Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Nie tylko dla dzieci i fantastów, czyli ilustracje w literaturze

Dzisiejszy wpis sponsoruje pożeraczowa ciekawskość oraz do literackich staroci zamiłowanie. Jednak przyczynkiem pierworodnym tych rozmyślań była lektura Porwania na planecie Z Natalii Kuntić. To właśnie literacko obcując z tą książką, zacząłem zastanawiać się nad losem ilustracji książkowych, które obecnie są taką rzadkością. Zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego współcześnie tak rzadko towarzyszą one literaturze i postanowiłem sprawdzić, czy moje przekonanie, że kiedyś było ich znacznie więcej, jest jedynie sentymentalną złudą.

ilustracje

© Ralph Steadman

Kwestia ilustracji w książkach raz po raz do mnie wracała, ale poza krótszą lub dłuższą refleksją nie pozostawiała po sobie śladu. Dopiero lektura powieści Natalii Kuntić rozbudziła mą ciekawość na tyle, że postanowiłem poświęcić tej kwestii nieco więcej swojego czasu… oraz ten wpis. Kolorowe ilustracje umieszczone w książce wydawnictwa Poczytne.pl uświadomiły dobitnie, że dziś jest to rzadkość. Pewnym wyjątkiem jest tu fantasy ze swoimi mapami, ale poza tym wątkiem kartograficznym ilustracja pojawiają się zdecydowanie rzadziej niż częściej. Swego czasu odstępstwem od tego była Fabryka Słów, która wydawane przez siebie pozycje ozdabiała w ten sposób regularnie. Nie wiem, czy tak jest nadal, ale teraz Vesper prężnie działa w tym zakresie. Pole do popisu na pewno dają periodyki, takie jak Nowa Fantastyka, ale o inne wydawnictwa nie przychodzą mi do głowy.

Początki ilustrowania ksiąg sięgają samych początków ksiąg. Gdzieś tam w historycznej wyobraźni większość z nas ma zapewne obraz mnicha ślęczącego godzinami nad pięknie zdobionymi księgami. Dziełami takimi jak Księga z Kells można się długo zachwycać, ale współczesne ilustrowanie powiązać można raczej z książkami blokowymi, czyli czymś pomiędzy rękopisem a drukiem z ruchomą czcionką. Tutaj tekst był nanoszony na ten sam blok drewna, co ilustracje – widać to na przykładzie Biblii Pauperum czy też Ars Moriendi. Jednak w znacznie nam bliższy sposób literaturę dla dorosłych zaczęto wzbogacać o w XVIII i XIX wieku, gdy to na popularności zaczęła zyskiwać powieść. Przykładowo, Charles Dickens ponoć bardzo blisko współpracował z ilustratorami, przekazując im dokładne instrukcje dotyczące wyglądu postaci i rozmieszczenia samych rysunków. Poniżej przykład spod ręki ulubionego artysty Dickensa, czyli Hablota K. Browna.

ilustracje

© Hablot K. Brown

Jednak dwudziesty wiek okazuje się być początkiem spychania ilustratorskich praktyk na różne marginesy. Ilustracje zaczęły być kojarzone niemal wyłącznie z książkami dla dzieci oraz literaturą niską, masową. Było to po części powiązane z popularnymi wtedy trendami w sztuce. Nadszedł bowiem czas abstrakcji, dadaizmu i głoszono wręcz „śmierć” malarstwa. Według Marcela Duchampa sztuka nie miała istnieć tylko dla zaspokajania potrzeb estetycznych, wzrokowych. Nie brakowało utalentowanych rysowników i rysowniczek, ale brakowało zapotrzebowania. Artyści Ci talenta swe rozwijali właśnie na polu literatury dziecięcej, a z czasem i fantastycznej. Nawet awans komiksów z półki pulpowej na artystyczną i pojawienie się określenia „powieść graficzna” nie zmienił znacząco tego stanu.

Zgodnie z tym co udało mi się wyczytać w różnych artykułach anglojęzycznych, obecnie w tym temacie rządzą dwa słowa kluczowe: eksperyment i wyjątek. Nie licząc bowiem wznowień z klasycznymi ilustracjami, pole do popisu artystom dawane jest rzadko. Jednym z nielicznym przykładów z wieku poprzedniego jest współpraca Ralpha Steadmana z Hunterem S. Thompsonem oraz to, co wyczyniał Kurt Vonnegut w Śniadaniu mistrzów. Z przypadków bardziej współczesnych Pożeracz nie mógłby nie wspomnieć o inicjatywie wydawnictwa Scout Books z Portland, które wydało serię kieszonkowych opowiadań z nowymi ilustracjami. Czemu napomknąć o tym to dla Pożeracza obowiązek? Ano dlatego, że jednym z opowiadań było Przy moście nad Sowim Potokiem Ambrose’a Bierce’a, które to zilustrował Francois Vigneault. Ciekawym przykładem są też ilustracje dla znanego części z Was Akwarium Davida Vanna (jeden z tekstów w Legendzie o samobójstwie). W miękkookładkowym wydaniu Grove Press znalazło się szesnaście rysunków Chrisa Russella, które to stanowiły niejako przerysowanie w pełni kolorowych zdjęć z wydania twardookładkowego. W ramach ciekawostki dodam, że ten sam Russell pracuje nad graficzną adaptacją Kosmosu Gombrowicza.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Pora jednak wrócić nad Wisłę, Wartę i Brdę. Wspominałem już o Fabryce Słów i wydawnictwie Vesper, ale trzeba też tu napomknąć o serii Fantastyka i groza Wydawnictwa Literackiego, która na tym blogu gościła dopiero co poprzez Ogród czasu, a wcześniej Tytusa Groana Mervyna Peake’a. Nie wiem, czy w innych książkach z tej serii było podobnie, a w tych dwóch rysunki wrażenie robiły wielce pozytywne. Jednak to nadal jest literatura fantastyczna. Podobnie jak i twórczość Stanisława Lema, której towarzyszyły „bazgroły” samego autora i dzieła Daniela Mroza. Nie mogę jednak sobie przypomnieć podobnych ozdobników w prozie niegatunkowej. Jednak tu przychodzi Wasz czas, Wasza szansa, o wielce szanowne czytelniczki i wielce szanowni czytelnicy – wiem, że grupą jesteście wysoce zróżnicowaną – sięgacie po nowości z mniejszych wydajność, po klasykę, czytacie w innych językach. Dlatego też chciałbym Was zapytać o przykłady – najlepiej z polskiego rynku wydawniczego, ale niekoniecznie.

Na koniec pozostaje jeszcze jedna, ważna dość, kwestia. Chodzi mianowicie o to, że przecież autor może wcale nie chcieć, by jego tworom towarzyszyły ilustracje. Zastrzeżenia może mieć ideologiczne (nie chce wpływać na wyobraźnię czytelników) albo i praktyczne (sam proces współpracy z rysownikiem). Podobnie zresztą sprawy się mają z nami, czytelnikami. Dla mnie stanowią one niezobowiązujący dodatek, który czasem estetyczne zmysły koi, ale innych mogą dekoncentrować czy też irytować. Zapytam więc Was jeszcze o Wasze zdanie na ten temat: ilustracje w prozie niegatunkowej są według Was zbędne czy pożądane?

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Czytaj dalej:

Ból potężniał! mącił zmysły. Myśli rwały się, niby zetlała tkanina. Słowa i pojęcia się rozpadały, wsiąkały w ziemię. Napęczniałe rodzeniem ciało przejęło całą władzę. A ponieważ ludzkie ciało żyje obrazami, zalały one na wpół przytomny umysł Woski.

[Olga Tokarczuk, Prawiek i inne czasy]

Poprzedni

Ekstrapolując z Kronosem, czyli „Ogród czasu” J.G. Ballarda

Następny

I przemówił (nie)ludzkim głosem, czyli Mystery Blogger Award

Komentarzy: 17

  1. Hmm, trudne pytanie. Są książki, których nie wyobrażam sobie bez ilustracji i takie, w których są mi one kompletnie obojętne. W prozie niegatunkowej, raczej zbędne. Ale nie płaczę z tego powodu, bo i tak tekst jest dla mnie najważniejszy.

  2. Potraktuję temat nieco z innej perspektywy.
    Kiedy zaczynałam czytać, ilustracje były dla mnie ważne, nie dlatego, że wtedy było mniej tekstu.
    W baśniach, zwłaszcza nie z naszego kręgu kulturowego to fantastyczny zabieg i pozwala z innej perspektywy nie tyle poznać tekst, nie tyle go uzupełnić co narysować inny rozdział.

    Ilustracja to sztuka. Niedoceniana drzewiej. Teraz jakby się odradza.
    Czy są dla mnie ważne? To zależy. Cały czas powtarzano mi, żeby nie oceniać książki po okładce, że najważniejszy jest tekst. I tak rzeczywiście jest. Z jednej strony (sic!) a z drugiej im jestem starsza, to doceniam szczegół, skład tekstu zgodnie ze sztuką, np długo drażniło mnie, że na swoim blogu nie mogę ustawić czcionek tak jakbym chciała.
    Ilustrować coś. Lustro, czyli odbicie. I owo odbicie to ciekawa sprawa, to nie tylko wsparcie, powtórne zaakcentowanie (chociaż także) . Przyglądając się (sic!) tematowi: bo czyż nie znaczy „«przyglądać się bacznie komuś lub czemuś»albo: (w drugim znaczeniu) «nadawać połysk niciom jedwabnym lub metalowym» to po prostu bonus, a jeszcze w tekstach trudnych pozwala bardziej (czy w ogóle) je zrozumieć.

    • pozeracz

      Ha, „lustrować” ma i inne znaczenie, ale już do rozważań o literaturze i ilustracjach niezbyt przystające.

      Ja do ilustrowania mam słabość i czasem spędzam nieproporcjonalnie wiele czasu na dobieraniu odpowiednich zdjęć, obrazów, okładek do wpisu. A jeśli chodzi o blogowy skład, to dla mnie absolutną koniecznością jest justowanie. Denerwuje mnie jego brak i dlatego nie „przesiadłem się” jeszcze na WordPressa 5.0 i nowych edytor wpisów.

      • O widzisz! To jest jakieś rozwiązanie, bo ten, który jest, to ubogi, brak wyjustowania też mnie wkur za. Nie jestem za, jestem za, a nawet przeciw,
        Dziękuję, że piszesz o WP5.0 bo nie wiedziałam.
        Lubię ilustracje, które są sztuką, ale nie cierpię tej maniery, bo nie mody, która przyszła chyba z instagramu.

  3. Słyszałam, że ilustracje w książkach dla dorosłych się odradzają. Moim zdaniem słusznie. Bardzo lubię te z Barnabe&Nobles oraz na przykład stare wydanie Trylogii z ilustracjami. Niestety, w antykwariacie kupiłam tylko ‚Ogniem i mieczem’ i ‚Pana Wołodyjowskiego’. ‚Potop’ pewnie ktoś zostawił, bo to lektura. W dodatku wyrwano opis zdobycia chorągwi przez Zagłobę…
    Z wydań współczesnych ksiąg rozmaitych to wspaniałe są ilustracje do Wędrowycza.
    Nic mądrego nie mogę do tej wypowiedzi wykrzesać.

  4. Beatrycze

    W sumie racja. Po dziadku mam wydanie „Biesów” prawie sprzed stulecia (nie pamiętam, czy z lat 20tych, czy 30tych, w ogóle pisownia jeszcze inna), a teraz jestem w pracy, to nie sprawdzę – i ono było ilustrowane, może nie gęsto, ale czasem się te ilustracje pojawiały.
    O ile te ilustracje do „Biesów” oceniłabym jako średnie, to fajne, klimatyczne ilustracje są w powojennym już wydaniu „Lalki”. I w sumie wzbogacają tę powieść – panie w sukniach, mężczyźni w surdutach i dorożki niewątpliwie „robią klimat”

    • pozeracz

      O, to ciekawy aspekt. W przypadku powieści powiązanych z epokami minionymi ilustracje mogą stanowić podpowiedź dla mniej wyedukowanych odzieżowo. Ja nie mam obycia w temacie i często sobie muszę sobie sprawdzać przeróżne fatałaszki 😉

  5. Ja bardzo lubię ilustracje i bardzo je sobie cenię. Choć nie uważam ich za mus w książce. Jakby ich nie było, też bym przeżyła. 😉

    • pozeracz

      O! Ty czytasz całkiem sporo „bieżącej” fantastyki – jak to wygląda aktualnie z ilustracjami? Jak jest w Zonach czy Metrze?

  6. Z ilustracjami jest jeszcze ten problem, że niektóre rozsiadły się na tronie (czy tam wżarly w głowy czytelników) i nie chcą wpuścić konkurencji 🙂 Niektórzy próbują swoich sił (Paweł Pawlak ilustrujący „Małego księcia”), a inni odpuszczają. A wydawcy omijają ramotkowe ilustracje, bo raz – pewnie koszt, a dwa – gonią za nowością, a tej jak już rzekłem, brak. Całe szczęście w literaturze dziecięcej jest piękny urodzaj 😀

    • pozeracz

      A to prawda – przejęcie przez zasiedzenie. Niektóre ilustracje stały się tak kanoniczne, że trudno z nimi konkurować i wszystko co nowe z automatu będzie uważane za gorsze. Ale rzeczywiście, literatura dziecięca pełna jest tego, co Anglicy zwą „eye candy”.

      • I dziecięcy ilustratorzy są, chyba, bardziej odważni. Wystarczy wspomnieć parę „ataków” na nieśmiertelnego szancerowego Pana Kleksa 🙂

  7. Dla mnie ozdobienie treści powieści ilustracjami to zawsze miły bonus – bardzo cenię sobie tego typu inicjatywy, chociaż zgadzam się, że rzadko można się z nimi spotkać. Może w pewnej mierze wynika to z faktu, że współpraca na linii pisarz-rysownik to dodatkowy czas oraz koszta – szybciej i taniej jest wydać utwór składający się z czystego tekstu.

    Prosisz o przykłady, ale trzeba przyznać, że sporo wymagasz 🙂 Ja w tym momencie, poza wspomnianą fantastyką (ogromnie sobie cenię prace Wojciecha Siudmaka), nie jest w stanie niczego sobie przypomnieć.

    • pozeracz

      Ale zaraz, zaraz… Czy w przypadku Siudmaka nie było odwrotnie? W sensie, że jego prace wybrano jako ilustracje dla różnych dzieł, ale tworzone były od nich niezależnie?

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén