Przyznam się, że przez krótką chwilę zastanawiałem się, czy nie przerzucić pisania o tej serii na facebookowy profil Pożeracza, ale szybko mi przeszło. Mimo wszystko uważam, że pełna recenzja zwiększa szansę, że sięgnie po nie więcej osób. Co ciekawe, argument za migracją był też dowodem mej admiracji — w przeciągu roku przeczytałem bowiem trzy części. Ale jakże czynić inaczej, gdy to takie dobre, a w dodatku jest się w Londynie? Oto Prawdziwe tygrysy.

prawdziwe tygrysy

Catherine Standish, jedna z odrzuconych zesłanych do Slough Rouse, pracowała w Regent’s Park wystarczająco długo, aby wiedzieć, co to zdrada, podwójna gra i wbijanie noża w plecy. Zna też Jacksona Lamba zna na tyle długo, aby wiedzieć, że stare grzechy rzucają długie cienie. Wie również, że w życiu szpiegów (nawet tych na bocznicy) nie ma czegoś takiego jak przypadkowe spotkania. Nie wie jednak, dlaczego ktoś miałby wziąć na cel akurat ją. Zdaje sobie tylko sprawę, że jej porwanie to nie sprawa osobista. Musi więc chodzić o Slough House, a więc i Jacksona Lamba, o którym można powiedzieć wiele (i większość będzie niepochlebna), ale swoich nie zostawia nigdy.

Nie jestem specjalistą od powieści szpiegowskich, więc nie mogę z żadną dozą pewności stwierdzić, że ujęcie tego gatunku przez Micka Herrona jest oryginalne, ale na pewno ma ono specyficzny koloryt. Prawdziwe tygrysy nie stanowi tu żadnego odchylenia, jest to raczej pogłębienie i rozwinięcie wizji Anglika. Tym razem wpędza niekoniecznie uradowanych bywalców Slough House w zespół w kolejną mętną konfrontację, ale tym razem wszystko ma jeszcze mniej do czynienia z klasycznym szpiegostwem, a dużo więcej z biurokratycznymi rozgrywkami wewnątrz MI5. Autor buduje napięcie poprzez naprzemienne ukazywanie losów Catherine w niewoli oraz gorączkowych, często chaotycznych prób działania ze strony kulawych. Dzięki temu w narracji nie brak napięcia, a Jackson Lamb dodatkowo zapewnia pożywkę z czarnego humoru. Może nie do końca da się całość określić satyrą na pewne instytucje, ale kilka szpilek znaleźć tu można.

prawdziwe tygrysy

Trzeba w końcu wizualnie zapoznać się z tym panem

Wyróżnikiem trzeciego tomu serii jest wspomniane skoncentrowanie na brudnych rozgrywkach wewnątrz świata wywiadu. Zamiast korzystać z międzynarodowych spisków czy spektakularnych akcji Herron buduje napięcie poprzez dezinformację, ukryte zamiary i kreowanie braku zaufania do tych po własnej stronie. Porwanie staje się katalizatorem ujawniającym pęknięcia w MI5 i okolicach — nie ma tam żadnego monolitu, a niewyrażona na głos acz nieustająca walka o wpływy i dowodzenie. Jeśli chodzi o samą narrację, to zwroty akcji są przekonujące, ponieważ wynikają z motywacji bohaterów, a nie z na siłę wtłaczanych zaskoczeń. Autor pokazuje, jak drobne decyzje — oportunistyczne kompromisy, osobiste urazy, wyrachowane milczenie — mogą prowadzić do konsekwencji o wadze życia i śmierci.

Prawdziwe tygrysy zachowały też inną kluczową cechę: największą zaletą pozostaje kreacja postaci. Prym wiedzie tu oczywiście Jackson Lamb, czyli jedna z najbardziej wyrazistych figur literatury gatunkowe. Niechlujny, wulgarny i przez niezorientowanych niedoceniany, a zarazem przenikliwie inteligentny i na swój sposób lojalny. Catherine Standish, stanowiąca emocjonalny rdzeń Slough House, zostaje tu ukazana w sytuacji niejako granicznej, jej charakter zostaje sprawdzony pod presją. Nawet postacie drugoplanowe — od pozostałych podwładnych po różnego autoramentu funkcjonariuszy z centrali — zostały nakreślone oszczędnie, lecz sugestywnie. Jedynym minusem jest póki co mniejsza wyrazistość nowomianowanych kulawych koni. Ważne jest także to, że Herron potrafi uczynić porażkę fascynującą: zawodowe słabości bohaterów stają się źródłem zarówno napięcia, jak i człowieczeństwa. Tutaj fabuła trzyma w napięciu, lecz to właśnie niedoskonali, znakomicie sportretowani ludzie sprawiają, że zagrożenie wydaje się realne.

mick herron

Prawdziwe tygrysy to podtrzymanie świetnej formy przez Micka Herrona. Umiejętnie prowadzona fabuła, wprawnie budowane poczucie zagrożenia i nadal świetna kreacja postaci czynią z trzeciego tomu Slough House kolejny szpiegowski majstersztyk. Ciekawe, jak długo wytrzymam nim czytelniczo rzucę się na część następną…

To przecież żadna nowość, że przysmaki dla rozpieszczanych uzyskuje się brutalnymi metodami. Według wszystkich cywilizowanych standardów to właśnie powinno być miara luksusu – bogactwo nic nie znaczyło, jeśli nie wynikało z czyjegoś cierpienia.