Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Dwie Agnieszki i żelazna rózga, czyli wywiad z Agnieszką Hałas

Jakże miło zbiegły się okoliczności: akurat 8 marca czynię kolejny krok ku nadrabianiu mych zaległości w zakresie wywiadów z pisarkami. Rozmowa z Anną Kańtoch była pierwszym krokiem na tej drodze, a dziś pora na następny. Ma dzisiejsza interlokutorka na polskiej scenie fantastyczne obecna jest już od 20 lat, lecz przez długi czas pozostawała na jej zapleczu. Na całe szczęście za sprawą Olgi i ostów oraz wydawnictwa Rebis wydającego ponownie cykl Teatr Węży jest szansa, że Agnieszka Hałas zajmie miejsce w pierwszym rzędzie. Zapraszam do rozmowy o pisaniu, zawodowym rozdwojeniu jaźni i początkach pewnego ka-ira.

agnieszka hałas wywiad

Zdjęcie: Adam Rotter

Nim przejdziemy do części najciekawszej mam jeszcze dla Was garść biogramowych drobiazgów. Lublinianka z wykształcenia jest biotechnologiem – tytuł magistra uzyskała na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej, a doktoryzowała się w Niemieckim Centrum Badań Onkologicznych w Heidelbergu. Jest nie tylko pisarką, ale i redaktorką i tłumaczką. Redaktorsko udziela się jako szefowa działu literatury w Esensji, a tłumaczyła między innymi zaadaptowany filmowo z kasowym powodzeniem przez 20th Century Fox cykl Więzień Labiryntu Jamesa Dashnera  (cztery tomy, z wyłączeniem pierwszego) oraz trylogię Ogień ludzkości Michaela Cobleya. Jest też członkinią Hardej Hordy.


Pożeracz: O ile Encyklopedia Fantastyki prawdę mówi, w tym roku minie 20 lat od Twojego debiutu na łamach Fenixa. Jak oceniasz swoją twórczą drogę po tym czasie? Zwłaszcza w porównaniu z oczekiwaniami towarzyszącymi publikacji „Białych dłoni”.

Agnieszka Hałas: Nie kłamie, debiutowałam w grudniu 1998 roku mając niecałe 18 lat.

Półżartem, pół serio mogłabym odpowiedzieć, że nigdy tak naprawdę nie myślałam o tym, żeby zostać zawodowym pisarzem, więc mam dokładnie to, o czym marzyłam – nie jestem zawodowym pisarzem… Z debiutem nie wiązałam żadnych oczekiwań, nie miałam żadnych planów literackich na przyszłość. Moje pisanie zaczęło się po prostu od tego, że zawsze lubiłam wymyślać historie. Jako nastolatka regularnie czytałam prasę fantastyczną i w mojej głowie szybko pojawiła się myśl: skoro różni ludzie mogą publikować opowiadania, to czemu nie ja? Jednak zawsze traktowałam pisanie jak ambitne hobby: coś pięknego, ale w sumie opcjonalnego. Były lata, kiedy zupełnie przestawałam pisać, znikałam „z horyzontu” polskiej fantastyki, żeby skupić się na innych rzeczach. Biorąc pod uwagę to, jak nieregularnie publikuję, miałam w sumie dużo szczęścia, że nadal jestem na tym horyzoncie obecna (ale po tym, jak moje książki przez kilka lat były dostępne głównie jako ebooki, wiem już, że mogę pisać dla 200, 300 czytelników i nadal czerpać z tego satysfakcję).

fenix okładka

Ciekawe jest to czasowe znikanie, ale na polskim rynku (a może i nie tylko) jest zapewne wiele autorek i autorów, który z takich zniknięć już nie wracają. Nim zapytam o to pierwsze opowiadanie i początki Krzyczącego w Ciemności, mam jeszcze pytanie, do którego często wracam. „Białe dłonie” zostały opublikowane, gdy kończyłaś liceum, a kiedy i jak zaczęła się Twoja przygoda z fantastyką?

Od tego, że w wieku przedszkolnym czytałam już samodzielnie i ktoś mi ofiarował w prezencie Lwa, czarownicę i starą szafę C.S. Lewisa. Jako dziecko uwielbiałam też wszelkiego rodzaju baśnie, miałam na półce między innymi zbiory Bajarka opowiada, Klechdy polskie, Piórko Finista Jasnego, cud-sokoła oraz bardzo stare wydanie baśni angielskich, które wcześniej należało do mojej mamy, i znałam je wszystkie niemalże na pamięć. W szkole podstawowej czytałam bardzo dużo, pochłaniałam sterty książek, a szczególnie lubiłam takie z wątkami fantastycznymi, jak Bracia Lwie Serce i Ronja, córka zbójnika Astrid Lindgren albo Przyjaciel wesołego diabła Kornela Makuszyńskiego. W roku 1993 wyjechałam z rodzicami do USA, gdzie odkryłam książki Madeleine L’Engle; po powrocie do Polski, w siódmej klasie szkoły podstawowej przeczytałam Władcę pierścieni, co zaowocowało gigantyczną fascynacją Tolkienem. Rok później odkryłam, że istnieje takie pismo jak Nowa Fantastyka, i reszta jest historią…

Dopowiem jeszcze, że moja dziecięca wyobraźnia karmiła się prawie wyłącznie książkami – nie byłam szczególną miłośniczką filmów ani komiksów.

Nieodmiennie zazdroszczę osobom, które tak wcześnie zaczynały intensywne czytanie. Ja przed szkołą podstawową jedynie grzecznie lektury czytałem, a rozkręciłem się dopiero w liceum. Za to starszego syna, lat siedem i pół, już teraz od książki ciężko oderwać.

Czy w swoim czytaniu oraz/lub pisaniu miałaś jakiegoś przewodnika czy raczej eksplorowałaś samotnie obce światy?

Najpierw samotnie, bo nikt w rodzinie nie interesuje się fantastyką. Mając 15 lat odkryłam, że w moim rodzinnym mieście działa Lubelski Klub Fantastyki „Syriusz”, i zaczęłam tam regularnie chodzić na wtorkowe spotkania oraz korzystać z nieźle zaopatrzonej biblioteki.

A jak zrodził się w Twych opowieściach Brune Keare?

Krystalizował się stopniowo. Pierwsze opowiadania ze świata Zmroczy zaczęłam pisać w 1997 (pamiętam, jak na wakacyjnym wyjeździe do Grecji opowiadałam koleżance, również miłośniczce fantastyki, że mam pomysł na takiego bohatera, pokazałam jej fragmenty tekstu i stwierdziła, że to jest fajne). W mojej wyobraźni kotłowały się przyswojone niemal równolegle: świat wiedźmiński, cykl o Ziemiomorzu, pierwsze tomy cyklu o Czarnej Kompanii, film Kruk z Brandonem Lee oraz postacie hakerów z twórczości Williama Gibsona. Z tej eklektycznej mieszanki motywów narodziły się: Zmrocza, konflikt między srebrną a czarną magią oraz Brune Keare jako wyjęty spod prawa mag ścigany za sam fakt, że istnieje. Trzy pierwsze opowiadania o nim poszły na przemiał (jedno, po daleko idących przeróbkach, ukazało się lata później w magazynie Esensja pod tytułem Sen o lilii), czwartym ukończonym tekstem z tego uniwersum były Białe dłonie.

science fiction okładka halas

To ciekawe, o Gibsonie bym nie pomyślał ze względu na gatunkowe rozbieżności, ale rzeczywiście można się dopatrzeć paraleli. Jeśli zaś chodzi o Esensję, to pamiętam czasy przedinternetowe i pochłanianie numerów umieszczanych na płytach CD-Action. Wtedy – w czasach modemów dial-up – byłem pod wielkim wrażeniem, że komuś udaje się taki magazyn miesiąc w miesiąc składać. Jak zaś doszło do tego, że zostałaś kierownikiem działu Literatura w Esensji właśnie?

W 2010 r. dołączyłam do ekipy działu literackiego Esensji, bo z różnych względów sądziłam, że warto będzie nabyć trochę doświadczenia w selekcjonowaniu i redagowaniu opowiadań. Rok później ówczesny kierownik działu poprosił, żebym przejęła jego stanowisko. Warto zaznaczyć, że praca w Esensji to wolontariat, każdy z redaktorów udziela się w takim stopniu, na jaki akurat pozwalają mu inne zobowiązania.

Podobnie funkcjonuje większość portali poświęconych fantastyce, a na pewno te, z którymi miałem do czynienia. Ciekaw jestem, jak na Twoje redagowanie wpłynął fakt, że sama piszesz i musiałaś pracować z redaktorami. Czy te doświadczenia sprawiły, że inaczej patrzysz na podsyłane prace?

Doświadczenia pisarskie chyba nie (może czasami czynią mnie trochę surowszą albo trochę łagodniejszą w ocenie, ale to zależy od konkretnego utworu). Z kolei współpraca z redaktorami wyczuliła mnie na pewne błędy językowe oraz pokazała mi mniej więcej, co redaktor i/lub autor mogą na etapie pracy redakcyjnej poprawić w tekście, a czego nie.

Mi się zdarza zajmować korektą tłumaczeń, ale użytkowych, więc zapytam się z ciekawości zawodowej: masz jakieś konkretne błędy, na które jesteś wyczulona?

Żelazna rózga redaktorska 😉 uświadomiła mi, ile pułapek kryje prawidłowa odmiana imion i nazwisk obcego pochodzenia. Zawsze bolały mnie zęby, i nadal bolą, kiedy ludzie piszą „zobaczył John’a”, „dogonił Peter’a” (prawidłowo: Johna, Petera), ale cichutko wyznam, że kilka lat temu nie było dla mnie oczywiste, jak należy odmieniać Charles’a Perrault (imię z apostrofem, bo wymawiamy je „Szarl”; nazwisko tak wymawiane, że się nie odmienia).

dwie karty hałas pośród cieni hałas w mocy wichru hałas

O, ten ból znam. Z mojego doświadczenia wynika, że najtrudniejsze do przyswojenia są odmiany kończące się na samogłoski – Disney (i np. Disneya) czy Mike (i np. z Mikiem). Chciałbym wrócić do tematu wolontariatu i wykorzystać go do zapytania o kondycję czytelnictwa czy też kultury w Polsce. Nie da się ukryć, że wokół kultury w Polsce nie kręci się zbyt dużo pieniędzy. Badania czytelnictwa też swoje pokazują. Jak Ty osobiście oceniasz ten stan, niejako od wewnątrz?

Przyznam szczerze, że nie śledzę statystyk, a jako były pracownik naukowy mam odruch, żeby nie wypowiadać sądów, nie znając danych liczbowych. Wiem, że ludzie z mojego bezpośredniego otoczenia czytają i kupują książki, recenzują je, dyskutują o nich i zachęcają się nawzajem do czytania. Z jednej strony obracam się w specyficznym „bąbelku” społecznym, z drugiej – byłam w zeszłym roku na targach książki w Warszawie, Krakowie, Katowicach i Łodzi, na własne oczy widziałam, jakie tłumy przewijają się przez tego typu imprezy. Znam też pisarzy, którzy żyją wyłącznie z pisania i nie nazywają się Andrzej Pilipiuk 😉 Więc może z kondycją czytelnictwa w naszym kraju nie jest aż tak tragicznie?

Ależ służę danymi: są tutaj. Ale w międzyczasie zapytam o styk nauki i pisarstwa. Czy bycie naukowcem wpływa jakoś na proces tworzenia?

Trzeba by zapytać Marka Huberatha, Wawrzyńca Podrzuckiego albo Aleksandrę Janusz… Ja się z pracą naukową pożegnałam na wczesnym etapie życia zawodowego – tuż po obronie doktoratu. Między innymi dlatego, że u mnie na dłuższą metę nie dawała się z pisaniem pogodzić. Nawet nie chodziło o brak czasu jako takiego. Agnieszka laboratoryjna i Agnieszka literacka pracowały, jak podejrzewam, zupełnie innymi partiami mózgu. Żeby jedna mogła działać, ta druga zawsze musiała przejściowo zniknąć i udawać, że jej nie ma, a nie umiałam się gładko przełączać „na pstryk”: nadchodzi sobota i mam wolny czas, więc otwieram magazyny z kreatywnością i piszę, nadchodzi poniedziałek, pakuję kreatywność z powrotem za żelazne drzwi i idę do labu. Długo uważałam, że to z pisania powinnam zrezygnować, a o tym, że stało się inaczej, zadecydował splot okoliczności (to była jedna z trudniejszych decyzji w moim życiu). Zresztą w tej chwili nadal nie poświęcam się działalności literackiej w 100% ani nawet w 60%, bo równolegle zajmuję się tłumaczeniami.

To ciekawa przypadłość z tą rozłącznością pisarsko-laboratoryjną. Zapiszę sobie do wykorzystania na przyszłość. Czy to właśnie z powodu tej rozłączności rozważałaś rezygnację z pisania? Czy może chodziło o kwestię finansową?

Po prostu uważałam, że wybierając tak wymagającą ścieżkę zawodową, jaką jest praca naukowa (po magisterium byłam nastawiona na emigrację i karierę na Zachodzie, gdzie w life sciences panuje, powiedzmy sobie szczerze, wyścig szczurów), nie mogę równolegle zajmować się czymś, co zużywa furę umysłowych mocy przerobowych, bo nie będę w stanie „wyrobić normy” w działalności zawodowej. Dodam, że pisanie w trybie „jedno krótkie opowiadanie na dwa lata, bo na więcej nie mam czasu” bardzo mnie frustruje – w takim układzie łatwiej mi zupełnie zrezygnować z tego kawałka życia, wygasić ambicje do zera i całą energię poświęcić innym sprawom.

fantastyka nowa hałas fantastyka nowa hałas

Wszystko jasne i zrozumiałe. Zaś jako tłumacz nie mogę nie zapytać o tę część Twojej twórczości, zwłaszcza że zajmuje większość Twojego czasu. Jakimi tłumaczeniami się zajmujesz?

Tłumaczę z angielskiego na polski, z polskiego na angielski i czasami z niemieckiego na polski. Swego czasu były to prawie wyłącznie tłumaczenia medyczne oraz, niekiedy, „na winie”  (co się nawinie, to na warsztat: raz trafił się plan zagospodarowania przestrzennego jednej z dzielnic Warszawy, innym razem przewodnik turystyczny po Południowym Tyrolu…). W tej chwili tłumaczę głównie literaturę (na polski) i od czasu do czasu artykuły naukowe (na angielski). Z premedytacją radykalnie zmniejszyłam sobie obciążenie zleceniami (akceptując konsekwencje finansowe), żeby móc pisać.

O, tak. Różnorodność zleceń tłumaczeniowych potrafi zaskakiwać. Czasem negatywnie, gdy okazuje się, że np. w Kanadzie drwale mają kilkanaście podspecjalizacji. Zapytałbym o wybrane narzędzie tortur (CATa), ale to pewnie zainteresuje pół czytelnika mojego bloga. Zamiast tego podpytam zaś, czy masz jakieś tłumaczeniowe pet peeve? Jakiś nadużywany zwrot lub słowo, którego nie lubisz napotykać w angielskich tekstach.

Spośród CATów posiadam i używam tylko MemoQ. Gdy chodzi o wkurzające słowa czy frazy, nic mi z marszu nie przychodzi do głowy. Kilku siwych włosów przysporzył mi taki jeden amerykański autor YA, który chętnie uderzał w tony dramatyczne i duszoszczypatielne, a ja musiałam te kawałki tak tłumaczyć, żeby nie wywoływały niezamierzonego chichotu i jednocześnie były w miarę bliskie oryginałowi.

Ja miałem swego czasu regularnie do czynienia z tekstami marketingowymi i szczerze znienawidziłem słowo „experience”, które służy jako pustosłowie dodawane do wszystkiego. Przez jakiś czas wszystko było „experience” – „movie experience”, „music experience”, „gaming experience” itd., itp., ad mortem defaecatam. Przepraszam za tę prywatę, ale nie mogłem się powstrzymać.

Pisaniu nie poświęcasz się w znacznym stopniu, ale tuszę, że procesy twórcze przebiegają. Możesz zdradzić jakieś plany?

Przebiegają… Już niedługo w wiosennej edycji darmowej antologii Fantazmaty ukaże się moje opowiadanie pt. Pod skórą (oparte na nieco podobnych motywach jak powieść Olga i osty). Mam na warsztacie cztery inne zaczęte opowiadania, w tym dwa o Krzyczącym w Ciemności, ale nie gwarantuję, że wszystkie będę kończyć w tym roku. Poza tym w fazie notatek i intensywnego obmyślania jest czwarty tom Teatru węży, a w fazie rozgrzebania leży powieść, na której się zacięłam twórczo w zeszłym roku, odłożyłam ją na bok i zastanawiam się, co z tym materiałem zrobić (nie pierwszy raz mam ten problem).

na nocnej zmianie falkon okładka

Dziękuję bardzo. A w temacie zacięcia – skoro to nie pierwszy raz, to chyba nie masz żadnego magicznego sposobu na mityczny „writer’s block”? Ciekaw też jestem, ile Twoich tekstów skończyło w takim czyśćcu właśnie.

Mnóstwo. Myślę, że na przestrzeni lat uzbierały się ich setki, jeśli policzyć te, które nigdy nie wyszły poza etap konspektu i luźnych notatek. Takich porzuconych po kilku-kilkunastu stronach zwartego tekstu mam znacznie mniej, może ze dwadzieścia? A „writer’s block” nie jest (niestety) zjawiskiem mitycznym, tylko nad wyraz realnym… Na przełamywanie blokad znam jeden sposób, niezawodny, ale trudny do stosowania ze względów organizacyjnych. Otóż potrzebuję bardzo dużej ilości wolnego czasu na przeglądanie notatek, czytanie swoich starszych utworów, myślenie o niebieskich migdałach, czytanie głupot w necie, bazgranie po pustych kartkach i powolne rzeźbienie powstającego tekstu. W którymś momencie, zwykle po 2-3 dniach, następuje inicjacja twórczej reakcji łańcuchowej i tekst zaczyna się pisać w tempie stachanowskim (aż do ukończenia, do napotkania następnej blokady albo do momentu, kiedy z bólem serca muszę się wyrwać z pisarskiego nieba, bo mi rzeczywistość skrzeczy i obowiązki wzywają).

To jeszcze w temacie twórczym mam ostatnie pytanie. Śledzę na Twitterze i innych społecznościowych cudach pisarzy różnych, którzy czasem odpowiadają na pytania o porady dla początkujących pisarzy. Może nie zawsze, ale regularnie wysoce wraca rada: pisać, pisać i jeszcze raz pisać. O ile dobrze pamiętam, to Feliks W. Kres radził podobnie. Zgadzasz się z takim dyktatem?

Oj, rady dla początkujących pisarzy to temat na cały oddzielny wywiad, więc odpowiem w skrócie: to tak, jakby początkujący piłkarz albo kulturysta usłyszał „trenować, trenować i jeszcze raz trenować”. Prawda, że z jednej strony ta rada na najbardziej podstawowym poziomie to coś oczywistego, a z drugiej – jest dużym uproszczeniem i zupełnie nie wyczerpuje tematu? Trenować trzeba z sensem, trzeba odpowiednio się odżywiać i tak dalej. Widywałam powieści napisane takim stylem, że 400 stron kwalifikowało się do kosza. Można napisać do szuflady 10 takich powieści, nikomu ich nie pokazać, niczego się nie nauczyć i nadal pisać tak samo źle jak na początku. Moje rady brzmiałyby: pisać, ale 1) KOŃCZYĆ teksty (najprościej zaczynać od opowiadań), 2) próbować je wysyłać w świat – na konkursy, do czasopism, 3) czytać, żyć, rozwijać się. Ścieżka twórcza to maraton a nie sprint. (Acz na marginesie trzeba jeszcze powiedzieć, że umiejętność sprawnego produkowania dużych ilości poprawnego tekstu, łatwego w czytaniu, niekoniecznie bardzo oryginalnego czy o idealnie skonstruowanej fabule, jest nadzwyczaj cenna rynkowo – vide niejaki Remigiusz Mróz…).

Podoba mi się to porównanie z trenowaniem. Tylko nie wiem, jak w nie wpasować Mroza Remigiusza.

olga osty hałas

 

Na koniec zapytam jeszcze o inicjatywę Fantastic Women Writers Of Poland. Jak się w niej znalazłaś i jak oceniasz jej działalność?

Może wyjaśnię niezorientowanym – na początku 2017 r. grupa młodych polskich autorek fantastyki zrzeszyła się nieformalnie na zasadzie koleżeńskiej współpracy (zaczęło się od spontanicznej kilometrowej dyskusji na Facebooku), a pierwszym wspólnym projektem, zrealizowanym w brawurowym tempie, było stworzenie anglojęzycznego katalogu naszych książek na Międzynarodowe Targi Książki w Londynie. Katalog nosił tytuł Fantastic Women Writers of Poland i tak samo nazywa się nasza strona na Facebooku, ale ponieważ o naszej inicjatywie szybko zrobiło się głośno wśród czytelników w Polsce, przybrałyśmy oficjalną nazwę polską: Harda Horda. Grupa służy wymianie doświadczeń oraz ułatwia promocję naszej twórczości. Bardzo się cieszę, że jestem częścią tej inicjatywy. Możliwość wymieniania się w zamkniętym gronie opiniami i wiedzą na tematy wydawnicze jest naprawdę cenna, ale przede wszystkim widać, że nasza działalność na froncie promocyjnym przynosi fajne, wymierne, obiecujące efekty – razem stanowimy większą siłę niż każda oddzielnie.

Według mnie to świetna inicjatywa i kibicuję szczerze.


Zapewne pod którymś z wywiadów już o tym wspominałem, ale trudno mi się pisze ten akapit zamykający. Znów mam pisać, że ciekawie mi rozmawiało? Będzie to prawda i znów myślę, że dla Was będzie ciekawie. Nie będę więc przedłużał i dodam tylko, że na początku tygodnia przyszłego spodziewać się możecie recenzji W mocy wichru, a już niedługo kolejnego wywiadu kobieco-wydawniczego.

Zasypiam w kolebce z ostów, by śnić szarość [Olga i osty]

Poprzedni

Polityczne potworności, czyli „Caliban’s War” Jamesa S.A. Coreya

Następny

Wilcza więź i chłodny strach, czyli „W mocy wichru” Agnieszki Hałas

Komentarzy: 17

  1. Po „Oldze i ostach” bardzo kibicuję p. Agnieszce, bo to jest kawał dobrej powieści i więcej takich trzeba 🙂

    • pozeracz

      Szkoda się robi, że żywot pisarek i pisarzy nie jest w Polsce nieco łatwiejszy. Wtedy pewnie większość uwagi mej rozmówczyni skupiłaby się na pisaniu.

  2. Ha, w sumie po lekturze wywiadu z Radkiem Rakiem udało mi się przeczytać powieść tego autora. Może podobnie będzie z panią Hałas, bowiem jak dotąd, jeszcze nie poznałem jej pisarskiego dorobku.

    P.S. Drobna literówka: „Nim zapytam o to pierwsze opowiadanie i początku Krzyczącego w Ciemności (…)”

    • pozeracz

      Ponownie za czujność dziękuję. Ja co prawda mam zasadę (której na razie się trzymam), że rozmawiam tylko z osobami, który dorobek znam choćby po części, ale na „Olgę i osty” zęby sobie ostrzę.

  3. Beatrycze

    Po tym, jak wspomniano w wywiadzie Aleksandrę Janusz pomyślałam sobie, że chętnie przeczytałabym wywiad z nią. Może dałaby się namówić, zwłaszcza skoro jej książki teraz będą wychodzić…

    • pozeracz

      Jak wspomniałem powyżej – rozmawiam z osobami, których książki znam. Ale, ale… Prozę Aleksandry Janusz mam od pewnego czasu na oka, więc jak tylko sięgnę po nią w końcu, to na pewno postaram się o rozmowę.

      • Beatrycze

        Opowiadania o magach z miasta Farewell – teraz wznawiane mi się podobały. Polecam, zaznaczając, że to po prostu przyjemne, rozrywkowe urban fantasy.

        Tak jeszcze odnośnie wywiadu powyższego – nie powiedziałabym, że praca naukowa w dziedzinie nauk przyrodniczych nie wymaga kreatywności. Niemniej, jest to kreatywność innego rodzaju, ściśle ukierunkowana, ujęta w ramy – tu nie „wymyśla się czegoś z niczego”, a co najwyżej dostrzega powiązania, których wcześniej nie zauważono oraz interpretuje się wyniki oraz obserwacje. Naukowiec w pewien sposób czyni swój mózg w narzędziem do analizy danych i to najczęściej w jakimś jednym wyspecjalizowanym obszarze.

        Podobnie literatura fachowa – z piękną ma tyle wspólnego, że powinna być pisana językiem poprawnym gramatycznie. Ale poza tym jej pisanie wymaga ścisłej dyscypliny – każde zdanie powinno prezentować jakiś fakt, języka należy używać wyjątkowo ostrożnie i precyzyjnie, bo każde jedno sformułowanie, które nie określa dokładnie tego, co ma określać, jest niepoprawne. Na przykład napisałam niedawno: „podatność drewna na degradację” – i chodziło mi o podatność pozyskanego z drzew materiału na enzymatyczną degradację w celu uzyskania monocukrów – a recenzent sprostował: „podatność drewna na degradację dotyczy i zależy od mikroorganizmów glebowych, gdy drewno leży na ziemi, należy raczej napisać podatność lignocelulozy”. Czyli jakkolwiek mogłoby to brzmieć bliskoznacznie, okazuje się, że degradacja drewna i degradacja lignocelulozy (która wchodzi w skład drewna) to już dwie różne rzeczy. Skuteczne pisanie i czytanie tego typu literatury wymaga maksymalnego skupienia (zatem po paru godzinach zajmowania się tym człowiek ma ochotę raczej odpocząć wieczorem, niż zabierać się za kolejną pracę wymagającą wysiłku intelektualnego) oraz stosowania mocno sformalizowanego języka o ustalonej konstrukcji zdań.

        • pozeracz

          Dlatego ja tak lubię tłumaczyć teksty naukowe. Nawet jak dziedzina mi na początku obca, to właśnie to ukierunkowanie i precyzja ułatwiają pracę tłumaczowi. Poza tym artykuły takie dotyczą najczęściej bardzo wąskiego wycinka, więc gdy wsiąknie się nieco i przejdzie wysoki próg wejścia, to potem tłumaczenie idzie płynnie. Jeśli chodzi o tłumaczenie z angielskiego, to największą przeszkodą bywają zbitki rzeczownikowe, w których nie wiadomo, który rzeczownik określa który. Czasem do ich rozszyfrowania potrzeba po prostu wiedzy z danego zakresu. Choć w sumie największe problemy takie zbitki sprawiały mi w przypadku tekstów technicznych.

          A co do kreatywności – tu już sama Agnieszka by musiała skontrować.

          • Beatrycze

            Hehe, może za bardzo wymądrzalsko zabrzmiało ;P Chyba się jakoś poczułam dotknięta tą opinią o braku kreatwyności, a że z Agnieszką Hałas współdzielimy ukończony gatunek studiów…

            Pomyślałam też, że to zależy od tego, jak rozumiemy „kreatywność” – czy jako twórcze myślenie w szerszym kontekście, czy też jako swobodne hasanie wyobraźni. Jeśli to drugie, to faktycznie raczej trudno sobie wyobrażać puszczanie fantazji na żywioł w pracy naukowca.

            Zbitki bywają mordercze. Przez długi czas moją ulubioną było: „Zeaxanthin-dependent deltapH-induced nonphotochemical quenching of chloroplhyll fluorescence” – przetłumaczenie tego na polski robi z jednego określenia całe zdanie.
            Problem z tłumaczeniami jest też taki, że nawet siedząc w jakiejś dziedzinie, ale czytając anglojęzyczne publikacje, może się nie mieć pojęcia, jak brzmi dany termin w języku polskim. Ja pisząc pracę przejściową poprosiłam promotora, czy nie mogłabym napisać po angielsku, bo szukanie, jak po polsku brzmią niektóre nazwy wirusowych chorób roślin (np. „cocksfoot mottle virus”) uznałam za drugie tyle roboty. Ostatnio miałam w drugą stronę czasochłonne zajęcie tj. szukanie tłumaczeń polskich terminów botanicznych.

          • pozeracz

            Fraza rzeczywiście robi wrażenie. Ale przyznam, że ja chyba większą niechęć tłumaczeniową odczuwam do marketingowego pustosłowia i bełkotu. Organicznie wręcz nie znoszę słowa „experience”, które (nad)używane jest we wszystkich kontekstach i połączeniach, a brak mu sensownego odpowiednika w języku polskim.

  4. Achika

    Odmiana obcojęzycznych imion i nazwisk jest szczegółowo przedstawiona w Słowniku Ortograficznym PWN, dostępnym również online.
    Inna sprawa, że niestety boleśnie niedostosowana do obecnych realiów (np. ani słowa o nazwiskach japońskich czy indyjskich, brak informacji, że zasady stosują się też do innych nazw własnych, np. firm, oprogramowania; brak jakiegoś napomknienia o nazwach fikcyjnych).

    • pozeracz

      Korzystam z tego właśnie słownika, gdy tylko mam wątpliwości. Tylko wydaje mi się, że sporej części osób się po prostu nie chce sprawdzić i piszą jak im wygodnie.

      A czy japońskie i indyjskie nazwiska odmieniają się inaczej? Zasady w słowniku nie przebiegają przecież po narodowościach, a raczej głoskami czy też wymową na końcu nazwiska. Dodatkowo jest też poradnia, w której poruszanych jest sporo takich kłopotliwych przypadków.

  5. Achika

    Oczywiście, że rządzi wymowa, po prostu często przydaje się pokazać ludziom, że faktycznie tak jest w słowniku, bo niekoniecznie wierzą na słowo (BTDT).

    • pozeracz

      Przykłady zawsze w cenie. A na marginesie i w temacie BTDT – zawsze mnie te skróty biorą z zaskoczenia i muszę je sprawdzać.

  6. Agnieszka Hałas

    Przepraszam za skrót myślowy odnośnie do tej kreatywności! Tak, wydaje mi się, że ten typ kreatywnego myślenia, który jest niezbędny w pracy naukowej, to inny tryb pracy niż tworzenie tekstu literackiego. Ale trzeba też pamiętać, że moja przygoda z nauką trwała relatywnie krótko, a doświadczenia, które wykonywałam do doktoratu, polegały w dużej mierze na monotonnej, rutynowej pracy przez długie godziny. I to właśnie powolne, rutynowe, powtarzalne, ale wymagające sporego skupienia procedury w labie zamordowały najpierw moją wyobraźnię (na szczęście przejściowo), a później – stopniowo – wszelką chęć do dalszej pracy w zawodzie. (Swoją drogą z perspektywy czasu żałuję, że nie kształciłam się w takim kierunku, po którym mogłabym pracować naukowo bez pracy laboratoryjnej. Bo uwielbiam grzebać w literaturze, interpretować statystyki i szukać wytłumaczeń dla zaobserwowanych efektów. To, co mnie zabija mentalnie, to konieczność pilnowania, czy np. 50 eppendorfów jest prawidłowo podpisane i czy do każdego napipetowano tego, co potrzeba. Oraz konieczność współpracy z zespołem ludzi.)

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén