Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Pożeracz w odległej galaktyce

W grudniu roku pańskiego dwa tysiące piętnastego dla wielu osób obchody Bożego Narodzenia schodzą na drugi plan. Kalendarz adwentowy zmienia się na kalendarz przedpremierowy. Czternastego dnia tego miesiąca odbędzie się bowiem premiera Przebudzenia mocy, czyli VII części Gwiezdnych Wojen. Nie ma chyba w świecie filmu (i nie tylko) innej marki, która budziłaby aż takie emocje. We mnie też budzi i stąd ten wpis.

sw1

Na początku zaznaczę, że jestem fanem raczej filmowo-spokojnym. Nigdy się nie przebierałem, nie spałem pod kinem w oczekiwaniu na bilet i nie przeczytałem wszystkich książek z Expanded Universe (niech spoczywa w spokoju po ciosie zadanym przez Disneya), ale widziałem wszystkie filmy więcej niż raz, grałem w sporo gier z tego uniwersum (ach, te walki na miecze świetlne w Jedi Knight II: Jedi Outcast) i miałem soundtrack z Mrocznego widma na kasecie magnetofonowej (niech spoczywa w spokoju po zgonie przez zerwanie). Wiem o tym świecie sporo, ale jest to wiedza raczej fragmentaryczna. Przypuszczam jednak, że podobnych mnie jest wiele osób.

sw2

A jak to się w ogóle zaczęło? Dawno, dawno temu… czyli gdzieś w okolicach początku lat dziewięćdziesiątych mały Jakub obejrzał z rodzicielem swym Nową nadzieję. Nie pamiętam, czy była to kaseta VHS wypożyczona z pobliskiej wypożyczalni, czy też jakże rzadki przypadek obecności Gwiezdnych Wojen w telewizji, ale wiem, że wciągnęło mnie od pierwszych sekund. Zresztą uważam do dziś, że jest to jedna z lepszych sekwencji otwierających w historii kina, jeśli chodzi o rozmach i „porwanie” widza. Obejrzałem następne części, zachwyciłem się, poszalałem, a potem przyszedł czas na machinę marketingową. Ta rozkręciła się, gdy zapowiedziane zostało, że do kin trafią cyfrowo poprawione wersje części IV-VI, a ponadto zaczęły się prace nad nową trylogią. Ze wstydem przyznam, że nastąpił wtedy czas wzmożonej konsumpcji chipsów, gdyż w paczkach Lays i innych skoligaconych można było znaleźć tazo. Uzbierałem wszystkie.

Teraz zaś pora na najważniejsze pytanie: dlaczego? Dlaczego akurat Gwiezdne Wojny tak zadziały i (co nawet ważniejsze) dlaczego trzymają się świetne i łapią kolejne pokolenia? Pomijając kwestie techniczne i czysto filmowe, kluczem jest prostota i siła opowieści. Rdzeniem całej historii jest nadal oryginalna trylogia, czyli historia młodzieńca, który zmienił galaktykę. Luke był rolnikiem z dziury na końcu wszechświata (na początku lat 90-tych Polska miała podobny status). Ale ta prosta historia miała miejsce dla wielu innych ról – kto chciał mógł zostać dobrym łotrzykiem, bezwzględnym łotrzykiem, odkupionym antagonistą czy szalenie-złem- opętanym antagonistą. Nie jestem w stanie powiedzieć, jak atrakcyjną bohaterką była Leia dla dziewczyn w moim wieku, ale pewnie niejedną młodą pannę przyciągnęła.

sw3

A teraz czytam Star Wars. Koniec i początek, zostały dwa tygodnie do premiery, składam z synem LEGO Star Wars i mały chłopiec we mnie się cieszy bardzo, bardzo. Przyznam na koniec, że nieco na przekór ciekaw jestem opinii/historii osób, które przeszły obok tego fenomenu. Czy Gwiezdne Wojny kochacie, lubicie, czy może macie w pompie: niech Moc będzie z Wami, a midichloriany miłymi będą.

PS Przypominam o trwającej zabawie komentarzowo-cytatowej i informuję, że nie ma ograniczeń względem powrotów – każdy, kto raz skomentował, może powrócić.

Znaleźli się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie. Oczywiście zostali bohaterami.

Poprzedni

Postmodernistyczna igraszka komentarzowa, czyli napiszcie ze mną

Następny

Moc silna w nim jest, czyli „Star Wars. Koniec i początek” Chucka Wendiga

Komentarzy: 4

  1. Mi to się zawsze wydaje, że jestem dość zaangażowaną fanką (ale raczej z tych filmowych freaków, niż z tych śledzących wydarzenia w powieściach z uniwersum itp – przeczytałam jedną i meh, możliwe że nigdy więcej), a potem wpadam na prawdziwych FANÓW i czuję się niczym Luke przy mistrzu Yodzie 😉 Na studiach, dokładnie pamiętam, wykład z teorii kultury został przerwany, byłam świadkiem namiętnej dyskusji pomiędzy fanami SW a Star Treka, przy czym byłam w grupie obserwującej wydarzenia na ringu.
    Ale marzę o Star Wars Despecialized 😀

    • pozeracz

      Ha, ja nawet nie wiedziałem, że jest coś takiego jak Star Wars Despecialized. Ale wygląda to dość ciekawie. Na konflikt SW vs ST nigdy się nie natknąłem, nie sądziłem nawet, że w Polsce może do niego dojść 😉 Raczej trafiałem na fanów obu serii. Cóż to za studia?

  2. Ha, mnie to chyba nawet trudno nazwać fanem okazyjnym. Obejrzałem wszystkie części, ale pamiętam je bardzo słabo (gdybym miał więcej czasu i mniej książek do przeczytania, prawdopodobnie zdecydowałbym się na kolejne podejście do każdej poszczególnej części). Nie czytałem żadnej książki, która byłaby umieszczona w uniwersum Gwiezdnych Wojen, zdarzyło mi się zagrać w jedną z gier na PlayStation. Jedyna rzecz, której żałuję, to brak w mojej kolekcji LEGO zestawów z serii Star Wars – jako młody człowiek bardzo, bardzo lubiłem duńskie klocki, ale nigdy nie dostałem, ani nie kupiłem żadnego zestawu z Gwiezdnych Wojen.

    • pozeracz

      Klocki LEGO Star Wars to chyba dość świeży dodatek do tej marki. Ja korzystam z okazji bycia rodzicem i z zapałem buduję. Choć bawi się nimi raczej głównie starszy potomek. Teraz cała fura osób urządza sobie sesje przypominające, ale ja też na to nie mam za bardzo czasu. I znów – poczekam na syna – 5 lat to jeszcze nieco za mało na filmy.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén