Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Mieć czytelnika za przyjaciela, czyli wywiad z Łukaszem Orbitowskim (część 1)

Moje dzisiejszego rozmówcy nie trzeba przedstawiać nikomu, kto choć trochę śledzi książkowe aktualności. Łukasz Orbitowski to zdobywca Paszportu Polityki za Inną Duszę, wcześniej nominowany do tej samej nagrody za Szczęśliwą ziemię, a kilkukrotnie do nagrody im. J. Zajdla. Prywatnie dodam, że według mnie to jeden z najlepszych polskich pisarzy i bardzo się cieszę, że poświęcił mi nieco swojego czasu.

!!!!fotka_dusza

Wywiad potoczył się na tyle wartko i obszernie, że postanowiłem podzielić go na dwie części. Miłej lektury.

Jakub Nowak: Pozwolę sobie zacząć od prywaty lokalnej: dlaczego akurat Bydgoszcz? Dlaczego akurat ten przypadek stał się tematem „Innej duszy”?

Łukasz Orbitowski: Nazwijmy to nieszczęsnym przypadkiem. Sprawa od której moja, fikcyjna w końcu, powieść, miała swój początek zdarzyła się akurat w Bydgoszczy, na którą nawet specjalnie nie miałem ochoty. Robiłem przymiarki do osadzenia akcji w Rykusmyku, w miasteczku z Szczęśliwej ziemi. Wydawnictwu się spieszyło, chciałem jak najszybciej rozpocząć pracę. No, ale ta historia jest, w jakiś sposób, historią z dużego miasta, a nie dziury na Dolnym Śląsku. W ten sposób, po raz pierwszy w życiu wylądowałem w Bydgoszczy. Zacząłem się włóczyć. Patrzyłem na ludzi i domy. Czekałem, aż książka odłoży się we mnie.

JN: Zgodnie z tym, co wyczytałem, przeprowadziłeś się na kilka tygodni do Bydgoszczy. Co ten pobyt Tobie dał? Czy zmienił coś w rodzącej się opowieści?

ŁO: Dał rzeczy proste, o które mi chodziło. Poznałem miasto, w którym osadziłem potem akcję powieści. Są rzeczy, których nie można zobaczyć na mapie, nie wyczytasz ich też z Google Street View, skądinąd sympatycznego urządzenia. Bydgoszcz jest fantastycznie potrzaskana pod względem architektonicznym. Potężna międzywojenna kamienica stoi w bezpośrednim sąsiedztwie czteropiętrowego bloku, obok jest nie wiem, bliźniak, jeszcze dalej garaż i budka z kwiatami. Tego rodzaju mieszanina przesądza o stylu miasta, co widać wyraźnie dopiero gdy się po nim chodzi. Macie też wejścia do pubów w stylu angielskim, w ciemnym drewnie i z żeliwnym szyldem nad drzwiami. A w środku, Polska prawdziwa, z stołem bilardowym i telewizorem zawieszonym nad barem. Gra muzyka taneczna, jest pięknie. W konsekwencji, Bydgoszcz nie mogła zmienić nic w rodzącej się opowieści. Nie byłoby jej bez Bydgoszczy.

inna0

JN: Nie odbiegam zbytnio wiekowo od pierwowzoru Jędrka i tamte lata spędziłem akurat w Fordonie. I o ile mógłbym się czepić pewnych drobiazgów, to przyznaję, że klimat tamtych czasów oddałeś świetnie. Tamtych bydgoskich czasów. Nie koloryzujesz tamtych lat, ale jednocześnie zachowujesz ich koloryt. Jest w tym szczerość – szczerość, której według Ciebie brakuje polskim pisarzom. Chciałbym spytać czego dokładnie dotyczy ten brak szczerości?

ŁO: Nie siedzę w głowach innych. czasem gdy kogoś słuchasz, wyczuwasz, że ta osoba kłamie i już. Z książkami jest podobnie. z jednych bije fałsz, z innych nie. istnieje wiele rodzajów nieszczerych książek. Jedni autorzy podejmują jakiś temat, ale nie idą w nimi do końca, unikając tego, czego nie rozumieją, albo co nie jest im na rękę. Inni uprawiają publicystykę w kostiumie literatury, jeszcze inni usiłują się przypodobać krytykom i czytelnikom, wdzięczą się do nich, pisząc to, co tamci chcą przeczytać. Ten brak szczerości jest chyba najgorszy ze wszystkich. Moje książki są może głupie, ale przynajmniej szczere. Mam czytelnika za przyjaciela, a przyjaciół nie powinno się okłamywać.

JN: Też mi się wydaje, że to uczciwe podejście. I po części wiąże się z moim kolejnym pytaniem. Stwierdzasz czasem, że w trakcie pisania stajesz się kimś lepszym. Na czym to dokładnie polega? Czy chciałbyś, by czytelnicy w trakcie czytania czuli się podobnie?

ŁO: Nie lepszym, mądrzejszym, a to dwie różne sprawy. Po prostu, podczas pisania otwiera się jakaś część mnie, do której nie mogę się dostać żadnym innym sposobem. Można przyrównać to do śpiewania. Pewne rzeczy mogą być tylko wyśpiewane, nie wypowiedziane. Nie wiem co z tymi czytelnikami. Na pewno chcę im coś pokazać, ujawnić jakiś nowy punkt widzenia na proste sprawy. Chyba właśnie tak jest – próbuję zmusić czytelnika, by popatrzył na życie inaczej niż dotychczas.

orb1

JN: Możliwe, że podświadomie zrównałem „lepszego” z „mądrzejszym”. A co do innego spojrzenia – dla mnie jest to jedna z ważniejszych zalet literatury. Inne spojrzenie, krytycznie myślenie – tego może uczyć literatura, po którą sięga coraz mniej Polaków. Ostatnio przez media wszelakie przetoczyła się dyskusja po raporcie przygotowanym przez TNS dla Biblioteki Narodowej. Masz w tym osobisty interes, ale czy poza kwestiami zarobkowymi warto walczyć o czytelnictwo? Jeśli tak, to dlaczego?

ŁO: W żadnym razie nie walczę o czytelnictwo, tak samo jak nie walczę z globalnym ociepleniem albo o pokój na świecie. jedynym rodzajem walki, jaki mogę podjąć jest walka prywatna, obronna, między mną a jakimś człowiekiem, związanym z instytucją albo i nie. Po pierwsze, nie ma tu tożsamości interesów. Powiem więcej, obserwuję wzrost zainteresowania moją osobą przy jednoczesnym spadku czytelnictwa. Mówiąc nieco poważniej, jestem od pisania, a nie od walczenia. Jeśli ludzie przestaną czytać moje książki, będzie mi bardzo smutno, ale jakoś sobie poradzę. Po prostu zajmę się czymś innym. nawet nie wiem co, jako autor, mógłbym zrobić, by walczyć o wzrost czytelnictwa. Mam zaczepiać przechodniów? wyrywać im smartfony i wpychać książki w dłonie? Problem w tym, że książka jest, biorąc z grubsza, najdroższym dobrem kulturowym. W Spotify mam tyle muzyki ile chcę za 20 pln miesięcznie, filmy dodawane są do gazet, zresztą można wykupić sobie abonament w Netflixie i cieszyć się kinem do woli. Tymczasem nowa książka polskiego autora kosztuje przynajmniej czterdzieści złotych, czyli dwa miesiące we wspomnianym Spotify. Oczywiście, rynek anglojęzyczny wygląda zupełnie inaczej, klasyka literatury jest dostępna za darmo, bądź za centa. Bo ludzie chcą czytać, tylko książka raptem stała się dobrem luksusowym.

JN: Piszesz, że jesteś od pisania, a nie walczenia. Dla mnie w pewnym sensie, że to, że piszesz dobre książki, to najważniejsze, co możesz robić. Zgadzam się, że mamy problem z ceną. Ponad dziesięć lat temu pracowałem w Dublinie przy remoncie kamienicy, stawka minimalna – po niecałych dwóch godzinach pracy mogłem sobie kupić książkę. W podobnym czasie dorabiałem w Polsce za naszą stawkę minimalną i potrzebowałem w zasadzie całego dnia, by na książkę zarobić. Lat nieco minęło, ale problem pozostał.

orb3 orb4

Wrócę jednak do pytania, a w zasadzie doprecyzuję je. Nie chodziło mi o Twoją osobistą walkę, a raczej o jakieś ogólne wysiłki. Czy według Ciebie warto promować czytanie albo w ogóle kulturę? Czy są to raczej „byty”, które lepiej pozostawić samym sobie?

ŁO: Oczywiście, że należy promować, tylko nie mam pojęcia jak to zrobić. Wszelkie akcje promujące czytelnictwo nawet mnie nie złoszczą. Czuję się raczej zawstydzony i mam nadzieję, że nigdy nie zobaczę żadnej swojej książki w czymś na kształt „nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”. ta akurat była wyjątkowo kretyńska, ale wszelkie takie akcje mają w sobie sporo niezborności. Kojarzą mi się z namawianiem dzieci do picia mleka albo tranu. Nie mam pojęcia co mógłbym poradzić, więc spróbuję na szybko. Nie można promować kultury jako takiej. Ani literatury we wszystkich jej przejawach. Mówi się, że literatura dzieli się na dobrą i złą, zgoda, lecz to kryterium wydaje się nazbyt szerokie. Popatrz. oddolnie udało się wypromować kryminał i fantastykę. Z tego doświadczenia można czerpać, szukać zjawisk literackich, czy nawet autorów i ich wpychać czytelnikowi. Osobną kwestią jest kto miałby to robić, zaś moja wiara we wszelkie instytucje jest niska.

Coś jeszcze. Wiele zależy od dostępności. Ludzie chcą wszystkiego natychmiast. Należy wyjść temu naprzeciw. Po prostu.

JN: Według mnie instytucje powinny inicjować i wspierać, ale samą „robotą” powinny zająć się osoby naturalnie związane z czytelnictwem. Zdecydowanie trzeba iść z duchem czasu i unikać dalszego polaryzowania. Czasem mam wrażenie, że czytający mają nieczytających za wrogów.

orb8


Ciąg dalszy nastąpi, a w nim sztuczna inteligencja, Afryka i Ewangelia.

Musiałby znaleźć jakąś odpowiedź, a nawet nie znał właściwego pytania. więcej [Łukasz Orbitowski, Szczęśliwa ziemia]

Poprzedni

Miałem, tak samo jak ty, miasto moje, czyli „Inna Dusza” Łukasza Orbitowskiego

Następny

Pocztówki od hewry, czyli „Śmierć frajerom” Grzegorza Kalinowskiego

Komentarzy: 14

  1. nie jestem przekonana, czy trzeba mieć czytelnika za przyjaciela,ale niezbywalny jest szacunek…

  2. 5000lib – ilu autorów, tyle podejść do czytelnika – taka jest moja opinia 🙂 W każdym bądź razie dobrze wiedzieć, jak podchodzi do tej kwestii pan Orbitowski.

    A odnosząc się do samego wywiadu, to bardziej użyłbym tutaj słowa „dyskusja” albo „dialog”. Zdecydowanie nie ograniczyłeś się wyłącznie do zadawania kolejnych pytań – bardziej postanowiłeś wciągnąć rozmówcę w wymianę poglądów na temat interesujących Cię zagadnień. Podoba mi się taka forma 🙂

    P.S. Trochę wstyd się przyznać, ale jak dotąd pana Orbitowskiego znam głównie ze słyszenia. Nie miałem okazji obcować z żadną z jego książek, a tych jest już na rynku czytelniczym całkiem sporo. W najbliższym czasie wybieram się na obchód miejscowych bibliotek – bardzo jestem ciekaw, czy w którejkolwiek z nich uda mi się znaleźć którąś z pozycji autorstwa pana Orbitowskiego.

    • pozeracz

      A dziękuję. Jest ze mnie chyba zbyt ciekawski czytelnik, żeby ograniczyć się do pytań króciutkich i zwięzłych. W drugiej części wywiadu będzie tego nawet więcej.

      A co do „peesa” = sam mam wielu takich autorów/ek. Nasłuchałem się wiele dobrego, od dawna chcę przeczytać, ale jakoś i tak mi nie po drodze. Życzę szczęścia w bibliotecznych poszukiwaniach.

    • Jasne, że tak.
      Napisałam o swoich teraźniejszych preferencjach, to znaczy, optowaniem za różnorodnością.
      Też p. Orbitowskiego znam ze słyszenia.

  3. Początek rozmowy wcale, wcale… Czekam na więcej 🙂

    Przy okazji – wiesz, jesteś trochę uciążliwy, no jak wyrzut sumienia, dobrze przeczytam w końcu „Inną duszę” 😉
    Jeżeli komuś właśnie wyszły oczy z nomen omen orbit, to wyjaśniam. Jeżeli bydgoszczanin (z urodzenia) podsuwa bydgoszczaninowi (z urodzenia i zamieszkania) książkę z Bydgoszczą w tle (i to drugi raz) to nie ma co się zastanawiać, prawda? 🙂

    • pozeracz

      Taką uciążliwość u siebie mogę tolerować. Bydgoszcz nie ma za bardzo szczęścia do bytności literackiej. Niedawno dowiedziałem się o kryminale retro i choć ten podgatunek średnio mnie kręci, to pewnie z czasem sięgnę i po niego.

    • Tak, też coś słyszałem o jakimś kryminale i to też nie bardzo moja bajka, ale…
      Bo tak naprawdę to co mamy? „Most Królowej Jadwigi” Sulimy-Kamińskiego?
      A nasz bydgoski pech to chyba jakaś klątwa – jak już się nam trafił pisarz science fiction z najwyższej półki (Wiktor Żwikiewicz) to mu się potem coś porobiło 🙁

      • pozeracz

        Historia Żwikiewicza to smutna historia, która dobitnie pokazuje, że czasem talent/sztuka to nie wszystko, a życie potrafi kopnąć między oczy.

        A co do Bydgoszczy – niestety, nic na razie nie wskazuje, by ten trend miał się zmienić.

  4. Kruku, niektórzy mówią, do trzech razy sztuka.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén