Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Bezpowrotnie utracona umiejętność albo pochwała wolnego czytania

Facebookowy wpis z pytaniem o czytelnicze autożyczenia był po części substytutem blogowego wpisu urodzinowego, ale po części też drobną prowokacją nastawianą na pewną odpowiedź. A właściwie jedną z dwóch odpowiedzi. Wybieg okazał się skuteczny, a nieświadomą ofiarę stała się Z pamiętnika książkoholika, która stwierdziła, że życzy sobie: „Umiejętności szybszego czytania”.

slow2

Odpowiedź ta sama w sobie nie jest zła, ale wiąże się z czymś, co męczy mnie od pewnego czasu. Zacznę zaś bezczelnie od anegdoty. Będąc młodą lekarką… Wróć. Będąc młodym studentem, na drugim roku filologii angielskiej trafiło mnie wielkie szczęście w postaci pewnego mocno niekonwencjonalnego Irlandczyka. Ryży ten osobnik prowadził z nami konwersacyjną część bloku czegoś zwanego niewinnie Praktyczną Nauką Języka Angielskiego. Zajęcia te przeważnie polegały na nudnym klepaniu tych samych tematów, które potem wracały na egzaminie ustnym. Tu jednak zaczęło się od tego, że rzeczony prowadzący podchodził do każdego z nas i pytał prosto w twarz: „Do you think that this institution gives a shit about you as as a person?„. Potem było tylko lepiej. Nie będę zamęczał Was tu szczegółami, ale na tych zajęciach bez sprawdzania obecności niemal zawsze był komplet.

slow0

Jednym z obowiązkowych bloków tematycznych była sztuka – na tych zajęciach pan Dolan dał nam do przeczytania wiersz. I w trakcie tych zajęć stwierdził, że zapłaciłby bardzo duże pieniądze za kurs wolnego czytania. Z początku wydaje się to być takie nieco przewrotne, żartobliwe stwierdzenie. Jednak szybko można dojść do wniosku, ile w tym prawdy. Na początku przygody z czytaniem chce się czytać więcej, więcej, szybciej, więcej. Kolejne opasłe tomiszcze, kolejny stosik, 50 książek rocznie, 100 książek rocznie itd., itp. Do tego dochodzi naturalny proces nauczania – im więcej czytamy, tym szybciej czytamy i to, czy tego chcemy, czy nie. Po prostu zwiększa się ilość słów, które mózg odczytuje naraz. Gdzieś w trakcie tego może zgubić się samo czytanie. Prowadząc bloga czy też „robiąc w książkach” jest się na to narażonym podwójnie.

Nie chcę tu nikogo krytykować, nie chcę gromów ciskać. Nie chcę też zachęcać do czytelniczego masochizmu. Chciałbym po prostu, by każdy krytycznym okiem spojrzał na własne czytanie. Pewnie sporej części z Was zdarza się czasem zachwycić frazą, westchnąć nad zdaniem i rozpłynąć nad stylem, ale czy nie ma też czasem wrażenia, że coś Wam ucieka? Czy nie cieszycie się wewnętrznie, gdy trudna książka zmusza Was do pełnego skupienia?

slow1

Cierpliwy głos książki poucza:
najgorszą rzeczą w sprawach ducha jest pośpiech
i jednocześnie pociesza: masz lata przed sobą

[Zbigniew Herbert, Książka]

Poprzedni

Hit the road Jack, czyli lektury w drodze

Następny

Lato w maju, czyli wywczas nad morzem

Komentarzy: 26

  1. A ja sobie tak głośno (i internetowo) myślę, że są książki, które należy czytać szybko (oby tych było w naszym czytelniczym menu jak najmniej) w obawie przed trwonieniem czasu i są te, nad którymi trzeba się pochylać, które trzeba zostawiać dłużej na języku i sprawdzać, czy bolą albo słodzą.

    • pozeracz

      Jeśli tych szybkich rzeczywiście jest mało i szybko się odróżnia ziarna od plew, to chyba nie ma problemu. U mnie ta obawa przed trwonieniem czasu była jednym z powodów założenia bloga – recenzowałem dla portali książki raczej dobre, ale i tak obawa się rodziła i wierciła dziurę w czytelniczej duszy.

  2. Z uporem maniaka poszukuję książek, które skłonią mnie do refleksji. Powiem więcej – próbowałam nawet zachęcić innych do sięgnięcia po nie. Zainteresowanie tego typu literaturą nie jest zbyt duże, jednak gdy już dołączam do grona mi podobnych „fanatyków” to dyskusjom nie ma końca. Niestety pośród nowości wydawniczych coraz rzadziej można na takie pozycje trafić. Rynek zalewają tzw. „umilacze czasu”. Z tego powodu często zaglądam do antykwariatów lub bibliotek.

  3. Ja wyznaję podobną zasadę jak AgaCM – pragnąc odnaleźć książkę, która skłoni do refleksji, która nie pozwoli się skonsumować w parę godzin, często sięgam po stare serie wydawnicze jak: Proza Współczesna, Współczesna Proza Światowa, Nike. Z nowszych polecam „Nowy Kanon”.

    A co do samego „wolnego czytania” to wydaje się, że wszelakiej maści „slow” jest teraz na czasie – „slow reading”, „slow food”. Coraz więcej ludzi zaczyna dostrzegać, że jako członkowie konsumpcyjnej cywilizacji nastawieni jesteśmy na posiadanie – skutecznie wmawia się nam, że więcej, szybciej, bardziej znaczy lepiej. Tymczasem pośpiech, bezrozumny pęd, bezrefleksyjny bieg, nienasycenie nie prowadzą nas do niczego sensownego : )

    • pozeracz

      Prowadzą nas do zagłady, a ta – patrząc na niektóre przejawy „ludzkości” – wydaje się czasem sensownym rozwiązaniem.

      O ile „slow food” rzeczywiście jest w modzie, to w czytaniu tego tak nie dostrzegam. Ale są takie inicjatywy – podobają mi się np. wszelakie akcje typu re-read. Jakiś czas temu czytałem z wielką ciekawością Malazan Reread of the Fallen organizowane przez wydawnictwo Tor. „Malazańska księga poległych” była czytana od pierwszego tomu przez osobę znającą sagę i nieznającą jej. Pisane przez nich wpisy-dialogi były mocno wciągające dla zainteresowanych.

      Zresztą mam wrażenie, że wszelkie dyskusje o książkach sprzyjają rozumnemu ich czytaniu.

    • Ambrose, zgodzę się,z tym, że dodam, że książka stała się także towarem marketingowym, i jeszcze jedno, nie tylko ona, ale sposób jej używania, czytanie na wszelkie (nie)możliwe sposoby wolno, szybko, średnio, papierowo, elektronicznie, słuchowo, blogowo i rekordowo…

      • pozeracz

        Towarem marketingowym była chyba już od czasów jej upowszechnienia po wynalezieniu druku. To marketing po prostu ostatnimi czasy się rozpasał niemożebnie.

        • O nie, pozwolę się z Tobą nie zgodzić, jeszcze w XIX wieku książki traktowano inaczej. 🙂

          • pozeracz

            A co np. z takim „The Wide Wide World”, które uważane jest za prekursora bestsellerów? Co z „penny dreadfuls”? Zgadzam się z tym, że wtedy książki traktowano inaczej, ale początki „towarowego” podejścia były obecne od początków „czytelnika masowego”.

  4. Mądrze prawisz. Ostatnio wróciłem do czytania w środkach komunikacji miejskiej. No to w tramwaju przeczytałem sporo różnych mniej lub średnio ciekawych e-booków. To temat na inną dyskusję swoją drogą, bo nieświadomie przyswoiłem sobie kilka nagrodzonych Zajdlem i Żuławskim pozycji. Nie przywiązuję wagi do nagród 😉 No i nic, przemknąłem po tekstach jak jakiś statek nadprzestrzenny. Nic, kompletnie nic mnie nie zatrzymało nawet na chwilę. Zero refleksji, tylko czytanie – to ja tak nie chcę 😉 Żeby nie było wątpliwości, miejsce i sposób czytania nie ma tu nic do rzeczy, można w tramwaju i na czytniku czytać „wolno” tylko trzeba na coś trafić.
    Tak tęsknię za wolnym czytaniem z zachwytem w tle… Ilość nie przechodzi w jakość, nigdy nie przechodziła.

    • pozeracz

      Pewnie to wina mego zacofania technologicznego albo prób racjonalizowania nieposiadania czytnika, ale mam wrażenie, że posiadanie czytnika w pewnym stopniu sprzyja nadmiernemu gromadzeniu książek, a co za tym idzie wzrostowi ciśnienia na szybkie czytanie. Ale to tylko przeczucie i na pewno nie odnosi się do każdego czytelnika.

      Pewnie niespodzianką dla Ciebie nie jest, że to Żwikiewicz jest jedną z podwalin tego wpisu i mych przemyśleń.

      • Czytnik to w zależności od okoliczności. Tak w zasadzie czeka na mnie mnóstwo czytania klasyki z Wolnych Lektur, ale, że jest coś takiego jak BookRage to czasami i coś innego wpadnie 😉
        Najgorsze, że ma kłopot z pisaniem o książkach czytanych „elektrycznie”, brakuje mi możliwości przekartkowania…

        • pozeracz

          O kartkowaniu nawet nie pomyślałem. U mnie też byłoby to o tyle problematyczne, że często pamiętam wzrokowo dany cytat. To znaczy – numeru strony nie pamiętam, ale pamiętam, czy była to lewa czy prawa kartka i miejsce na stronie. W przypadku czytnika nic mi to nie da.

          • lemon

            Nic Ci nie da, ale w czytniku masz wyszukiwarkę. Ostatnio potrzebowałem sprawdzić, w którym miejscu książki po raz pierwszy pojawia się imię pewnego bohatera. W papierowej bym poległ, a na czytniku zajęło mi to 3 sekundy.

          • pozeracz

            W takich sytuacjach opcja wyszukiwania rzeczywiście jest niezastąpiona. Ja chyba mam całkiem niezłą umiejętność „skanowania” tekstu wyrobioną na godzinach sprawdzania złożonego tekstu, więc pewnie dałbym radę, ale to zdecydowanie mało efektywny sposób.

        • O widzisz, mam to samo, jeśli coś jest dla mnie książką, przydatną (zawodowo) to tylko papier, myślę przestrzennie i kinestetyczne. Co to jest bookRage?

  5. M.S

    Ostatnio wiarę w wolne czytanie wrócił mi Jarosław Iwaszkiewicz. Wystarczy przeczytać 50 stronicowe opowiadanie i można resztę dnia spędzić na błogim rozmyślaniu u nim. Dla przykładu, przed Iwaszkiewiczem mknąłem na złamanie karku przez „Terror” Simonsa oraz „Morderstwo w Orient Expressie” Christie. Tu dopiero widać różnicę między Artystą a pisarzem.

    • pozeracz

      A to prawda. Ja mam tak z prozą Myśliwskiego, która co prawda objętościowo przekracza stron 50, ale już kilka stron starcza za wiele innych. A Dan Simmons to przypadek ciekawy – to sztuka napisać tak opasłe tomiszcze dalekie od typowych powieści akcji, ale jednak uczynić je tak szybkim w czytaniu. Choć o tyle dziwne jest to, że w przypadku „Terroru” mi się to podobało, ale „Trupia otucha” mnie odrzuciła.

  6. Panie kochany, jak się trafi TA książka, to umysł sam zwalnia, sam. Serio. Właśnie tego doświadczam, a czytać umiem szybko.

    • pozeracz

      Z tym, że dla mnie kwestia polega nie na tym, by umieć czytać wolno. Ale tak poza tym to się zgadzam – niektóre dzieła tak działają. Gorzej jeśli nie jest tak oczywiste, że dane dzieło wymaga wolnego czytania.

  7. Nam na studiach na dzień dobry powiedziano: „na filologii będziecie się uczyć czytać wolno” – i chyba nieźle mi poszło, bo rzeczywiście nie mam parcia na szybkie czytanie. Każda książka wymaga swojego tempa i w pełni się dostosowuję.

    Myślę, że w takim życzeniu szybszego czytania nie chodzi o to, że chcemy olewać słowa, frazy, styl i tylko przemknąć przez treść – iść na ilość, a nie na jakość. Tu w ogóle nie chodzi o faktyczne tempo czytania chyba.
    Raczej o żal, że siedzę dwa tygodnie z jedną książką – co prawda genialną, ale mimo wszystko jedną – a w perspektywie mam już siedem innych tytułów, które tak bardzo bym chciała już, teraz, omg jak mnie kuszą. Ja ten żal rozumiem. Mam w tej chwili chyba z sześć wypożyczonych książek, prolongowane już ze trzy razy, no ale ja naprawdę chcę je wszystkie przeczytać… kiedyś. Jakoś.

    Człowiek nawet by nie pomyślał, że czytanie wymaga tyle strategicznego planowania. 🙂

    • pozeracz

      Mi nawet nie chodzi o parcie, co o automatyzm. Im więcej się czyta, tym szybciej się czyta – to nie tyle kwestia postawy, co neurologii. Ale zgadzam się, że można, a w zasadzie powinno się, dostosowywać do danej książki.

      To, o czym piszesz w drugiej części komentarza, to ból każdego mola, czyli świadomość tego, że nigdy nie przeczyta się wszystkiego, co się chce. Jest to bolesna świadomość, ale i radosna na swój sposób, gdyż – z drugiej strony patrząc – zawsze będzie coś do czytania.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén