Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Blubry w blurbach, czyli o wydawniczych wariactwach

Obiegowa opinia głosi, że blurbów nie powinno się czytać. Jestem skłonny zgodzić się z tym stwierdzeniem, ale jednak nie zawsze jest to możliwe. Jako recenzent czytałem blurby, podejmując decyzję względem wyboru danej pozycji do recenzowania. Często sprawdzam też te krótkie zajawki, żeby wiedzieć, ile wydawca zdradził, więc ile i ja mogę napisać w recenzji o fabule, by nie spoilerować nadto. A jako zwykły czytelnik odwiedzam czasem księgarnie i inne czytelnicze przybytki bez sprecyzowanych zamiarów. Czasem więc blurbowe bomby mnie sięgają.

blurb0

Na początek jednak odrobina historii i pewna ciekawostka. O ile w Polsce pod pojęciem „blurb” rozumie się wrzucane na tylną stronę okładki krótkie streszczenie lub rekomendację, to w przypadku anglojęzycznej branży wydawniczej „blurb” jest głównie kojarzony z pochwałami od innych autorów lub ogólnie osób znanych. W tym wpisie będę się jednak skupiał na rynku rodzimym i na cudactwach, które lądują w okładkowych streszczeniach, ale napomknę jeszcze krótko o tym, skąd w ogóle blurby się wzięły.

Jak to z wieloma przejawami zepsucia i sromoty – to wszystko przez USA! Samo słowo zostało wymyślone przez nijakiego Geletta Burgessa, w którego książce (Are You a Bromide?) wystąpiła kobieta zwaną Melindą Blurb. Melinda zachwalała rozliczne zalety książki z jej okładki. Praktyka ta jednak jest jednak starsza o około 50 lat. Nienazwana wtedy czynność ma swe źródła w korespondencji pomiędzy dwoma amerykańskimi tuzami: Waltem Whitmanem a Ralphem Waldo Emersonem. Początkujący poeta wysłał swe Źdżbła trawy do uznanego już filozofa-samotnika, który to odpisał w bardzo pozytywnych tonach. Całość listu trafiła za pozwoleństwem Whitmana na łamy The New York Tribune, a potem wyimek złotymi zgłoskami został wytłoczony na grzbiecie drugiego wydania rzeczonego zbioru poezji. Wielkie zło ma czasem niepozorne początki.

blurb1

Przyznam szczerze, że bezpośrednią inspiracją do napisana w końcu tego wpisu, który chodził mi po głowie czas jakiś, była recenzja Dwóch panów z branży, którego blurb jest nieco mylący. Jednak od dawna mam pewnego swojego faworyta, a mianowicie powieść Cindy Williams Chimy, Dziedzic wojowników. Książka wydana jest bardzo ładnie, w tłumaczeniu znalazłem tylko jakieś drobne wpadki, ale streszczenie to zbrodnia na czytelniku i autorce. Zawiera ono tyle szczegółów z fabuły, że większość jej przebiegu można odgadnąć. Jakież było też me zdziwienie, gdy okazało się, że jedno ze zdarzeń tam opisanych ma miejsce na końcu książki.

Zdradzanie wydarzeń z fabuły to właśnie najczęstszy grzech blurbów. Rozumiem, że Kroniki Amberu Zelaznego to seria klasyczna, ale blurb wydania niezbiorczego z 1999 roku (Zysk i Spółka) zdradza zdecydowanie za wiele. Podobnież z Limes Inferior, w którego przypadku SuperNowa posunęła się jeszcze dalej. Wesoło jest też, gdy blurb jest przeładowany określaniami i nieco krzywą polszczyzną, że aż zabawny. Tak jest w przypadku Smutnej historii braci Grossbart, którą opatrzono zachęcająco takimi oto słowy: „Książka w mroczny sposób zabawna, bluźniercza, sprośna, imponująca erudycją i niegodziwie oryginalna… Debiut zdradzający niesamowity nowy talent.” Ten debiut zdradza talent! Tak, tak – a ten blurb zdradza czytelnika.

blurb2

Nie jestem człowiekiem samolubnym, więc skończę pastwienie się nad wydawcami i… pozwolę Wam się popastwić. Czekam na Wasze przykłady, ostrzeżenia i historie mrożące krew w czytelniczych żyłach. Od siebie dodam jeszcze, że niedługo pewnie powstanie addendum do tego wpisu poświęcone blurbom w stylu amerykańskim, gdyż zafascynowała mnie wypowiedź pewnego autora, który chwalił się tym, że napisze blurba dla każdego, a wystarczy mu pierwsze zdanie książki.

Od momentu, kiedy wziąłem twoją książkę do ręki, do momentu, kiedy ją odłożyłem, tarzałem się ze śmiechu. Zamierzam ją kiedyś przeczytać. [Groucho Marx, w liście do S.J. Perelmana]

Poprzedni

Z sympatii do kina, czyli „Dwóch panów z branży” Katarzyny Czajki

Następny

O (nie)jeden szczegół za daleko, czyli „REAMDE” Neala Stephensona

Komentarzy: 15

  1. Ja natomiast uwielbiam blurby Maga. Mają świetnego gościa odpowiedzialnego za ich pisanie. Są długaśne, nierzadko zajmują cały tył okładki (i piszę tu o zarysach fabuły, a nie polecankach), a do tego zagłębiają się w treść mniej więcej do połowy, częstując czytelnika równocześnie toną spoilerów, podstawowych błędów dotyczących świata książki i kładąc nacisk na wszystko, tylko nie to, o czym powieść naprawdę jest… Jeśli to nie talent, to co?

    • pozeracz

      Ładnie, ładnie. Ja aż takich błędów w MAGu nie wypatrzyłem. Może nie czytam ich zbyt dokładnie, bo najczęściej wiem z góry, z czym mam do czynienia. Może podzielisz się jakimś najbardziej rażącym przykładem?

  2. Hahaha, cudowne historie i świetny temat!
    Kiedyś w księgarni widziałam książkę, której tytuł brzmiał „Upalne lato Marianny“, a blurb zaczynał się od zdania: „>>Ostatnie lato Marianny<< to powieść o…“ 😀
    Podobnie na okładce „Antarktycznej podróży Sir Ernesta Shackletona“ jest zła data wyprawy i informacja, że w lodach Antarktydy spędzili 9 miesięcy, a to było dwa lata… „Księga zachwytów“ Springera z kolei pomniejsza liczbę napisanych przez niego książek. Często też niegramatycznie przenoszą wyrazy do kolejnej linijki. Całe mnóstwo tego 😀

    • pozeracz

      Ostatnio Ula Łupińska vel Pani Korektor wrzucała fotkę książki z literówką w tytułowym imieniu na grzbiecie. Z przodu okładki było już OK. Takie rzeczy muszą śnić się wydawcom po nocach.

  3. Jeśli blurb rozpatrywać w kategorii krótkiej rekomendacji to z technicznego punktu widzenia jest to niełatwe zadanie. By mu sprostać i nie zbłaźnić się przy tym, trzeba przede wszystkim przeczytać książkę, a z tego co widać, dla niejednego autora blurba jest to przeszkoda nie do pokonania. Następnie trzeba dobrać odpowiednie proporcje odnośnie tego, jaką część fabuły zdradzić – z jednej strony trzeba jakoś wciągnąć, zainteresować czytelnika, z drugiej zaś, nie ma co psuć przyjemności obcowania z lekturą. Warto też nie popadać w hurraoptymizm i doszukiwać się w średnich pozycjach objawień na miarę kolejnego Dostojewskiego, Kafki. Rozbrajają mnie również „produkowane” taśmowo „królowe kryminału”.

    Jeden z bardziej mylących blurbów, który skłonił mnie do zakupu książki, a która finalnie okazało się żenująco słaba to tekst z okładki „Złych małp”:

    Przypuśćmy, że pewne twoje działania, na przykład popełnienie tu i ówdzie małego, niewykrywalnego morderstwa, uczyniłyby świat lepszym miejscem. Czy wchodzisz w taki układ? Taki eksperyment proponuje czytelnikom Matt Ruff w swoim thrillerze sf, zainspirowanym twórczością Philipa K. Dicka, Thomasa Pynchona, Matriksem i Memento.

    Książkę przeczytałem od deski do deski, ale żadnych, dosłownie żadnych nawiązań do pisarstwa Dicka bądź Pynchona się nie doszukałem.

    • pozeracz

      Rekomendacje to szeroki temat, może napiszę o nim osobny wpis, tak jak wspomniałem. Też mnie zastanawia, jak to jest. Trudna to musi być dole otrzymywać prośby o blurby i rozsyłać je do dobrze i mniej znanych kolegów po piórze. W takim „odautorskim” komentarzu o fabule pisać nie trzeba, ale streszczenia często są chyba po prostu tłumaczeniem. Popada się więc w zależność od omylności oryginalnego wydawcy.

      A te porównania do innych autorów są w 90% przypadków na wyrost. Głównie służą właśnie napędzaniu rozczarowania. Wydaje mi się, że więcej z nich szkody niż pożytku w ostatecznych rozrachunku. Choć w sumie głównym celem jest przyciągnięcie czytelnika, skuszenie go, a nie pokrycie z faktami.

  4. Już nie pamiętam co to była za książka, ale na pewno kryminał, którego opis mówił o wielkiej zmianie w życiu bohatera po śmierci kogoś bliskiego (kto chyba nawet był wymieniony z imienia). Problem w tym, że ten ktoś w książce ma się bardzo długo bardzo dobrze. Umiera na kilkadziesiąt stron przed końcem. O_o

    • pozeracz

      Formalnie wszystko się zgadzało 😉 Sam pamiętam kilka przypadków, gdy wydarzenie wspomniane na okładce miało miejsce w środku książki. Pół biedy, gdy do tego momentu dzieją się ciekawe rzeczy, akcja toczy się wartko. Jeśli jednak wszystko rozkręca się powoli, to taki spoiler jest męczący dla czytelnika, który czeka i czeka, i czeka, i czeka…

  5. Blurby, zamiast funkcji informacyjnej, zaczęły pełnić przede wszystkim funkcję reklamową – stąd nagromadzenie pozytywnych przymiotników, jaka to książka wspaniała, trzymająca w napięciu itp. i stąd, jak mi się wydaje, nasze z blurbów niezadowolenie. Trudno powiedzieć, żeby mógł znaleźć uznanie opis na okładce, zdradzający fabułę książki lub – co gorsza? – taki, który wydaje się dotyczyć zupełnie innej powieści. I jeszcze trudniej zgodzić się, że książki muszą być reklamowane jak każdy inny towar – chipsy, batony i kolorowe napoje…

    • pozeracz

      Masz, niestety, rację. Z jednej stronie nie ma co się dziwić – celem wydawcy jest sprzedanie jak największej liczby książek. Nawet Ci mali, ambitni i niezależni muszą się jakoś na rynku utrzymać. Ale jednocześnie można się reklamować i sprzedawać z klasą lub bez. Z drugiej zaś strony „utowarowienie” książki molom książkowym w smak nie jest.

  6. Marudzicie. Blurby są fajne 😉 Ile miłych chwil spędziłem w księgarniach rozkoszując się tymi (arcy)dziełkami. Toż to radosna i rozrywkowa część działalności wydawniczej.
    Co prawda miewam momenty zwątpienia, szczególnie przy blurbach klasycznych, to znaczy jeden pisarz poleca z pełną afirmacją „dzieło” innego pisarza. Przy niektórych znanych mi (niestety) książkach czasami mam takie wrażenie jakby polecający był wtedy niezdrów albo go chwilowo siły intelektualne opuściły?
    W każdym razie tyle bestsellerów co teraz to nigdy nie wydawano 😀 Od razu wiadomo co omijać szerokim łukiem… Czasami sobie myślę, że zamiast bestsellera lepiej zainwestować w normalny seler (może być naciowy) – tańsze i zdrowsze 😀

    • pozeracz

      Przekorne podejście bo blurbów sprawdza się zdecydowanie lepiej niż ufne, tu nie mam wątpliwości. Blurby od pisarza dla pisarza to w ogóle musi być czynność stresująca i narażająca znajomości na szwank. Bestseller to jeszcze nie taki zły termin, bo w jakiś stopniu obiektywny, przeliczalny. Mnie zawsze mierziły stwierdzenia w stylu „najbardziej oczekiwane xxx” – od razu przychodzi mi do głowy pewien cytat muzyczny…

      „Nie ma już bohaterów, teraz królem jest błazen
      Teraz jest cool, luźno, super, bomba, zniszczono powagę
      Sprawiedliwość ma oczy i fiskalną kasę
      Podstawowe wartości spłonęły jak papier”

    • Jeżu, o czym Wy tu strzępicie czcionkę, ja nie w temacie… :-/.

  7. Mnie w kwestii wpadek przyszedł do głowy blurb z „Mew” Stanisława Goszczurnego (wydanie z początku lat 90., jeśli dobrze pamiętam). Wspomniano tam, że w powieści główna bohaterka pracuje jako prostytutka; wręcz blurb był tak napisany, że łatwo pomyśleć, iż jej zawód będzie stanowić główną treść książki. Tymczasem nie dość, że główna bohaterka zostaje „mewą” dopiero w połowie opowieści, to jeszcze jej perypetie w tym zakresie opisano tak, jakby w ogóle nie miały one miejsca… (Po prostu autor w tym momencie przeskoczył do innego punktu fabuły).

    • pozeracz

      Ha, czyli był to nieklasyczny przypadek szczucia cycem, gdyż pozbawiony faktycznego „cyca”. Zawsze mnie w takich sytuacjach ciekawi, ile osób dało się złapać właśnie na ten zabieg marketingowy.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén