Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Pożarci przez miasto, czyli „Zoo City” Lauren Beukes

Choć niektórym urban fantasy kojarzyć się może z pewnym niezbyt uroczym redaktorem, to w przypadku tekstu chodzi o jeden z najmłodszych fantastycznych podgatunków. W tym czasie dorobił się kilku niezłych autorów i ciekawych przedstawicieli, wśród których warto wspomnieć prześwietne Nigdziebądź czy rozrywkowo intensywną serię Jima Butchera. Względnie trudno jednak znaleźć udane wypady poza obszary europejsko-amerykańskie. Zoo City Lauren Beukes wypadem takim jest i to w dodatku uhonorowanym nagrodą im. Arthura C. Clarke’a.

zoo0

Alternatywny Johannesburg niezbyt odległej przyszłości jest miastem niebezpiecznym i pełnym podziałów. Bogate dzielnice strzeżone przez firmy ochroniarskie kontrastują ze slumsami rządzonymi przez gangi i omijanymi przez służby bezpieczeństwa. Wykluczeni zostają nie tylko biedni, ale też i zanimalizowani. Niewyjaśnione zrządzenie nadprzyrodzonych losów sprawiło bowiem, że wyjątkowo złe uczynki „nagradzane” są zwierzęcym towarzyszem oraz czasem pewnymi magicznymi zdolnościami. Zinzi December prócz poczucia winy, sporych długów i niedawno pokonanego uzależnienia dźwiga na swych plecach także Leniwca. Środków do życia dostarcza jej pisarki talent zaprzęgany do oszustw internetowych oraz magiczny talent do odnajdywania zagubionych przedmiotów. Pewnego zaś dnia jedna z klientek zostaje brutalnie zamordowana, a młoda zooluska dostaje potencjalnie lukratywne zlecenie: ma odnaleźć zaginioną piosenkarkę.

W przypadku Zoo City urban fantasy jest podstawą, na którym opiera się struktura kryminału. Niestety, wątek kryminalny jest chyba najsłabszym elementem powieści, a że początek książki skupia się właśnie na nim, to pierwsze wrażenia mogą być mieszane. Zinzi wędruje po mieście w niezbyt pośpiesznym tempie, zbiera informacje i rozmawia z znajomymi i bliskimi gwiazdki, ale brak tu w zasadzie napięcia i poczucia, że te poszukiwania do czegoś zmierzają. W okolicach środka powieści ulega to poprawie – zwroty i upadki zapewniają sporą dawkę emocji. Zaś pisząc zakończenie, Beukes nakręciła się chyba nieco za bardzo – zbyt dużo tu chaosu i szaleństwa, nagle akcje skręca w stronę groteski. Na całe szczęście nawet po odrzuceniu wątku kryminalnego pozostają interesujące motywy, jak na przykład wina i odkupienie.

Autor: Dylan Harbour,, CC BY-SA 3.0,

Autor: Dylan Harbour / CC BY-SA 3.0,

Pozytywnie wypada też sama główna bohaterka, która wymyka się sztampie. Jest tak po części dzięki oryginalnym pomysłom autorki (chowańce, Johannesburg), ale głównie dzięki temu, że Zinzi to niezłe ziółko. Mimo sympatii, którą zdobywa większość dobrze napisanych protagonistów, trudno ją uznać za dobrego człowieka. Życie u dołu społecznego porządku nie pozostawia wielu opcji, a sama zooluska niezbyt chętnie pomaga w internetowych oszustwach, ale nie robi wiele by zmienić status quo. Odpowiednią motywację przynosi dopiero kilka wstrząsów fabularnych i szorowanie po moralnym dnie. Są to zresztą najlepsze momenty powieści, intensywnie targające emocjonalnie.

Szkoda, że pozostałe postaci nie mogą się pochwalić taką złożonością. Ciekawa jest dynamika relacji Songwezy i S’bu, gwiazdorskiego rodzeństwa, ale nie Beukes nie poświęciła jej wiele miejsca. Jedyny wyjątek stanowi… Johannesburg. Miasto odgrywa tu na tyle integralną rolę, że można je niemal potraktować jako osobnego bohatera i to ciekawszego niż większość pozostałych. Ta specyficzna mieszanka różnych grup etnicznych i społecznych, slangu i gatunków muzycznych oraz biedoty i nietolerancji stanowi o sile Zoo City. Sporą rolę odgrywa tu też żywy, dynamiczny język, którym posługuje się Beukes. Zinzi jest cyniczną obserwatorką uzbrojoną w cięty język, więc pierwszoosobowa narracja dodaje powieści kolorytu. Świetną robotę wykonała też Katarzyna Karłowska, która musiała się mocno napracować przy rozpracowywaniu johannesburskiego idiolektu.

zoo1

Co prawda Zoo City wzbudziło raczej moją ciekawość niż zachwyt, ale i tak jest to dobra powieść. Zdecydowanie wyróżnia się na tle innych z gatunku urban fantasy nie tylko miejscem akcji, ale i postacią głównej bohaterki. Niezbyt udany wątek detektywistyczny zakłóca pierwsze wrażenia, a chaos finału psuje te końcowe. Nierówności te jednak równoważy styl autorki oraz pełen emocji środek opowieści. Na pewno dam Lauren Beukes jeszcze jedną szansę – zwłaszcza, że potrafi ona tworzyć takie szaleństwa, jakie dane mi było tłumaczyć dla Poltergeista.

Jeśli oczy są oknami duszy, to za tymi roztacza się widok na Czarnobyl.

Poprzedni

A idź Pan w pyry, czyli od Pyrkonu do psucia rynku

Następny

To jest kosmos dla starych (nie)ludzi, czyli „Wojna starego człowieka” Johna Scalziego

Komentarzy: 4

  1. Leżę i czytam

    Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że „Zoo City” jest nieco podobne do ostatniej powieści Margaret Atwood („Serce umiera ostatnie”). Elementy kryminału i groteski, apokaliptyczny klimat, a w tle niebezpieczne, pełne chaosu i wewnętrznych podziałów miasto… Mam nadzieję, że, mimo wszystko, nie jest to profetyczna wizja naszej przyszłości.

    • pozeracz

      A komentarz napisany 11 września…

      Gdy czytam różne historie ze świata, to wydaje mi się, że nie potrzeba fantastyki – to już się dzieje. Zajmie tylko trochę zanim w „nas” pierd… uderzy.

  2. Skończyłem niedawno powieść Pynchona zatytułowaną „Wada ukryta”, w której również pojawiał się wątek kryminalny, i również nie był on szczególnie starannie rozwinięty. W przypadku Pynchona jestem jednak niemal pewny, że ów motyw posłużył jedynie za przykrywkę, tekturową dekorację (dodatkową maskę stanowi wszechobecna ironia, absurd i groteska), pod którą autor umieścił o wiele istotniejsze kwestie – surowy portret kontrkultury, mit hipisowskiej utopii, etc. Może u Beukes jest podobnie 🙂 ?

    • pozeracz

      Trochę tak jest, ale brak tu nieco emocjonalnego impetu. Poruszają fragmenty skupiające się na jednostce i jej moralności oraz odpowiedzialności.

      A Pynchona muszę w końcu coś kolejnego przeczytać.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén