Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Nic dwa razy się nie zdarza, czyli do czego wraca Pożeracz

Czytanie bloga Silaqui dobrze mi służy, gdyż znów zainspirowany zostałem byłem do napisania wpisu. Tym razem winowajcą jest wpis o powrotach do książek. Silaqui pochodzi do sprawy analitycznie, a ja chciałbym podejść egzemplarycznie. Zgadzam się bowiem z przemyśleniami zawartymi we wpisie, ale w praktyce do książek wracam rzadko. Postanowiłem więc przyjrzeć się tym, którym jednak udało się mnie przyciągnąć.

powroty2

Zanim przejdę do samych książek krótka refleksja na temat tego, dlaczego rzadko wracam do przeczytanych już pozycji. Wydaje mi się, że wynika to ze sprężenia małej ilości czasu z ogromną ilością książek, które chciałbym jeszcze przeczytać. Niby dawno zinternalizowałem sobie, że nigdy nie będę w stanie przeczytać absolutnie wszystkiego, co bym chciał, ale nie oznacza to, że nie będę próbował. Jeszcze Manna chciałbym poczytać, jeszcze Fundację, jeszcze Wegnera, jeszcze… I większości przypadków to „jeszcze” wygrywa.

Jednak nie zawsze, a chlubne wyjątki poniżej…

Czarnoksiężnik z archipelagu

Ursula K. Le Guin

copo1

Zdecydowany lider po kątek ilości powrotów. Pierwszy tom Ziemiomorza czytałem pierwszy raz na samym starcie przygody swej z fantastyką, czyli gdzieś w środku licealnych lat. Od tamtego czasu przeczytałem do jeszcze cztery razy. Częściowo na pewno wynika to z objętości (ok. 200 stron), ale nie tylko – jest przecież cała fura krótkich książek, ale do nich jakoś nie wracam. Le Guin połączyła po prostu w bardzo udany sposób przygodę z głębszymi treściami. I to te drugie sprawiają, że nadal chcę wracać.

Siódmy syn

Orson Scott Card

copo2-2

Przypadek podobny, ale siła przyciągania nieco mniejsza. Pierwsza część opowieści o Alvinie Stwórcy trafiła w moje ręce w podobnym momencie, co Czarnoksiężnik z archipelagu i też mnie wtedy wciągnął. Później wracałem jeszcze dwa razy. Nie jest to może lektura tak bogata jak dzieło Le Guin, ale Card jest świetnym gawędziarzem i bardzo skutecznie potrafi zachęcić do wysłuchania jego opowieści. A przy tym można sobie porozmyślać o pozorach, naturze dobra i zła, a może nawet i przeznaczeniu.

Władca Pierścieni

J.R.R. Tolkien

powroty1

Nie będzie chyba zaskoczeniem, gdy napiszę, że Władcę Pierścieni po raz pierwszy czytałem w okolicach początku liceum. Może to sentyment mną więc powoduje? Nie wiem. Wiem za to, że dzieło Tolkien jest dowodem na to, że wracam nie tylko do szczupłych tomów, ale i do opasłych tomiszczy. Drugie czytanie sześcioksięgu odbyło się dobrych kilka lat po pierwszym i pomimo tego, że w między czasie przeczytałem sporo świetnej fantastyki i nie tylko, to i tak znów czułem się niczym towarzysz Froda, Gandalfa et consortes.

___________

Przydarzyły mi się jeszcze powroty określane przez Silaqui jako „przypadkowe”, czyli głównie wynikające z tego, że akurat w danym momencie nie było pod ręką do czytania nic innego, niż coś, co już czytałem. Był też jeden powrót „zadaniowy” – przeczytałem po raz kolejny dwa pierwsze tomy Pieśni lodu i Ognia, gdy szykowałem się do premiery czwartego tomu. Ciekawe jest też to, że wracam tylko do fantastyki…

powroty3

Wiem też, że do wielu powieści chcę wrócić. Diuna, Idiota, Lalka, Majipoor… Ale tylko czas pokaże, czy wygra chęć powrotu czy „jeszcze”. A co u Was wygrywa?

Co ma zostać, zostanie, a co ma zniknąć, zniknie. Czas rozwiąże wiele spraw, a to, czego nie rozwiąże czas, sama rozwiążesz. [Haruki Murakami, Tańcz, tańcz, tańcz]

Poprzedni

Ale dziwni Ci pisarze, czyli ciekawostek ciąg dalszy

Następny

Tytułem na opak, czyli podmieniając dzieła: antyporadniki seksualne

Komentarzy: 13

  1. M.S

    Im starszy się robię, tym bardziej pałam chęcią do przypominania sobie dobrych, sprawdzonych lektur, niż szukania czegoś nowego i najczęściej rozczarowującego. Ostatnio po przeczytaniu około 8 książek, w skład których wchodziły m.in. takie nazwiska jak Le Guin, Heinlein, Dick czy Vance czułem lekką frustrację. Niby nazwiska znane, zasłużone, a jednak nie wszystko złoto co się świeci. Nawet mistrzowie miewają gorsze próby. Z marazmu wyrwał mnie na szczęście Dumas i jego „Hrabia Monte Christo” (tego akurat nie czytałem), co nie zmienia faktu, że właśnie w takich chwilach mam wielką ochotę na powroty. Przynajmniej wiem, że coś będzie dobre. Aczkolwiek nie obce mi jest uczucie „skoro czytałeś, to nie trać czasu tylko sięgaj po nowe”.

    Powoli kompletuję listę książek, do których chcę wrócić, z wielu różnych powodów. Przykładowo w kolejce czekają Kroniki Amberu. Mam świadomość, że jest to lektura przesiąknięta Szekspirem, a w nim mam braki. Dlatego jak nadrobię twórczość autora „Romea i Julii” zabiorę się za Zelaznego, żeby go szerzej odczytać.

    Wiedźmina pochłonąłem nie tak dawno, ale wciągnął mnie na tyle, że podobnie jak w przypadku Zelaznego mam poczucie uciekających kontekstów i niuansów. Dlatego Sapkowski jest kolejny na liście.

    Namiętnie wracam do „Lotu nad kukułczym gniazdem”, „Czarnoksiężnika z Archipelagu” czy opowiadań Poego (do nich chyba najczęściej). Tolkien, to też jest autor, którego pewnie co 5-10 lat będę odkurzał. Podobnie wrócić muszę do jednej z najlepszych powieści fantasy w moim odczuciu czyli „Mgieł Avalonu” Marion Zimmer Bradley. Lem też już nieco zatarł się w mojej pamięci, więc ponowna lektura „Solaris” widnieje gdzieś na horyzoncie. Do tego dorzuciłbym „Braci Karamazow” Dostojewskiego i „Lalkę” Prusa.

    • pozeracz

      Mistrzowie mają gorsze dni, to prawda. Prawda też jest taka, że niektóre dzieła niezbyt dobrze radzą sobie z upływem czasu. Czytałem swego czasu pierwszy tom „Świata czarownic” i nie było to zbyt pozytywne doświadczenie.

      Ale to nowy wątek – może rozczarowania są jednym z powodów. Pewnie gdybym przeczytał kilka słabszych pozycji, to chętniej wróciłbym do czegoś znanego i dobrego.

      Ja do nawiązań literackich mam stosunek letni. Z jednej strony cieszę się, gdy coś wyłapię, a niektóre aluzje są dla mnie oczywiste, ale z drugiej strony nie spinam się specjalnie – niektóre powieści są tak nasycone odwołaniami do innych dzieł, że i tak nie ma szans wyłapania wszystkich. Tu ciekawym pomysłem byłoby czytanie jakiejś krytycznie opracowanej wersji elektronicznej – z hiperłączami lub opcjonalnymi podpowiedziami.

      • M.S

        Zależy czy nawiązania naprowadzają nas na interpretacje utworu czy po prostu są popisem erudycji autora i nie mają konsekwencji intertekstualnych. Dla przykładu, czytanie „Grobowców Atuanu” Le Guin przez pryzmat mitu o Tezeuszu i Minotaurze, zdecydowanie poszerza konteksty literackie i pozwala dostrzec nową alternatywę zaproponowaną przez autorkę. Mam obawę, że właśnie coś takiego mogło mi umknąć u Zelaznego 🙂

        • pozeracz

          Nie ma nic do dodania, Wysoki Sądzie 😉 Ale, ale… Nasuwa mi się nieco inny wątek. Ciekawe jak często autorom przytrafiają się nawiązania nieświadome.

  2. Aj, wiele jest książek do których z chęcią bym wrócił (cały czas planuję ponownie sięgnąć po twórczość Lema; przy okazji przyszłej lektury „Ziemiomorza” oraz „Sześciu światów Hain” ponownie zetknę się z kilkoma powieściami Le Guin), ale w praktyce coś takiego zdarza mi się bardzo, bardzo rzadko – 2 albo 3 razy czytałem „Pana Tadeusza”, 3 razy obcowałem z „Ferydydurke” Gombro i chyba na tym lista się zamyka 🙂

    • pozeracz

      Ja Lema to muszę dokończyć. Czytałem sporo, gdy Gazeta wydawała jego kolekcję, ale zaległości jeszcze spore mam. A do „Ferdydurkę” chciałbym wrócić i od tego wyjść do innych „gombrowiczów”.

    • O, planujesz Ziemiomorze, to może umówimy się na lekturę razem?

  3. W dzieciństwie uwielbiałam wracać do ukochanych książek, bajek. Do dziś mam te egzemplarze, sentymentalną pamiątkę, noszące ślady wielokrotnego czytania. Teraz wygrywa „jeszcze”. I to dziwne w sumie, bo w tym „jeszcze”, gdy jest już czytane, coraz mniej takich olśnień, do których by się wrócić chciało.

    • pozeracz

      Niedawno, w dyskusji o kanonie, Andrzej „Kruk” Appelt przywołał prawo Sturgeona, które to mówi, że 90% wszystkiego to kupa. Jest to generalizacja wielka, ale w tych przesyconych marketingiem czasach za często zapominamy o tym, że spora część tego, co dziś jest wydawane i chwalone, nie przetrwa próby czasu.

  4. Ziemiomorza nie mogę zmóc. Nie wiem dlaczego… Ale z Wiedźminem miałam podobną historię, tyle, że potem wsiąkłam. Tolkienowskiej sagi nie lubię, za to sam autor miał fascynujące życie, szkoda, że nikt nie wpadł na to, by nakręcić na jego kanwie film.

    • pozeracz

      Ziemiomorza w całości, czy może tylko pierwszego tomu? A co do Tolkiena – ciekaw jestem, jakie miałbym zdanie o „Władcy…”, gdyby po raz pierwszy czytał go dziś.

  5. Do Czarnoksiężnika, bo chciałam przeczytać po kolei. Tak więc nie czytałam innych. Drużyna Pierścienia kiedyś emitowana była w radiowej jedynce jako słuchowisko, ale trylogię przeczytałam, już jako dorosła osoba i mnie nie zachwyciła.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén