Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Nieznana, a szkoda: Harriet McDougal

Światem książkowym rządzą autorzy. Prawda to niezaprzeczalna i w sumie nie ma w tym nic dziwnego. Ale przecież w procesie wydawniczym bierze udział całe mnóstwo osób, które jednak w większości pozostają nieznane. Są, jak to zwykle bywa, wyjątki: znani tłumacze, rysownicy, autorzy okładek, a nawet i szefowie wydawnictw.  Są jednak dwie grupy, o których przedstawicielach nie słyszy się niemal wcale: redaktorzy i korektorzy. Jeśli chodzi o tę pierwszą grupę, to w USA nieco powodzenia mają tuzowie pokroju Gardnera Dozois, ale ten znany jest raczej jako redaktor znanych antologii podpisywany na okładce. Któż jednak słyszał o Harriet McDougal?

mcdougal photo

Przypuszczam, że rękę podnieść mogą zagorzali fani serii Koło czasu i Roberta Jordana czy Brandona Sandersona albo też osoby kompleksowo otrzaskane z fantastyką w ogóle.  Ja sam przyznam się, że o dorobku tej redaktorki dowiedziałem się dopiero z pewnego nietypowego wywiadu z Sandersonem właśnie. Czytałem trzy pierwsze tomy Koła czasu, uwielbiam Grę Endera, od dawna przymierzam się do Kronik Czarnej Kompanii, a Archiwum burzowego światła to jedna z moich ulubionych współczesnych serii fantasy. I co z tego? I nic. Dopiero dzięki wywiadowi i historii tego, jak to Brandon Sanderson został naznaczony na dokończyciela Koła czasu po śmierci Roberta Jordana. Ale o tym za chwil parę. Najpierw kilka szczegółów o samej redaktorce.

Harriet Stoney Popham urodziła się w 4 sierpnia 1939 roku w Charlestron, w Południowej Karolinie. Tak w ramach rodzicielskich ciekawostek dodam jedynie, że jej ojciec służył w stopniu kontradmirała w marynarce wojennej Stanów Zjednoczonych. Harriet uczęszczała do dziewczęcej szkoły w Charleston, Ashley Hall, którą to ukończyła z wyróżnieniem i została określona jako ta, która „najbardziej wzbogaciła ducha i ogólne bogactwo Ashley Hall i najlepiej reprezentuje ducha szkoły„. Studia zaczęła w Wellesley College na kierunku stosunki międzynarodowe, ale z czasem przeniosła się do Radcfliffe College (żeńska przybudówka Harvardu) i tam wybiera już jedyny słuszny kierunek: angielski. Pominę tu szczegóły matrymonialne i ograniczę się do stwierdzenia, że studiach mieszkała w Nowym Jorku, gdzie poznała pierwszego męża, a po rozwodzie z tymże wróciła do Charleston. W międzyczasie pracowała już w kilku wydawnictwach i miała na koncie ciekawe przedsięwzięcia: negocjowała przejęcie praw do Hagara Straszliwego dla wydawnictwa Tempo, a w Harcourt Brace pracowała nad pierwszym w historii podręcznikiem science fiction i fantasy.

okładki koło czasu

To po powrocie do Charleston poznała (w lokalnej księgarni, a jakże) drugiego męża, Jamese Rigneya, i wydała jego pierwszą książkę. James Rigney wybrał zaś sobie pseudonim Robert Jordan. I tu pora na skok w smutną przyszłość. Część z Was zapewne wie, że Jordan zostawił rozbudowane informacje dotyczące tego, jak ma się skończyć Koło czasu. Pozostała jedynie kluczowa kwestia wyboru autora, który ma to zrobić. Sanderson nie zgłaszał się ani też nawet specjalnie o tym nie myślał, ale pewnego dnia odkrył na automatycznej sekretarce wiadomość właśnie od Harriet McDougal. Autor wspomina, że do dziś żona pół żartem, pół serio wypomina mu, że przed telefonem zwrotnym był bardziej nerwowy niż w dniu ich wesela. W rozmowie Sanderson wyraził chęć, a po pewnym czasie na namysł McDougal na to przystała. A cóż zadecydowało o takim akurat wyborze? Okazuje się, że krótko po pogrzebie ktoś przekazał redaktorce wydrukowany tekst Sandersona, w którym pisał, ile Jordan znaczył dla niego i jego twórczości. Wdowa poprosiła o jakąś jego książkę i tak to poszło.

Brandon Sanderson był w ciężkim szoku po odsłuchaniu wspomnianej wiadomości nie tylko dlatego, że dzwoniła do niego wdowa po Jordanie, ale dla tego, że znał ją redaktorkę książek autora Koła Czasu oraz takich powieści jak Gra Endera czy Kroniki Czarnej Kompanii. Później zaś pracowała też z Sandersonem nad Drogą królów. Internet jest przebogatym źródłem informacji i można wyszukać całe tony artykułów o kontynuowaniu Koła Czasu, o pozwie związanych z katastrofalnym serialem czy też nagrodach przyznanych Harriet za działalność redaktorska czy charytatywną. Symptomatyczne jest jednak to, że me google-fu nie pozwoliło mi znaleźć żadnej listy czy bazy, która wskazałaby wszystkie książki, nad którymi pracowała. Tu wywiad z Sandersonem, tam ogólnikowy artykuł na Wikipedii powielany tu i ówdzie, tam wspomnienie niejakiego W.C. Jamesona, że była jego redaktorką i takie drobiazgi. Wychodzi na to, że redaktorzy skazani są na zapomnienie, a pocieszeniem pozostaje jedynie to, że niektórzy pisarze zdają się traktować ich z szacunkiem  i sympatią.

Na koniec proszę o szczere przyznanie się: kto przed przeczytaniem tego wpisu słyszał w ogóle o Harriet McDougal? Pod wczorajszą facebookową podpowiedzią nikt się nie pochwalił. Wiem, że niektóre osoby odwiedzające bloga parają się szlachetną profesją redaktorską, więc chętnie poznam ich zdanie na temat ogólnej kondycji i „zauważalności” ich zawodu. Ciekaw też jestem, czy znacie inne przykłady zasłużonych a zapomnianych redaktorek i redaktorów. Zaś osobom lubiącym Brandona Sandersona lub chcących poznać kilka ciekawostek o pisaniu i światku wydawniczym, polecam mocno podlinkowany wcześniej wywiad. Sanderson okazuje się bowiem być niezwykle sympatycznym, down-to-earth gościem, który robi to, co lubi, a do tego zaskakująco dużo wie o grach, YouTube i innych takich.

Od tego, co być powinno, do tego, co jest, żadnego mostu nie wybudujesz [Robert Jordan, Smok odrodzony]

Poprzedni

Zwyżka w ciemności, czyli „Pośród cieni” Agnieszki Hałas

Następny

Fantastyka, młodzież i przygoda, czyli „K jak Kosmos” Raya Bradbury’ego

Komentarzy: 19

  1. Redaktor znany szerzej z nazwiska to rzadki okaz, w Polsce Irena Szymańska, redaktorka-instytucja, na dodatek autorka znakomitych wspomnień, które polecam uwadze.
    O kondycji zawodu wyrażał się nie będę, bo mię szlag mógłby na miejscu trafić.

  2. Beatrycze

    Gdy zobaczyłam nazwisko, wiedziałam, że skądś je znam – prawdopodobnie z informacji na temat kończenia Koła Czasu.

    Z redaktorów: kojarzę tych, którzy wydawali antologie „the best of” – choć po prawdzie zajęli się nimi dlatego, że byli rozpoznawalni jako redaktorzy: Hartwell i Wollheim.

    Pisarze nierzadko też dziękowali niejakiej Ellen Datlow.

    • pozeracz

      Właśnie, w USA redaktorzy mają jeszcze instytucję antologii. Dzięki temu umieszczani są na okładkach i są bardziej zauważalni. Pewnie jakąś rolę odgrywa też bardziej prężna infrastruktura fandomowo-konwentowa oraz rozliczność kursów creative writing.

  3. O, w ogóle świetny pomysł na wpisy – redaktorzy, korektorzy i tłumacze to takie szare eminencje świata literackiego. Liczę na ciąg dalszy.;)

    Z kolei ciekawe, czy praca redaktora w Stanach rożni się jakoś od tej w Polsce (poza wynagrodzeniem,oczywiście).

    • pozeracz

      W Stanach jest chyba właśnie ta różnica, że tam tworzy się antologie i redaktorzy udzielają im swojego nazwiska. Choć pewnie tych znanych pod tym kątem nie ma wielu. Do tego dochodzi dużo dłuższa i bardziej rozbudowana tradycja fandomu i czasopism.

  4. Nazwisko gdzieś się w głowie kołatało przez „sławetne namaszczenie” Sandersona. Natomiast o samych redaktorach to raczej mało słychać i przyznam szczerze, że sama nie zwracam jakoś na nich uwagi.

    • pozeracz

      Mało kto chyba przegląda książkę pod kątem redaktora. A już zwłaszcza tego oryginalnego. Ale ciekawie jest się dowiedzieć, że jest jedna osoba, która stoi za niektórymi z ulubionych dzieł. I to, z tego co mówił Sanderson, ona w zasadzie „odkryła” np. Carda i wyciągnęła „Gre Endera”.

  5. Od pewnego czasu z cienia wychodzą tłumacze – może za niedługo głośniej zacznie mówić się także o redaktorach. Tym bardziej, że czytając współcześnie wydane książki widać jak na dłoni, iż takowych brakuje.

    • pozeracz

      Rzeczywiście, tłumacze ostatnio nieco zyskali na statusie, zwłaszcza za sprawą niektórych wydawnictw (np. Karakter i ich okładki). O ile dobrze pamiętam, to nie spodobało się to zjawisko panu Pilchowi, który wyraził to w niezbyt miłych słowach, ale nie mogę teraz za nich odnaleźć cytatu. Poszperam jeszcze.

      • Czekam zatem na szczegóły, bowiem nie znam tematu, a szczerze ciekawi mnie, czego złego mógł się doszukać Pilch w honorowaniu trudu tłumaczy.

        • pozeracz

          Nie ustaję w poszukiwaniach, ale brak rezultatów sprawia, że zaczynam wątpić w to, czy był to Pilch. Ech, zawodna pamięć.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén