Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Przyszłość ciemna jak wino, czyli „Ilion” Dana Simmonsa

Moja czytelnicza znajomość z Danem Simmonsem rozpoczęła się od bezkrytycznych zachwytów nad Hyperionem, przeszła przez rozczarowanie Trupią otuchą, a ostatnio dotarła do już nie tak bezkrytycznych pochwał dla Terroru. Od zauroczenia, przez rozczarowanie aż po stabilizację – niczym związek z prawdziwego zdarzenia. Po Ilion zapewne sięgnąłbym i bez tego zaplecza, gdyż jak tu oprzeć się niemal hard-sf z nawiązaniami do Homera i Szekspira, Prousta i Nabokova? Opór nie miał najmniejszego sensu. Pokusie więc uległem, a gdzie mnie to powiodło, relacjonuję poniżej.


Olympus Mons, najwyższa znana góra w Układzie Słonecznym, staje się punktem centralnym wydarzeń przełomowych dla historii (post)ludzkości. Na szczycie wulkanu siedzibę swa moją bogowie, którym przewodzi wszechpotężny Zeus. Przez tysiące lat bogowie i boginie nie wyzbyły się zawiści ni przebiegłości i ciągle knują przeciw sobie oraz mieszają się w życia śmiertelników. Ku ich uciesze na Marsie ponownie odbywa się wojna trojańska, którą obserwują przywołani z odległej przeszłości akademicy, w tym Thomas Hockenberry. Ten amerykański specjalista od Iliady nie pamięta swej przeszłości, ale wie, że stał się pionkiem w rozgrywkach bogów. Ku boskiej górze zmierza też ekspedycja z Jowisza – kwantowa aktywność na powierzchni Czerwonej Planety może doprowadzić do kosmicznej katastrofy, więc rozumne maszyny zamieszkujące okolice gazowego olbrzyma postanawiają interweniować. Na Ziemi zaś resztkowa populacja żyje w ignorancji, technologicznym zacofaniu i nieświadomości bogatej przeszłości.

Trzy osobne wątki, skomplikowane machinacje kwantowe i liczne odniesienia do klasyki literatury – te części składowe to przepis, który wielu autorów przerobiłoby zapewne na wielostronicową katastrofę. Dan Simmons lubuje się jednak tak w rozdzielaniu wątków, jak i aluzjach literackich (w końcu Hyperion czerpie z Keatsa i Opowieści kanterberyjskich, a Drood z Dickensa), więc nie będzie wielkim zaskoczeniem, że udało mu się stworzyć dzieło imponujące, choć nie doskonałe. Głównymi zaletami jest bogactwo i oryginalność światotwórstwa oraz przeplatanie motywów i wątków. Trzy punkty widzenia są początkowo ze sobą niezwiązane i tak różne, że tym bardziej przyciągają czytelnika oczekującego na ich niechybne splątanie. Autor skutecznie manipuluje oczekiwaniami czytelników, zręcznie zmieniając punkty widzenia, kończąc wiele rozdziałów małymi cliffhangerami oraz racząc odbiorcę solidną dawką zwrotów akcji. Jednocześnie zarówno tempo akcji jak i regularność zdradzania informacji ważnych dla fabuły sprawia, że czytelnik musi cały czas utrzymywać stan wysokiego skupienia. Nawet i wtedy niektóre koncepty wprawiają w osłupienie. Trzeba jednak przyznać, że jest tu nieco założeń i pomysłów, które trzeba przyjąć po prostu, gdyż wyjaśnienia odautorskie sprawiają wrażenie naukowego pustosłowia. Rozczarowuje natomiast zakończenie, które przenosi rozwiązanie zdecydowanie zbyt wielu wątków na drugi tom. Tom pierwszy sam w sobie zachęca do sięgnięcia po Olimp, przesadny i prosty cliffhanger potrzebny tu nie był.

Jednoznacznie pozytywnie nie można natomiast ocenić postaci wykreowanych przez Simmonsa. Część z nich budzi mieszane odczucia, ale jednocześnie trudno im odmówić niedopasowania do fabuły. Innymi słowy: dobrze spełniają swe zadania fabularne, ale jednocześnie nie budzą zbyt intensywnych uczuć. Hockenberry, naukowiec wyciągnięty z naszych czasów, powinien być postacią, z którą najłatwiej się nam identyfikować, lecz przez sporą część fabuły sprawia wrażenie bezwolnego instrumentu autora. Daleko mu do czynów heroicznych, a w dodatku w pewnym momencie dopuszcza się haniebnych czynów bliskich temu, za co krytykował homeryckich herosów. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że tak właśnie (czasem tchórzliwie, czasem desperacko) zachowywałby się „zwykły” doktor nauk humanistycznych. Podobnie Hanna i Daeman, dwójka bohaterów ze zdegenerowanej Ziemi. Są oni nieodrodnymi reprezentantami populacji, która nie zastanawia się w ogóle, dlaczego coś działa, skąd wzięły się cudownie działające maszyny, dla której czytanie to relikt, a mapa to tajemniczy artefakt. Jest to, nie przebierając w słowach, grupa wybitnie zidiociała. Hanna przejawia jeszcze jako takie ambicje, ale już Daeman zaczyna myśleć tylko wtedy, gdy nie ma innego wyjścia. Na całe szczęście w ich grupie są jeszcze Harman i Ada, gdyż bez tego wątek ten byłby ciekawy tylko ze względu na odkrywanie losów Ziemi. Dużo lepiej wypadają postaci w pewnym sensie egzotyczne – w zasadzie im bardziej obco, tym lepiej. Para morawców, samodzielnych maszyn obdarzonych inteligencją, dyskutujących o Szekspirze i Prouście czy też bóstwa i herosi pełni słabości, przechodzący płynnie od heroizmu do niewyobrażalnego wręcz okrucieństwa.

Tak nieco na marginesie i w tle kąskiem dla wielu (w tym i autora niniejszej recenzji) będzie na pewno bogactwo literackich odniesień. Podstawą jest oczywiście Iliada, którą Simmons wykorzystuje do swoich celów, ale też uczłowiecza (podobnie jak niedawno, choć w innym kontekście, Wit Szostak). Achilles i Hektor pozostają nieludzko sprawni dzięki interwencji bogów, lecz przyjrzenie im się z bliska pozwala zmienić perspektywę na dzieło Homera. Mam bowiem wrażenie, że Iliada bywa podziwiana w sposób głównie akademicki, a morze krwi w niej przelane i bestialstwo konfliktów nie budzą większych emocji. Efekt przybliżenia jest możliwy nie tylko dzięki licznym dialogom ze znanymi postaciami, ale też zręcznej, delikatnej stylizacji doprawionej dosadnym językiem potocznym. Dużo bardziej wybiórczo potraktowana zostaje Burza Szekspira, ale z kolei w pełni stylizowany (i niezrównoważony) Kaliban jest jedną z najciekawszych postaci w powieści. Na uważnych i oczytanych czeka jeszcze więcej smaczków. Nabokov, Wells, Proust – dla każdego coś miłego.

Ilion Dana Simmonsa to powieść, która robi bardzo duże wrażenie, ale nie jest pozbawiona wad. Częściowo irytujące postaci, trochę naukowego „tak, bo tak” oraz rozczarowujące zakończenie psują nieco efekt końcowy. Z drugiej strony przebogate światotwórstwo, oryginalne wykorzystanie klasyki literatury oraz sprawne żonglowanie punktami widzenia sprawiają, że jest to lektura warta poświęconego jej czasu i uwagi. Ujmując rzecz bardzo prosto: Amerykanin potrafi szybko i skutecznie wciągnąć czytelnika w swą opowieść. Na pewno sięgnę po Olimp, ale chwilowo mam chyba większą ochotę na poznanie dalszych losów Shrike’a.

Gniew, bogini, opiewaj Achilla, syna Peleusa…

Poprzedni

Typek spod ciemnego znaku, czyli wywiad z Keithem Houstonem

Następny

Alternatywny etno-clockwork-punk, czyli wywiad z Michałem Cetnarowskim (część 1)

Komentarzy: 13

  1. Musimy przyznać, że „Ilion” Simmonsa to wybuchowa mieszanka… wszystkiego, co tylko może zainteresować czytelnika. Oryginalny świat wraz z niemniej oryginalną historią, zaskakujące wykorzystanie klasyki literatury i wiele, wiele więcej. Nam ciężko było się oderwać. 🙂 Świetna recenzja!

    • pozeracz

      Dziękuję serdecznie. Simmons zdecydowanie umie wprawić w osłupienie. Jest chyba jednym z tych autorów, których pomysły „na sucho” wydają się niedorzeczne („jak to wojna trojańska na Marsie?!”), ale przelane na papier pochłaniają czytelnika.

  2. Dan Simmons to jeden z wielu moich literackich wyrzutów sumienia – o twórczości tego pana czytałem bardzo, bardzo dużo, ale jak dotąd po nic jeszcze nie sięgnąłem. Omawiana pozycja doskonale uzmysławia jak wiele tracę przez dotychczasowe pomijanie płodów tego pana. Sam zarys fabuły jest powalający – poraża mnie koncept, który tak znakomicie splata przeszłość z przyszłością. Książki kusi ogromnie, nawet mimo tych wypunktowanych niedociągnięć.

    P.S. „Ku ich uciesze Mars ponownie odbywa się wojna trojańska” – coś tu zgrzyta 😉

    • pozeracz

      Błąd poprawiony – typowy przypadek zmiany pomysłu na zdanie w jego połowie bez poprawienia początku.

      Nie wiem, czy dobrze robię, ale mimo wszystko na początek polecam „Hyperiona”. Jest to o tyle niebezpieczne, że potem wszystko do niego się przyrównuje, ale jest to po prostu najlepsza jego powieść. Zdecydowanie odradzałbym zaś „Trupią otuchę”, która nie jest złą powieścią, ale powinna być co najmniej dwa razy krótsza.

  3. Cieszy mnie Twój bezkrytyczny zachwyt „Hyperionem”, bo jak raz wczoraj zarezerwowałem, a dziś odbiorę w mojej WBP 😀 Zobaczymy czy po drodze mi z Simmonsem fantastycznym, bo „Terror”, mimo drobnych zastrzeżeń, bardzo mi się podobał 🙂

    • pozeracz

      Brzemię ogromne nosić teraz muszę i niepewności czas mnie czeka!

      • Iii tam. Ja mało wymagający jestem i zazwyczaj większość rzeczy, które sobie wybieram mi się podoba. Tylko do książek z DKK jakoś ostatnio szczęścia nie mam 🙂

        • I tak z czystej, czytelniczej ciekawości … Mam starsze wydanie, w innym tłumaczeniu niż obecne na rynku (Artefakty). Wiesz coś na temat różnic?

  4. Czytałam „Olimp”, nie czytałam „Ilionu”, obiecałam sobie kiedyś, że nadrobię, ale to chyba musiałabym obie naraz (to znaczy jedną po drugiej) czytać, żeby coś z tego mieć.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén