ, któremu kibicować bardzo trudno. Zgrabnie wpleciony zostaje też nieco zgrany motyw wykorzystania czyichś pragnień, marzeń przeciwko niemu.

slade house mitchell autor

Slade House to dowód na to, że David Mitchell dobrze czuje się w bardzo zróżnicowanych gatunkach. Potrafi umiejętnie wykorzystać swoje sprawdzone metody nie tylko do złożonych opowieści z naciskiem na problemy moralno-filozoficzne, ale też nieco bardziej rozrywkowych i ograniczonych miejscem akcji. Koniecznie powinni po nią sięgnąć fani grozy (a także jakiś producent filmowy), ale i miłośnicy szeroko pojmowanej fantastyki na pewno będą ukontentowani.


O Slade House przeczytacie też tu:

Mama mówi, że muszę umieć bardziej „dopasowywać się do grupy”, ale nie ma żadnych kursów Dopasowywania, nawet na tablicy w miejskiej bibliotece nie ma takich ogłoszeń. Ogłasza się za to klub Dungeons & Dragons i zawsze chcę tam pójść, ale mama mówi, że nie mogę, bo Dungeons & Dragons igrają z ciemnymi mocami.

Poprzedni

Niewiedza (nie) jest błogosławieństwem, czyli „Kwiaty dla Algernona” Daniela Keyesa

Następny

Klimat sprzyjający opowiadaniom, czyli wywiad z Dobromiłą Jankowską

Komentarzy: 3

  1. A myślałam, że czytasz hiper szybko… I że nie masz (rocznych) zaległości… Naprawdę, a kupujesz książki, czy dopiero wtedy jak przeczytasz te, które masz na półce?

  2. Slade House to taki sidequel do Czasomierzy, przy których wypada bardzo wtórnie. Choć dzięki sprawności warsztatowej Mitchella lektura jest całkiem przyjemna. Gorzej, że w pewnym stopniu niechcący zaspoilerowałeś sobie Tysiąc jesieni (a autor trochę tę książkę zepsuł, czyniąc Marinus tym, kim ją uczynił).

  3. Ha, z tą UW to faktycznie zaskoczyłeś – gdyby mnie ktoś pytał czy pisałeś już o książkach z tej serii, to w ciemno odpowiedziałbym, że pewnie tak.

    A co do Davida Mitchella to czytałem sporo opinii na temat różnych dzieł tego pisarza, ale jak dotąd nie sięgnąłem po żaden z jego utworów. Trzeba to będzie kiedyś nadrobić.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén