Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Typek spod ciemnego znaku, czyli wywiad z Keithem Houstonem

Wiele zjawisk w życiu odbywa się sinusoidalnie, a na blogu bywa podobnie. Poprzednie dwa wywiady ukazały się pół roku temu, a po niniejszym niedługo pojawi się następny. Chciałbym, by te wywiady pojawiały się nieco częściej, ale podjąłem idealistyczną decyzję, by rozmawiać tylko z osobami, których książki czytałem. By osłodzić długą przerwę, mam jednak niespodziankę – pierwszy wywiad z autorem nie z Polski, a w dodatku publikowany po polsku i angielsku. Z dzisiejszej rozmowy dowiecie się między innymi, co wspólnego ma twórca oprogramowania medycznego z typografią, a podwójni agenci z ironią.

fot. Cate Gillon

Moim dzisiejszym rozmówcą jest Keith Houston, twórca oprogramowania do obrazowania medycznego, który po zainteresowaniu się typografią założył bloga Shady characters, którego popularność udało mi się przekuć na książkę o tym samym tytule (polski tytuł to Ciemne typki). Całkiem niedawno w Polsce ukazało się zaś tłumaczenie jego drugiej książki. Książka gościła już na blogu, a dziś pora na autora.

Jakub Nowak: Co sprawiło, że twórca oprogramowanie medycznego napisał książkę o typografii. Przeczytałem wstęp do Twojego bloga i wiem, że zaczęło się od „Eseju o typografii”, ale nadal zastanawia mnie, w jaki sposób oczarowały Cię te ciemne typki?

Keith Houston: Tak jak napisałem, to Esej o typografii zainteresował mnie nietypowymi znakami, ale to słowniczek na końcu książki The Elements of Typographic Style uświadomił mi, ile takich znaków mam do wyboru. O ile dobrze pamiętam na początku sprawdziłem dokładniej znak początku akapitu (ang. pilcrow), interrobang oraz ampersand i każdy z nich miał tak ciekawą historię, że byłem pewien, że jeszcze wiele mogę się dowiedzieć.

Sukces Twojej książki oraz sam fakt jej opublikowania dowodzą, że typografia może być interesująca dla szerszego grona odbiorców, ale interesuje mnie, czy przed publikacją łatwo było Ci odnaleźć osoby o podobnych zainteresowaniach?

Zaskakująco łatwo było znaleźć osoby, z którymi można porozmawiać o typografii, interpunkcji i powiązanych z nimi kwestiach. W trakcie zbierania materiałów, które z czasem przerodziły się w Ciemne typki musiałem kontaktować się z różnymi osobami i prosić je pomoc w tej lub innej formie. Każdy z kim rozmawiałem, był bardzo pomocny. Jestem pewien, że na świecie jest bardzo mało osób, które nie podchodzą z pasją do swojego hobby albo zawodu, a już na pewne wielu jest typografów i projektantów, którzy lubię rozmawiać na ten temat.

Nie mogę nie zapytać o wspomnianych w książce podwójnych agentach z czasów Zimnej Wojny – jaka role odegrali we wielkiej narracji typograficznej?

Po części była to zabawna dygresja, odejście od głównej opowieści o ciemnych typkach. Seria artykułów prasowych pozwoliła mi odkryć stwierdzenie, że angielski poseł, Tom Driberg, wynalazł koncepcję tzw. „ironics”, czyli używania odwróconej kursywy do oznaczania ironii. Tom, delikatnie rzecz ujmując, prowadził ciekawe życie (to właśnie wspomniany przez Ciebie podwójny agent), więc napisałem o nim nieco w kontekście wymyślenia „ironics”. Niestety, wygląda na to, że zasług nie można przypisać ani jemu, ani H.L. Menckenowi, drugiemu głównemu kandydatowi. Jednak Driberg był zbyt ciekawą osobą, żeby o nim nie napisać.

Zawsze wydawało mi się, że historia jest bardziej angażująca, gdy ukaże się ją z perspektywy „małego człowieka”. Była to jedna rzecz, które przyciągnęły mnie do Książki i interesuje mnie, jak trudno było pisać opowieść obejmującą tyle epok historycznych? Nie chodzi mi tylko o ilość materiałów źródłowych do przerobienia, ale też o podejście do samego pisania.

Nie było to łatwe! Było dużo pracy ze źródłami, ale największym problemem było zebranie tych informacji w jedną sensowną całość, by stworzyć Książkę. Nawet dziś nie jestem pewien, że zrobiłem to zupełnie dobrze. Poszczególne części i rozdziały częściowo pokrywają się historycznie, ale zaprezentowanie informacji w jednym ciągu zaowocowałoby bardzo nieskładną książką.

Ale poza tym, w pełni się z Tobą zgadzam – zawsze bardziej interesująco jest znaleźć postać, poprzez którą można opisać dane wydarzenie lub odkrycie, a nie skupiać się na samym wydarzeniu. Przykładowo, gdy patrzymy na wynalezienie papieru oczami Cai Luna, eunucha na dworze Imperialnych Chin, który niezasłużenie przypisał sobie zasługę stworzenia tego cudownego nowego materiału, wydarzenie to zaczyna żyć własnym życiem.

Moim zdaniem konstrukcja była bardzo przyjazna dla czytelnika. Podział sprawił, że informacje łatwiej się przyswajało i zapamiętywało. Podobnie z postaciami – Cai Lun to dobry punkt skojarzeniowy.

Zastanawiałem się też, ile z historycznych procesów wytwarzania papieru i książek udało Ci się zobaczyć albo nawet wykonać samemu? Mi bardzo pomagało wyszukiwanie w serwisie YouTube nagrań prezentujących niektóre z technik opisanych przez Ciebie.

Miałem to szczęście, że mogłem samodzielnie wypróbować kilka z aspektów tworzenia książek. O chińskim i japońskim papiernictwie uczyłem się od papierniczki Chrissie Heughan i sam wytworzyłem papier; druk typograficzny poznałem w zakładzie Robert’s Smails Printing Works w Innerleithen, region Scottish Borders; przyglądałem się pracy drukarzy w Lavender Hill Studios w Londynie, gdzie uczyłem się robić drzeworyty od Liz Miller. Oprócz tego udało mi się odwiedzić przemysłową papiernie w rodzinnym Fife (Tullis Russel, która została już zamknięta); działającą drukarnię linotypową w Londynie (Hand & Eye,); Muzeum Gutenberga w Moguncji i Printing Museum Grevenmacher w Luksemburgu.

Na własną rękę próbowałem pisać trzciną i gęsim piórem na papirusie,  pergaminie oraz papierze ze szmat, a w dodatku wykonałem też album fotograficzny ściegiem koptyjskim, żeby zobaczyć jak wygląda efekt końcowy. Żałuję tylko tego, że nie mogłem zobaczyć innych elementów procesu wytwarzania książek, ale – tak jak piszesz – YouTube to świetne miejsce, żeby poszerzyć swoją wiedzę z drugiej ręki.

W Polsce mamy Muzeum Papiernictwa zlokalizowane w młynie papierniczym z XVI wieku, a po przeczytaniu Twojej książki nabrałem ochoty na odwiedzenie go. Zwłaszcza, że jest pięknie położony w górach.

Nawiązując do pierwszego pytania, do których znaków masz słabość?

Jestem wielkim fanem stworzonego przez Basa Jacoba znaku ironietken, zwanego znakiem ironii, opisanego tutaj. W zeszłym roku przeprojektowałem swoją stronę, Shady Characters, i ucieszyło mnie, że Monokrom, projektanci mojego nowego fonta, zaproponowali dodanie do niego niektórych ze znaków, o których kiedyś pisałem. Jednym ze znaków był właśnie ironietken, a nową wersję autorstwa Monokrom można zobaczyć tutaj.

Ciemne typki od Monokrom

Poza tym podoba mi się idea interrobanga. Wydaje mi się, że trudność zaprojektowania przekonującej wersji tego znaku jest jednym z jego głównych problemów i dlatego zawsze ciekawą mnie nowe wersje. Powyższe łącze pokazuje, że Monokrom dobrze sobie poradzili.

Uchwycenie złożonej idei i przełożenie jej na prosty symbol graficzny to nie lada wyczyn. Niedawno dowiedziałem się, o normie 60417 Międzynarodowej Komisji Elektrotechnicznej, czyli „Symbolach graficznych stosowanych na urządzeniach” i zaciekawiła mnie ta lista. Jest to nieco inne przedsięwzięcie, ale skala i konieczności uniwersalnego zrozumienia pozwalają szerzej spojrzeć na problem.

To dobry przykład. O ile trudno jest ustandaryzować symbole dla masy funkcji urządzeń elektronicznych, takich jak jasność i kontrast, włączanie/wyłączanie, makro i teleobiektyw, jeszcze trudniej jest zaprojektować i wypromować nowy znak interpunkcyjny, a co ważniejsze – sprawić, by był dostępny na klawiaturach i smartfonach tak, żeby można było z niego normalnie korzystać. Emoji to chyba jedyny szeroko-zakrojony ruch w tym kierunku od czasu wynalezienia druku.

Zgadzam się z uwagą dotyczącą znaków interpunkcyjnych. Symbole z normy MKE odwołują się do fizycznych obiektów albo rzeczywistych czynności. Jeśli zaś chodzi o emoji, to pamiętam panikę, która przetoczyła się przez media, gdy popularne stały się wiadomości SMS. Wszędzie słyszało się głosy o upadku języka i tym podobne. Czy uważasz, że technologia ma długotrwały wpływ na język, nie licząc zmian w słownikowych?

Technika pisania wpływa na to, co i jak możemy pisać. Gdy pojawił się druk, drukarze uznali, że konieczne jest ustandaryzowanie niektórych znaków interpunkcyjnych, podczas gdy wcześniej pisarze mogli używać ich dowolnie. Maszyny do pisania miały podobny efekt, jeszcze bardziej ograniczając zbiór używanych znaków. Komputery i ekrany dotykowe zdają się przenosić ciężar w stronę pisarzy poprzez dostęp do dziesiątek tysięcy liter, znaków interpunkcyjnych, emocji i innych. Według mnie trzeba jeszcze popracować nad tym, by dać pisarzom możliwość tworzenia nowych znaków. Jak wspomniałem wcześniej, trudno jest stworzyć nowy, przekonujący znak interpunkcyjny, ale – i to chyba jest ważniejsze – niemal niemożliwym jest sprawienie, by można zbyło z niego korzystać na komputerach, smartfonach i innych urządzeniach.

Wiem, że nie masz jak ocenić polskiego rynku książkowego, ale patrząc na ten amerykański, czy wydaje Ci się, że wydawcy przykładają uwagę do typografii czy raczej znajduje się nisko na ich liście priorytetów?

Moje doświadczenie jest ograniczone, ale wiem, że mój wydawca, WW Norton, zwracał bardzo dużą uwagę na typografię obu moich książek. Przypuszczam, że tematyka i potencjalni odbiorcy pomagają wydawcom zdecydować, jaki nacisk trzeba położyć na typografię i projektowanie. Tanie czytadło oznacza zdecydowanie mniej uwagi niż drogie wydanie w twardej oprawie. Problem polega na tym, że typografia wymaga dużo pracy i dlatego jest kuszącym celem w przypadku obcinania kosztów. Dziś książkę można wydrukować bardzo tanio, ale pisanie, edycja, redakcja i projektowanie, które się na to składają, są dziś droższe niż kiedykolwiek.

Hedery, zwane też liścmi Aldusa

Cóż, moim zdaniem Twój polski wydawca to jeden z najlepszych w Polsce. Jest to małe, lecz pełne pasji wydawnictwo. Życzę im bardzo dobrze, gdyż stan rynku nie jest najlepszy. Jak oceniasz rynek amerykański w czasach self-publishingu i po ustabilizowaniu wzrostu e-booków?

Świetnie słyszeć. Tak się składa, że dostałem wczoraj kilka kopii polskiego wydania Książki i widzę, że wydawca świetnie sobie poradził.

Nie wiem, czy mogę wiele powiedzieć o stanie rynku amerykańskiego. Choć obie moje książki zostały wydane przez WW Norton, wydawnictwo z USA, jestem Szkotem i nie śledzę rynku amerykańskiego tak intensywnie jak może powinienem. Wiem, że choć sprzedaż e-booków spadła, to sprzedaż książek papierowych nadal jest zmienna. Wiem też, że niezależnie od tego, jaką przyszłość przepowiem, niemal na pewno się pomylę!

Przepowiadanie przyszłości to niełatwe zadanie. Teraz można wskazać pisarzy albo naukowców, którzy trafili ze swoimi prognozami, ale na każdą taką prognozę przypada wiele nietrafionych. A wiele osób nie trafiło z żadną. Zastanawiam się czasem, czy jest szansa na jakaś rewolucję, jeśli chodzi o pisanie oraz/lub literaturę, gdyż wydaje się, że zmienia się tylko nośnik.

Też się nad tym zastanawiam. Na pewno swoboda oferowana przez pisanie elektronicznego powinna zaowocować nowym gatunkiem lub stylem książki? Interaktywne książki są już dostępne, ale nie ma ich tak wiele. Choć nie zagłębiałem się w ten temat, to widziałem, że recenzenci się nimi ekscytują. Tak naprawdę to nie wiem, co teraz się wydarzy.

Szkoda, że w tym zakresie oraz w temacie znaków nie eksperymentuje się zbyt wiele. Pisarzy mają duży wybór i odpowiednie narzędzia, ale zdaje się, że albo trudno jest korzystać z tej swobody albo że takie próby nie docierają do szerszego grona odbiorców. Jakiś czasem temu mówiono o powieściach hipertekstowych, ale w tym przypadku trendy przesunęły się w stronę gier komputerowych, gdyż ostatnio do łask wracają gry paragrafowe (tzw. choose your own adventure).

Jedynym „dużym” przykładem, który przychodzi mi na myśl, jest S. J.J. Abramsa i Douga Dorsta. Jak myślisz: dlaczego tak jest?

Nie wiedziałem o istnieniu S., ale trochę poczytałem i już jestem zaintrygowany. Pomysł na osobne, ale powiązane historie toczące się w notatkach na marginesach i przypisach zdaje się czasem wracać. Zastanawiam się, czy takie książki mają większą „barierę wejścia” – czytelnik musi najpierw rozpracować strukturę książki, a potem jednocześnie śledzić kilka historii. (Dla mnie niektóre książki interaktywne są takie same – nigdy nie wiem, czy „skończyłem” książkę.) Większość książek, oczywiście, jest konwencjonalnych nie tylko pod względem drukowania i składu, ale pod względem konstrukcji. Może trochę potrwać trochę czasu nim nowe struktury staną się popularne.

Cieszę się, że mogę głosić dobrą nowinę o S.. Wydaje mi się, że w tym przypadły to ta powieść „podstawowa” może być trudna w odbiorze. Jest to sztywna, tradycyjna powieść, która używa głównie dzięki notatkom. Te same w sobie są w różnych kolorach i raczej proste do śledzenia, ale czasem wymagają wracania do wcześniejszych rozdziałów. Dla mnie było to jedno z przyjemniejszych doznań czytelniczych.

Na koniec chciałbym jeszcze zapytać o plany na wydawniczą przyszłość – czy masz coś w zanadrzu?

W tej chwili najważniejsze dla mnie spędzanie czasu z Ivorem, naszym 7-miesięcznym synkiem, ale w wolnym czasie pracuję nad propozycją trzeciej książki. Jestem jednak na wczesnym etapie, więc nie mogę powiedzieć zbyt wiele. Zapytaj mnie za kilka miesięcy.

Na pewno tak zrobię!

And now for something absolutely not different…

Jakub Nowak: What prompted a medical software writer to write a book about typography? I read your Introduction and know I started with „An Es­say on Ty­po­graphy” but I still wonder how did those shady characters managed to put their spell on you.

Keith Houston: As I mentioned, An Essay on Typography first got me interested in unusual characters but it was the glossary at the back of The Elements of Typographic Style that made me realise how many of these unusual characters there were to choose from. If I remember rightly, the pilcrow, interrobang and ampersand were the first characters I looked into and each one of them had such an interesting story that I was sure there must be much more to be learned.

The success of your book and the very fact it was published show that typography can be of interest to the wider audience but I wonder if it was easy to find people with similar interests before that?

It was surprisingly easy to find people to talk to about typography, punctuation and related matters. As I put together the material that would eventually become the Shady Characters book I had to contact various different people to ask for help in one way or another, and everyone that I talked to was very supportive. I’m sure there are very few people in the world who don’t have a hobby or profession that they’re passionate about, and there are certainly lots of typographers and type designers out there who love to talk about the subject!

I must also ask about the Cold War double agents mentioned – what was their role in the typographical great narrative?

To a degree, this was a fun little digression from the main story about shady characters. A series of newspaper articles led me to the claim that an English MP named Tom Driberg had invented the concept of „ironics”, or backwards-slanted italics used to convey irony. Tom led an interesting life, to say the least (he was the double agent you mention), and so I wrote a little about him on the way to examining the claim that he had come up with the idea of ironics. Sadly, it looks like neither he nor HL Mencken, the other main candidate, can be given credit, but Driberg was too compelling a character to miss.

I have always found that history is more compelling when shown from the perspective of the “little man”. That is one of the things I found appealing The Book and I cannot stop wondering – how hard was it for you to write such an epoch-spanning history? And I mean not only the amount of source material to dig through but also the specific writing techniques needed.

It wasn’t easy! There was certainly a lot of research to do but the largest obstacle was collating it into a sensible structure for The Book. Even now, I’m not sure I got it quite right; there’s a certain amount of historical overlap between the different section and chapters, but to present it as a single “timeline” would have made for a very disjointed book.

Aside from that, I completely agree with you – it’s always more interesting to find a person through whom you can write about a particular event or discovery, rather than focusing only the event itself. For instance, when you look at the invention of paper through the eyes of Cai Lun, a eunuch at the ancient Imperial Chinese court who falsely took credit for this miraculous new material, it takes on a life of its own.

In my personal opinion the structure was very reader-friendly. Such a separation makes it easier to digest and remember the information. The same goes for the people – Cai Lun is good association point.

I was also wondering how much of the historical paper- and book-making process were you able to witness or even take part in? I know I found it very helpful to browse YouTube for video presenting some of the techniques you described.

I was lucky enough to be able to try out a few different aspects of book making. I learned about Chinese and Japanese papermaking (and made some of my own!) with a papermaker named Chrissie Heughan (see: here); I tried my hand at letterpress printing at Robert’s Smails Printing Works in Innerleithen in the Scottish Borders; and I watched printmakers work at Lavender Hill Studios in Battersea, London, and learned how to make woodcuts there from Liz Miller. Other than that, I was able to visit an industrial paper mill in my native Fife (Tullis Russel, which has since shut down); a working Linotype print shop in London (Hand & Eye); the Gutenberg Museum in Mainz; and Printing Museum Grevenmacher in Luxembourg.

Working on my own, I tried out writing with reed and quill pens on papyrus, parchment, and rag paper and, lastly, I made a Coptic-stitched photograph album to see how everything comes together in the end. The only thing I regret is not being able to see more of the bookmaking process itself although, as you say, YouTube was a great resource to help learn about it at one remove.

In Poland we have the Museum of Papermaking, a paper mill dating to the 16th century and after reading your book I think I need to visit it. Especially that it is beautifully located in the mountains.

As a follow up to the first question. Which of the characters to you have a special liking for?

I’m a big fan of Bas Jacob’s ironieteken, or irony mark, as described here. I redesigned the Shady Characters web site about a year ago and I was very happy when Monokrom, the designers of my new font, offered to add to it some of the characters I’d written about in the past. The ironieteken was one of those characters, and you can see Monokrom’s new version of it here.

Pilcrow

Other than than, I like the idea of interrobang. I think the difficulty in designing a convincing version of it is one of the main problems it faces, and so I’m always intrigued to see the newest version. Monokrom made a good effort, as you can see in my previous link.

Capturing a complex idea and rendering it using a simple graphical symbol is quite a feat. I recently got to know about the International Electrotechnical Commission 60417 standard, Graphical symbols for use on equipment, and became engrossed by the list. This a different endeavor but the scale and universal understandability requirements give some perspective.

That’s a good example. As difficult as it is to standardize symbols for a plethora of electronic device functions like brightness and contrast, on/off, macro or telephoto, it is harder still to design and promote a new mark of punctuation – and, crucially, to make it available on our keyboards and smartphones so that it can actually be used in real life. Emoji are perhaps the only large-scale movement in this direction since the invention of printing.

I agree with the remark about punctuation marks. The symbols from the IEC standard have a physical object or a real-life action of refer to. To dig into the emoji subject a bit. I remember the panic that went through the media when SMS messages become very popular, all those prophesying the downfall of the language. Do you think that technology has a long-lasting influence on the language apart from expanding the vocabulary?

The technology of writing does affect how and what we can write. When printing came along, printers found it necessary to standardize on a few marks of punctuation where previously writers could use any mark they wanted. Typewriters did a similar thing in that they restricted the set of usable marks even further. Computers and touchscreen smartphones seem to be moving the balance back towards the writer, however, with the ability to choose from tens of thousands of letters, punctuation marks, emoji and other characters. The main thing left to fix, in my opinion, is the ability for writers to create new marks. As I said above, it’s difficult to invent a convincing new mark of punctuation but, perhaps more importantly, it’s almost impossible to actually make it usable on computers, smartphones and so on.

I know you cannot assess the Polish book market but looking at the US one – do you find that typography is of importance to publishers or do you think it is low on their list of priorities?

My experience is limited but I know that my publisher, WW Norton, paid a lot of attention to the typography of both of my books. I suspect the subject matter or target audience will help a publisher decide how much emphasis to put on typography and on design in general; a cheap airport novel will almost certainly merit less attention than an expensive hardback book. The problem is that typography is a labour-intensive activity and, as such, it must be a tempting target for cuts when money is tight. You can print a book very cheaply nowadays but the writing, editing, proofreading and design that go into it are more expensive than ever.

Ampersands, ampersands everywhere

Well, in my personal opinion your Polish publisher is one of the best ones on the Polish market. It is a small one but dedicated and they care about quality. I wish them well as there general condition of the publishing market is not too good. How do you see the US market in the times of self-publishing and after the e-book scare subsided a bit?

That’s great to hear! Coincidentally, I received some copies of the Polish edition of The Book just the other day and the publisher has done a great job with it.

I’m not sure how much I can say about the state of the US market. Although both of my books were published by WW Norton, an American publisher, I’m Scottish and I don’t follow the US market as closely as perhaps I should do. I do know that although e-book sales are down, paper book sales are still volatile. The only thing I know for sure is that whatever I might predict for the future, I’d almost certainly get it wrong!

Predicting the future is not an easy task. It is easy now to point to some authors or scientists that predicted many things right but for each of their good predictions there probably were many more they got wrong. As well many who got nothing right at all. I sometimes wonder if there is a chance for some revolution for writing and/or literature as it seems that it is mostly the medium that is changing.

I wonder about this too. Surely the free-form nature of electronic writing will cause some new genre or style of book to arise? Interactive books have already arrived but not in great numbers, and although I haven’t dug deeply into them I also haven’t seen many reviewers get excited about them either. I really don’t know what will happen next.

It seems a pity that not much experimentation goes on here and in the space of characters. Writers do have a lot of choice and great tools but it seems that either it is hard to use this freedom or such trails do not reach the general audience. Sometime ago there was also talk about hyperlink novels but in this case it seems that these trends shifted more to the side of gaming where the “choose your own adventure novels” are seeing a small come back.

The only “big” example I can think of is S. by J.J. Abrams and Doug Dorst. Why do you this is the case?

I wasn’t aware of S. until now, but having read a little about it I am already intrigued! The idea of a separate but related story taking place in marginal notes or footnotes is one that seems to crop up every now and again. I do wonder if there is a higher “barrier to entry” for books like this – the reader must first work out how the book is structured and must then follow multiple stories at once. (I find that some interactive books are like this too – I never know if I’ve “finished” the book.) Most books, of course, are conventional not only in how they are printed and bound but also in how they are structured, and it may take some time for new structures to become popular.

Happy to be the gospel spreader when it comes to S. I think that in this case the core novel may be a bit hard for some to read through. It’s very rigid, traditional novel which lives mostly through the notes. The notes themselves are color-coded and rather easy to follow though the need some back-tracking at times. It was one of the most enjoyable readerly endeavors for me.

As a closing note I would like to ask you about your plans for your publishing future – is there anything in the works?

The most important thing for me at the moment is spending time with Ivor, our 7-month-old son, but I am also working on a proposal for a third book in my spare time. It’s at an early stage at the moment, however, so I don’t want to say too much about it just yet! Ask me again in a few months’ time.

I will!


I to by było na tyle. Mam nadzieję, że wywiad czytało się dobrze. Ja wiem, że sam bardzo ciekaw jestem kolejnej książki Houstona, gdyż na razie pomysły miał wybitnie interesujące. A już niedługo kolejny wywiad.

W oczach ludzkich złe i dobre życiowe fakta wówczas dopiero zdają się nabierać znaczenia,gdy odbiją się w druku. [Bolesław Prus, Powracająca fala]

Poprzedni

Między poniedziałkiem a wtorkiem, czyli „Ruiny i zgliszcza” Wellsa Towera

Następny

Przyszłość ciemna jak wino, czyli „Ilion” Dana Simmonsa

Komentarzy: 4

  1. Czytało się bardzo przyjemnie – jak autora zdybałeś? Mejlowo? 🙂

    „Książkę” zdobyłam na targach i bardzo tęsknie na mnie patrzy, ale musi poczekać. Nie zorientowałam się jednak, że to ten sam autor, który popełnił te „Ciemne typki”! A w dodatku że to taki ciekawy człowiek, który na co dzień zajmuje się czymś zupełnie innym, a zainteresowanie książkami i typografią wykwitło samo z siebie.

    I co za barbarzyństwo, że nie widzę tu żadnych innych komentarzy?

    Psst – Trochę przy tłumaczeniu wywiadu chyba namieszał Word ze swoim autopoprawianiem, bo wkradł się po polsku „contrast” i w tej samej linijce duże „I” zamiast małego;)

    • pozeracz

      Tak, zdybanie nastąpiło mailowo.

      To nie barbarzyństwo, to rzeczywistość 😉 Wywiady na mym blogu nigdy nie zbierają zbyt wiele komentarzy, a tu pewnie działa to, że niewiele osób „Książkę” czytało.

      Też mnie zainteresowało to niezgranie zawodu z zainteresowaniem.

  2. Nie chciałam pisać komentarza, ale komentarz o braku komentarzy mnie przekonał 😀
    Właśnie skończyłam „Książkę” i jestem szczerze zdziwiona, że napisał ją ktoś nie zajmujący się zawodowo historią książki. Sama czytałam ją właśnie jako wstęp do nauki tego przedmiotu, obowiązkowego na moich studiach, i jestem niezwykle autorowi wdzięczna za tak przyjemną formę i staranne tłumaczenie wszystkiego, bo „Książkę” przeczytałam w kilka dni, a moich grubych tomisk z listy lektur nie mam ochoty nawet ruszać z półki.

    • pozeracz

      Ten brak doświadczenia też mnie zadziwił. Widać, że gdy umiejętności odpowiednie, to i pasja wystarczy.

      A teraz zapytam wścibsko – które bydgoskie liceum? 😉

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén