Raz na jakiś czas przez blogosferę przetacza się dyskusja, która dzieli, rozpala, zaognia i… przemija. Najczęściej dotyczy ona tematu, który przedyskutowany był już na wylot i w żadnym z przypadków nie doprowadziło to do żadnego trzęsienia ziemi. Pojawia się po prostu nowy bodziec i karuzela zaczyna się kręcić – a to raport o stanie czytelnictwa, a to Przewodas pociągnie z grubej rury, a to startuje portal CzytamPierwszy. A gdy kurz już opadnie przychodzi Pożeracz, dorzuca swoje trzy grosze i potem czyta w komentarzach, że temat był już wałkowany wielokrotnie. Pożeracz jednak trwa w przekonaniu, że miał coś od siebie do dodania, a potem niezrażony wypatruje następnego sztormu.
Wszystko niby zaczęło się od reakcji na start portalu CzytamPierwszy, ale nie będzie to sedno tego wpisu, więc tylko parę słów na początek. Mógłbym w zasadzie ograniczyć się do następujących czterech słów: to nie dla mnie. Dwa główne powody są takie: (1) nie mam wielkiego parcia na nowości; (2) współpraca z wydawnictwami układa mi się dobrze. Patrząc na te dwa punkty oraz zasady funkcjonowania portalu, wyciągnąć można wnioski dwa: (1) najwięcej zyskują wydawcy; (2) względnie pozytywnie wypada to dla początkujących blogerów. Sposób gromadzenia punktów polegający na umieszczaniu swoich tekstów w jak największej ilości miejsc przenosi ciężar promowania na blogera, a ciężar nakłaniania do tego blogera na portal. Warto jednak zaznaczyć, że promowanie leży w interesie blogera, bo promuje nie tylko książkę, ale i swój tekst o niej. I to w zasadzie tyle w mojej strony. Póki będzie to alternatywna forma kontaktu z wydawnictwami, to na tym się skończy moja styczność z CzytamPierwszy.
Dużo bardziej interesująco zrobiło się w komentarzach do wpisów komentujących powstanie tego portalu – zaczęły fruwać „wyzyski”, „frajerstwa” i cała tona mniej lub bardziej zawoalowanych inwektyw typowych dla sieciowych pyskówek. Nie będę tu się czepiał poszczególnych bzdur, a zamiast tego zacznę od pewnego kluczowego, według mnie, przeoczenia, a potem wyłożę me podejście do sprawy. Cóż to za przeoczenie? Otóż w całym tym zalewie słów znaczące wielce jest to, że nikt nie wspomniał nawet o motywacji blogera, o tym „po co” ktoś pisze. Padają argumenty o czasochłonności, o niewspółmierności poświęconego czasu do wartości otrzymanej książki itp., itd., a u podstawy tego leży założenie, że blogowanie to zajęcie zarobkowe. Nie ma nic złego w takim traktowaniu tego zajęcia, ale widać niektórzy mierzą innych wyłącznie swoją miarą, a do głowy im nie przyjdzie, że motywacje mogą być różne. Wydaje mi się, że dla większości osób piszących o książkach (czy kulturze w ogóle) cele komercyjne są nisko na liście priorytetów. Ważne jest same obcowanie z literaturą/kulturą i możliwość podzielenia się wrażeniami.
Zresztą wydaje mi się, że pisanie o płaceniu za recenzję w kontekście blogów książkowych jest dla mnie kolosalnym nieporozumieniem. Akcje promocyjne? Pewnie. Patronat? Oczywiście. Baner na blogu? Nie mówię nie. Dwa przykładu nieco z kosmosu: Jeśli zgłosiłby się do mnie Empik z propozycją promowania ich nowej serii Zaczytani, to na pewno bym rozważył ich propozycję. Podobają mi się te akcesoria, są jak najbardziej czytelnicze, więc wszystko gra. Ale przyjmowanie wynagrodzenia za napisanie recenzji to dla mnie pożegnanie się z wiarygodnością. Zaufanie czytelników to podstawa, a by je utrzymać należy postępować etycznie. Jakoś nie wyobrażam sobie, by ktoś chciał czytać recenzję z dopiskiem „tekst sponsorowany”. Mimo, że większy ruch przyciągają inne wpisy, to jednak recenzje stanowią fundament bloga. Nie mam zamiaru go podkopywać. Wiem, że skala jest zupełnie inna, ale przecież nikt nie płaci Polityce czy wszelkim innym periodykom za pisanie recenzji, a Zwierz popkulturalny bierze udział w różnych akcjach marketingowych, ale Netflix nie płaci jej za recenzje kolejnych seriali. Pomijam tu zupełnie pewien fakt, o którym już kiedyś pisałem, czyli marną atrakcyjność marketingową blogów traktujących o literaturze i kulturze w ogóle.
A co z Pożeraczem? Na moim blogu nie było jeszcze żadnego artykułu sponsorowanego, ale wynika to po prostu z braku odpowiednich ofert. Może kiedyś taki wpis się pojawi, ale nigdy nie będzie tu recenzji za pieniądze. Prawda jest bowiem taka, że nie zakładałem bloga z myślą o jakiekolwiek monetyzacji, a po prostu po to, żeby pisać o książkach. Tylko tyle i aż tyle. Kocham czytać, lubię o swoim czytaniu pisać i dyskutować. Owszem, prowadzenie bloga pochłania dość dużo czasu, ale dla mnie jest to sprawa drugorzędna. Tu właśnie wraca kwestia priorytetów. Jeśli dla kogoś priorytetem jest kasa, jeśli zakłada bloga w celach zarobkowych, to będzie pisać o frajerstwie i wyzysku. Jeżeli jednak prymat wiedzie książka, to pisanie recenzji bez wynagrodzenia czy „za książkę” nie będzie niczym zdrożnym – choć podejścia do komercjalizacji będą różne.
Czytam po raz kolejny powyższy wywód i mam nieodparte wrażenie, że większość tego, co napisałem, to oczywiste oczywistości. Czasem i takie truizmy trzeba spisać dla własnego spokoju, ale mam cichą nadzieję, że jednak nie jest to wszystko tak jednoznaczne. Czekam więc na Wasze komentarze, gdyż ciekawi mnie, czy moja dezynwoltura w tym zakresie jest regułą czy raczej wyjątkiem. No i przede wszystkim: jak według Was jest z tym barterem?
Nawiasem mówiąc, Trout napisał książkę o drzewie dolarowym. Zamiast liści rosły na nim dwudziestodolarowe banknoty. Kwitło obligacjami pożyczki państwowej, a owocowało diamentami. Do drzewa ściągali ludzie, którzy zabijali się pod nim nawzajem, dostarczając w ten sposób doskonałego nawozu.
[Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć]
zacofany.w.lekturze
Liczyłeś na to, że wpadnę i napiszę, że wszystko już było? 😀 Bo było, ale akurat dobrze, jak ktoś od czasu do czasu przypomni pryncypia. I w ogóle umieram ze śmiechu na te wszystkie wrzaski, że ciężka praca i wyzysk, że bloger opiniotwórczy i szacunek mu się należy itp. Tyle naszego szacunku co go sobie sami wypracujemy.
pozeracz
Dokładnie na to liczyłem. Była to przynęta skrojona na Ciebie właśnie 😉 A ostatnie zdanie można odnieść do wielu dziedzin życia, ale wydaje mi się też, że warto stosować coś co po angielsku zwie się „benefit of the doubt” – zwłaszcza w przypadku osób niedoświadczonych.
zacofany.w.lekturze
Ty do mnie nie pisz po angielsku, bo ja i tak nie rozumiem 😀 Ale zaakcentowawszy swoją obecność, będę się z żywym zaciekawieniem przypatrywał dyskusji.
pozeracz
Najprościej chyba można tu ująć, że wolę dać każdemu szansę.
Ania || SlowReading.pl
Amen. Zacofany w lekturze najlepszym dowodem na to, że nie liczba recenzji ani ich sponsoring czyni opiniotwórczego krytyka literatury.
zacofany.w.lekturze
Opiniotwórczego. Krytyka. Literatury 😀 Bardzo Ci dziękuję, uratowałaś mi ten smętny tydzień 🙂
Ania || SlowReading.pl
Tak, to ja jestem jednym z tych Twoich czytelników ninja, co to nigdy się nie ujawnia, bo śmiałości nie starcza ;D
zacofany.w.lekturze
No ale ja przecież nie gryzę, a moja opinia złosliwego ludojada jest mocno przesadzona 😀
pozeracz
Widzisz? Same plusy z odwiedzania mego bloga. Nie dość, że autor zarzuca przynętę na Ciebie, to jeszcze takie komplementa na Ciebie spadają.
zacofany.w.lekturze
Czuję się wszechstronnie doceniony 😀
Natalia
No. No to już napisałeś wszystko, co miałam w temacie do powiedzenia. Czyli jestem cwaniakiem i już nie muszę
PS Do teraz nie wiedziałam o portalu Czytam Pierwszy i nie wiem, jak to omnie świadczy
pozeracz
Czyli jednak znalazły się jakieś cwaniaki 😉 Ja o CzytamPierwszy dowiedziałem się z wpisu na Powiało Chłodem, gdy większość zamieszania już wybrzmiała.
Marlow
O sancta simplicitas! Pożeraczu, Ty o sponsorowaniu to tak na serio?! A czym innym, jak nie rodzajem sponsorowanego wpisu jest zrewanżowanie się wydawnictwu za otrzymaną książkę opinią na jej temat? No ale tak toczy się ten blogowy światek więc wszystko w normie 🙂
pozeracz
W moim przypadku różni się tym, że w 90% przypadków to ja zgłaszam się do wydawnictw z prośbą o książkę do recenzji. Ale owszem, można to uznać za formę wynagrodzenia, ale według mnie ważna jest tu właśnie kwestia motywacji i chęci. Czy czytasz książkę, bo ktoś Ci ją przesłał, czy może przesłał, bo chcesz ją przeczytać.
No i nie tylko blogowy światek tak się toczy.
Marlow
Pożeraczu, a cóż zmienia, to czy Ty zgłaszasz się do wydawnictwa po książkę, czy wydawnictwo samo Ci ją przesyła, rezultat jest ten sam – za „darmową” książkę rewanżujesz się wydawnictwu notatką na swoim blogu. W samej istocie takiej transakcji nie widzę nic złego, gorzej że to co dzieje się w blogosferze przerodziło się w karykaturę ale to już temat na dłuższy wpis, a sam temat też już wielokroć był wałkowany 🙂
pozeracz
Rezultat ten sam, ale dla mnie różnica w procesie jest znacząca. Ale może po prostu sam sobie słodzę.
„To co się dzieje w blogosferze” w zakresie tej transakcji czy tak w ogóle?
Marlow
Trochę słodzisz ale przecież sposób w jaki prowadzisz blog to Twoja sprawa :-). Piszę tylko o książkowej blogosferze – wiele blogów tak na prawdę pełni rolę słupów ogłoszeniowych, gotowych zareklamować każdy chłam byleby tylko dostać książkę za darmo. Ale tak już jest i nie ma co zawracać Wisły kijem – mnie zrozumienie tego zajęło trochę czasu, tak że nie dziwię Ci się 🙂
pozeracz
Moja, moja. To się zgadza, ale nie prowadzę go przecież tylko dla siebie. A z tymi słupami to prawda. Na całe szczęście można je omijać, zupełnie jak te prawdziwe.
Ambrose
„Słup reklamowy” – piękne porównanie. I bardzo trafne.
Sylwka
Parafrazując „Ale to już było, ale wróci więcej” 😉
Widzę też, że mamy bardzo podobne podejście do tematu. Bo dla mnie blog to głównie „zabawa”, a jakbym chciała zbijać na tym kokosy to zostałabym „blodżerką modową”. 😉
pozeracz
Wróci, choć pewnie już nie u mnie. A co do blogowania modowego… Prawda jest też taka, że i to trzeba umieć. Zwłaszcza teraz, bo wydaje mi się, że nasycenie w tym segmencie jest wielkie.
Sylwka
Ja myślę, że powoli rynek blogowy w wielu dziedzinach jest już nasycony. Więc jeżeli chciałoby się zarabiać na blogu, to albo potrzeba czegoś nowego i niebanalnego, albo wchodząc na rynek trzeba czymś zaskoczyć.
Zwierz
Ponieważ pojawiłam się tu i ja i moje miejsce pracy to dwa sprostowania. Po pierwsze – Polityce nikt nie płaci za napisanie recenzji, ale dlatego, że czasopisma nie utrzymują się z tekstów w ten sposób. Ale utrzymują się z reklam. Jeśli tekst recenzyjny ma być przy reklamie to wpływa to trochę na kontekst. Nie mówię, że w Polityce ale warto o tym pamiętać. Druga sprawa to pytanie jak patrzymy na pisanie tekstów recenzyjnych. Nigdy nie zdarzyło mi się by w tekst recenzji książki ktoś ingerował. Nie pozwoliłabym na to. Ale nie uważam by była tu absolutna sprzeczność. Raczej kwestia tego jak do zarabiania się podchodzi. Istnieje możliwość zarabiania na blogu bez rozstawania się z rzetelnością.
pozeracz
Co do Polityki – celna uwaga o kontekście. Choć rzeczywiście w Polityce nie natknąłem się chyba nigdy na reklamę książki obok tekstu o tej książce. Takie korelacje bywały, ale dużo bardziej generalne – np. poradnik dotyczący ekologicznego domu, a obok reklama producenta materiałów budowlanych.
Co do recenzji – mi głównie chodzi o to, że mocno wybijałoby z równowagi, gdyby na 100 niesponsorowanych recenzji seriali nagle pojawiła się jedna sponsorowana. Tu też nie musi być sprzeczności i wydaje mi się, że czytelnicy zaufaliby np. Tobie, ale i tak zgrzyt delikatny by był.
A tak już bardzo ogólnie – z zasady nie mam nic przeciwko zarabianiu na blogu. Uważam wręcz, że to super. I im więcej blogów okołokulturowych przyciągnie reklamodawców, tym lepiej.
Rozkminy Hadyny
Nawet jeszcze o tym portalu nie słyszałam, zaraz obczaję, co to za rzecz. A co do niesławnej w blogosferze książkowej monetaryzacji, zakładając bloga wiedziałam, że pieniędzy z tego nie będzie. Co prawda od czasu do czasu coś próbuję ugrać, ale słabo to wychodzi. Książka za recenzję, jak dla mnie, nie jest aż tak oczywista. Blogerzy popkulturalni są zapraszani na pokazy przedpremierowe dla prasy, szkoda, że nam rzadko jakaś taka wyróżniająca gratka nie wpada w ręce. Wydawnictwo Literackie robi świetne rzeczy, zachęcając blogerów – wysyła czasem gadżety i intrygujące zadania, czasem zaprasza na spotkania i pokazy promocyjne. Takie akcje powinny być częściej 🙂
pozeracz
Ciekawą gratką są patronaty, ale tu w grę wchodzą raczej same mniejsze wydawnictwa. Choć to i tak nieźle, bo zdecydowanie wolę niektóre małe od większości tych dużych.
A cóż to za zadania?
Ania || SlowReading.pl
Jeszcze nie próbowałam niczego zdobyć od żadnego wydawnictwa, bo naprawdę, mam co czytać i nie potrzebuję się rzucać na nowości. Jeśli książka jest dobra, obroni się też za jakiś czas i zawsze znajdą się czytelnicy, którzy będą chcieli ją poznać. Myślę sobie, że z blogami książkowymi jest tak, że jeśli powstają z czysto zarobkowej motywacji (zarobkiem może być barter, chęć dostawania książek za darmo), to widać to we wpisach.
pozeracz
Ja mam rekordowy wrzesień, jeśli chodzi o książki od wydawnictw. Dałem się zwieść na pokuszenie. Ale zgadzam się w pełni – czas jest tu dobrym doradcą. Zwłaszcza w przypadku osób, które bardzo dużo tych nowości czytają, gdyż wtedy łatwo się naciąć. A czas skutecznie odsiewa przeciętne powieści.
Michał LelandLester
Najbardziej wkurza mnie, że wszyscy – nieważne, czy dla fejmu, czy z potrzeby rzetelnej analizy – piszą o „czytam pierwszy”. Bo zakładamy przecież, że to (mniejsze czy większe) zło, które tylko na tym zyskuje – wszędzie odmieniane jest na dziesiątki sposobów. Czyli co? 1 z ich celów osiągnięty śpiewająco!
Myślę, że trzeba potraktować takie zjawisko jak parabanki, SKOKI, nowiutkie biura podróży usytuowane gdzieś w zaułku czy choćby dopalacze….
ZAWSZE ktoś wejdzie do środka, jak i nie wejdzie. Pozwólmy ludziom na wyciągnięcie nauki z własnych błędów, pozwólmy im się sparzyć.
Rzeczywiście, „tekst sponsorowany” umieszczony pod naszą recenzją brzmiałby bardzo nie tak! Ale też zauważyłem, że potraktowaliście frazę „płacenie za recenzję blogerowi-recenzentowi” za jednoznaczne z tym, że tekścik ma być miodzio, że mucha nie siada, a skala 1-10 pęka w szwach…
Takie dyskusje rządzą się – niestety! – zasadą deklaratywności, zupełnie jak w pytaniach ankietowych, zwłaszcza tych dotyczących preferencji politycznych. To oczywiste, że wszyscy jesteśmy czystymi jak łza idealistami…. A przy okazji hipokrytami i egoistami 🙂
Fajnie, że piszesz, że chcialbyś (marzy Ci się) współpraca z konkretnym podmiotem. Nie ma się z tym zbytnio co krygować, bo współpraca prędzej czy później przyjdzie, może też prędzej czy później się zakończy, ale to inna kwestia 😉
A co do pytań o pieniądze za recenzje, podeprę się Jarosławem Czechowiczem, który mówi tak: „blogosfera rozrosła się właśnie dzięki nastawieniu na to, by robić coś za darmo, a egzemplarz książki jest wystarczającym wynagrodzeniem”. A przynajmniej – w dzisiejszych realiach – być musi.
pozeracz
Co do CzytamPierwszy – dopuszczam pewną przydatność tego portalu w przypadku blogerów zupełnie początkujących. Dużo jednak zależy, jak dokładnie skorzysta na tym bloger, i jak będzie się rozwijał sam portal. Daję im szansę.
Nie, opłacona recenzja nie musi równać się ingerencji w tekst. Nie chodziło mi zresztą o sam tekst, a o jego postrzeganie.
Marzy mi się? To zdecydowana przesada. No chyba, że byłaby to jakaś angielska księgarnia, która będzie mi przesyłała, co sobie wybiorę 😉 Ale to już nie ma szans opuścić strefy ułudy. Nie, nie marzę ani nawet nie poszukuję aktywnie – deklaruję jedynie, że nie odrzucam z urzędu.
Artykuł, z którego pochodzi ten cytat, to dziwny potworek. Ale na swój sposób też świadczy o blogosferze książkowej – od 3 lat dyskusja nie wyszła nigdzie poza same blogi.
Michał LelandLester
Nawet nie pomyślalem o ingerencji tylko cichej zależności: „skoro zapłacili, to im posłodzę. sam z siebie”. Powtórzę, że sam podpis pod recenzją wyglądałby wyjątkowo nieładnie…Postrzeganie byłoby spolaryzowane, uwierz mi. Ludzie okopaliby się w dwóch obozach, wszystko zależy od osoby recenzenta.
Pochyliłeś się wyjątkowo nad słowem, ktore wziąłem przecież w cudzysłów, jako opcję dla znalezienia tytułu dla swoich celów i potrzeb. Nie widzę niczego złego w twierdzeniu: „Marzy mi się współpraca z X czy Y” Sam widzisz, marzy Ci się współpraca z angielską księgarnią – super, brawo! Nie miałem niczego złego na mysli, ale i tak obiecuję nie wspominać więcej o żadnych marzeniach, ani swoich, ani cudzych 🙂
Ale pan Jarosław chyba już takim „potworkiem” nie jest, prawda? Zresztą póki dziennikarze albo profesjonalni krytycy literaccy nie otrzymają za swoje teksty krytyczne choćby złotówki, nie ma podstaw, aby dyskutować o płacach dla blogerów 🙂
pozeracz
Ta cicha zależność, o której piszesz, to zagrożenie głównie na samym początku. Z radości i ekscytacji tym, że ktoś nam daje książkę „za darmo”, możemy sami siebie zmanipulować. Zasada wzajemności.
Ach, widzisz, naciąłeś się na moje czepialstwo słowne. To taka przypadłość tłumaczeniowo-korektorska.
Jarosław nie, zdecydowanie. Do samego artykułu można mieć za to sporo zastrzeżeń. A krytycy dostają pieniądze, ale od redakcji, czasopisma czy innego portalu, a nie od wydawnictwa. A wydawnictwo z kolei nie płaci czasopismom etc. To tu jest ta kluczowa różnica.
Zbyszek Kwiatkowski
Temat nie jest nowy. Chcę tylko powiedzieć, że w ciągu kilku (6 ) lat bytności w sieci spotkałem się już z podobnymi tekstami, co jakiś czas wybucha „afera”, tak jakbyśmy żyli w krainie ślepców. I podpisuję się wszystkim co mam pod komentarzami kolegi Marlowa. Osobiście od dłuższego już czasu staram się nie czytać książek, które „mają” mniej niż rok. I problem z głowy. Dziękuję za uwagę.
pozeracz
Mi by chyba nie starczyło silnej woli, by tak czekać na wszystko. Staram się równoważyć nowości wydawnicze z całą resztą, bo ucieczka przez zalewem nowości była jednym z celów odejścia od recenzowania dla portali. Zresztą na koniec i tak wszystko kończy się na zaufaniu…
Bazyl
Chodźmy na grzyby! 😀
zacofany.w.lekturze
Ty zostaw te grzyby, za pisanie się weź 😛
Bazyl
Tak za darmo? 😛 Widzę, że to już nie jest jazzy, podobnie jak słówko „jazzy” nie jest już trendy, podobnie jak … 😛 No i tyle problemów z tego pisania 😛
zacofany.w.lekturze
Ja tam piszę za darmo, więc się nie wyłamuj 😀
pozeracz
To może na ryby?
zacofany.w.lekturze
Na lwy by! W kaździuteńki wolny dzień!
Ambrose
Mnie niezbyt podoba się łączenie hobby z zarabianiem pieniędzy – osobiście lubię, kiedy obie sfery są rozdzielone. Pieniądz przywodzi mi na myśl skojarzenia z przymusem, koniecznością, presją, a zainteresowania winny wiązać się tylko z przyjemnością, relaksem, wytchnieniem. Pewnie z tego też względu niezbyt lubię (bo mam świadomość, że to nic innego jak próba wciśnięcia danego towaru) reklamy, teksty sponsorowane, itd. i uważam je za nużące, niezależnie od tego, jak oryginalnie próbuje się je przedstawić i zaprezentować.
A co do wspomnianego portalu, to uświadomiłeś mi jak jestem zacofany 🙂 – w ogóle o nim nie słyszałem.
pozeracz
Zaraz tam zacofany. Zacofany jeden już tu jest 😉 Jesteś po prostu błogo nieświadomy.
A co do hobby. Niby się zgadzam, ale też znam kilka osób, które udanie łączą jedno z drugim. Czyli ich praca, główne źródło zarobku, jest jednocześnie ich hobby. Choć zawsze pojawia się wtedy ryzyko, że stres i cała reszta wygenerują negatywne odczucia z hobby powiązane. A wtedy trzeba szukać innego hobby…