Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Fragmentaryczna samozwrotność, czyli „Druga jesień” Wiktora Żwikiewicza

Nie będę tu się rozwodził na skomplikowanym żywotem Wiktora Żwikiewicza i jego ostatnimi perypetiami – zainteresowani niech zajrzą na profile Lapsus Calami albo do tego artykułu z Dużego Formatu. Dla tego wpisu dużo ważniejsze jest to, że całkiem niedawno zachwyciłem się żwikiewiczowym Imago, więc nic dziwnego, że przyszła pora na powieściowy debiut bydgoskiego autora, czyli Drugą jesień. Oczekiwania, z którymi rozpoczynałem lekturę, nie zostały zawiedzione. Tym razem jednak tak lektura, jak i pisanie recenzji stanowiły dużo większe wyzwanie.

5aa5933eec91f550aa809e0b7ce7b071

Druga jesień jest jedną z tych powieści, których okładkowe streszczenie mówi jednocześnie za dużo i niemal nic o samej powieści. Opis ten krótki niepotrzebnie podpowiada czytelnikowi, że ma do czynienia z historią inwazji obcej rasy na Ziemię i do tego inwazji nie przez zmasowany atak a przez biologiczną transformację ziemskiego ekosystemu . Tekst postanowiłem ukryć, by dać Wam wybór – może nie jest to drastycznie zaskakujący zwrot, ale jednak wszystko klaruje się (choćby pozornie) w drugiej części książki. Z początku książka zaś przybiera formą fragmentarycznego zapisu szybko postępujących zmian klimatu i roślinności na Ziemi. Relacja ta składa się głównie z wycinków prasowych i pierwszoosobowych relacji różnych osób. Różne zmiany, różne hipotezy, a pośród tego skonfundowany czytelnik.

Fragmentaryczność i skonfundowanie to dwa kluczowe słowa dla niniejszej recenzji. O ile lektura Imago była często wymagająca na poziomie językowym, to w przypadku Drugiej jesieni dochodzą trudności strukturalne. Mnogość punktów widzenia, ciekawych drobiazgów i biologiczna szczegółowość czynią tę powieść niełatwą w odbiorze. Sprawia to, że trzeba do niej podejść z odpowiednim nastawieniem, a i wtedy zapewne łatwo się odbić. Ja mam słabość do strukturalnych zabaw i lektur wymagających, ale wiele osób może uznać narrację za sztucznie i niepotrzebnie zagmatwaną. Choć z drugiej strony osoby szukające prostej rozrywki i szybkiego literackiego spełnienia raczej po Żwikiewicza nie sięgną. Wracając jednak do sedna – w tym debiucie nie tylko brak narracyjnego spoiwa w postaci jakiekolwiek powracającego lub nadrzędnego narratora, ale nie brak w nim elementów metatekstualnych. Wszystko co „meta” to rozczulająca Qbusia rozrywka na wyższym poziomie, którą jednak trudno wprowadzić bez uciekania się do banału. Tu banału nie ma, jest zaś interpretacyjna zagwozdka dla czytelnika. Fragmenty przedstawiające perspektywę autora są bowiem przewrotnym komentarzem nie tylko do pisarstwa w ogóle, ale i samej Drugiej jesieni.

3290f563f6680793a9c8efa6678d6c92

Niezależnie od konstrukcyjnych zawiłości, w Drugiej jesieni widać pisarski kunszt Żwikiewicza. Fraza tego autora może nie brzmi zbyt współcześnie, ale i tu niezwykle mocno stymuluje wizualnie. Opisy bydgoszczanina są niezwykle plastyczne – mam wrażenie, że pisząc niektórych z nich autor musiał mieć przed oczami wyobraźni konkretny obraz. Aż szkoda się robi, że nikt nie wziął się za porządne zilustrowanie tych powieści, gdyż nawet takiemu beztalenciu artystycznemu jak niżej podpisany nietrudno „zobaczyć” sceny językiem przez Żwikiewicza odmalowane. Nie powstrzymam się od zacytowania…

Krążek ledwie wystającego słońca majaczył w niezwykłym zarzewiu, powoli rozchylał coraz wyższe partie mgieł, które sinymi pasami ciążyły w dół, spowijały szczelnie linię horyzontu wyczuwalną jedynie za pośrednictwem zmysłu równowagi wyznaczającego poziom. W mlecznym roztoczu tylko wylupiaste oko słońca spoglądało plamą nabiegłą krwią.

Świetnie wypadają też opisy przeróżnych roślinnych i zwierzęcych aberracji. Fragmentaryczna narracja, szczątkowe doniesienia o tajemniczych wypadkach i kilka przerażających scen niezwykle skutecznie budują napięcie. Czytelnik postawiony zostaje w sytuacji większości ludzkości z wykreowanego świata – docierają do niego szczątkowe informacje, ale dobitnie wyczuwa, że „jakiś potwór tu nachodzi”. Powieść ta jest także dowodem na to, że czasem wystarczy kilka informacyjnych okruszków, by wykreować ciekawy świat. Druga jesień toczy się prawdopodobnie w przyszłości niezbyt odległej, lecz ciekawie różnej od naszej. Przykładowo: standardową karą dla terrorystów ujętych w trakcie lotu jest wyrzucenie ich z samolotu – bez spadochronu, oczywiście. Nie zmieniło się zaś jedno – spektrum ludzkich reakcji na katastrofę. Mnogość fragmentów pozwala Żwikiewiczowi ukazać różnorodność tych psychologicznych odpowiedzi – od zaprzeczenia, przez obśmianie aż po błyskawiczne dostosowanie się.

zd

Muszę przyznać się przewrotnie, że cieszę się, że Wiktor Żwikiewicz zgubił pierwszy maszynopis Drugiej jesieni, w którym to fabuła liniowo prowadzona była. Taka powieść byłaby zapewne dużo bardziej atrakcyjna na mitycznego „przeciętnego odbiorcy”, ale – według mnie – straciłaby wtedy na literackiej atrakcyjności. Pełen jestem podziwu dla autorskich wyborów dla powieściowego debiutu (nawet podwojonego) oraz pełen poczucia niedostatku względem swoich kompetencji w zakresie dawnego polskiego SF. Wiem, że nie każdemu Druga jesień się spodoba, ale wiem, że dużo straci ten, kto choć sił nie spróbuje.

Przyszły ciepłe wiatry mołdawskie, nadciągnęła ta ogromna żółta monotonia, to słodkie, jałowe wianie z południa. Jesień nie chciała się skończyć. Jak bańki mydlane wstawały dni coraz piękniejsze i eteryczniejsze i każdy wydawał się tak do ostatnich granic wyszlachetniony, że każda chwila trwania była cudem przedłużonym nad miarę i niemal bolesnym.

[Bruno Schulz, Druga jesień]

Poprzedni

Emancypujący się i walczący, czyli „Wte i wewte. Z tłumaczami o przekładach” Adama Pluszki

Następny

Nie wyważaj drzwi otwartych na oścież, czyli kilka refleksji związanych z akcją Czytaj PL

Komentarzy: 2

  1. Dziękuję 🙂
    Za cytat z Schulza też 🙂

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén