Czytelnik bywa stworzeniem nieprzewidywalnym i kapryśnym w swych wyborach, ale jednocześnie może też być wierny przyzwyczajeniom czy też własnym (świeckim) tradycjom. Do zakupu książki będącej przedmiotem recenzji niniejszej doszło na styku dwóch takich praktyk. Pierwszą z nich jest słabość/sympatia do Serii Amerykańskiej wydawnictwa Czarne, a drugą podróżne nawiedzanie księgarni w celach zakupowych. Krew i burza Hamptona Sidesa przybyła z ogólnie niezbyt imponującego przybytku w Kamieniu Pomorskim.

Latem 1846 roku amerykańska zachodnia armia przeszła przez Santa Fe – jej celem było przejęcie kontroli nad zachodnimi terenami, do których prawa rościł sobie Meksyk. Ekspansja ta, napędzana rosnącą wiarą w „Objawione przeznaczenie”, wywołała długotrwały konflikt między Stanami Zjednoczonymi a plemieniem Navajo, które zaciekle broniło swojej rozległej, surowej pustynnej ojczyzny. W centrum tego kawałka historii znajduje się Kit Carson – traper, zwiadowca i żołnierz, którego wyczyny uczyniły go legendą. Ten niewykształconego pionier rozumiał i szanował plemiona rdzennych mieszkańców lepiej niż większość Amerykanów, a mimo to wykonywał rozkazy, które ostatecznie doprowadziły do zniszczenia narodu Nawahów.
Krew i burza to jeden z tych książek, o których trudno się rozpisać, ale z powodów pozytywnych. Jest to bowiem przede wszystkim podparta skrupulatnymi badaniami źródłowo-historycznymi, przystępnia napisana historia okresu może nie kluczowego dla historii USA, ale charakterystycznego dla ich rozwoju. Hampton Sides swą narrację prowadzi ogólnie z perspektywy zewnętrzno-historycznej, ale ukazuje przy tym perspektywę wielu postaci, z których najważniejszymi są wspomniany wyżej Kit Carson oraz Narbona, wódz Nawahów. Inni także są przedstawiani szczegółowo, ale to ta dwójka spina opowieść. Autor stara się przedstawić nie tylko różne strony konfliktów, ale i też zróżnicowanie postaw i charakterów wśród nich.

Kit Carson w osobie własnej
Taki dobór dwóch kluczowych postaci jest znaczący i ukazuje kontrasty oraz paradoksy tego okresu historii USA, a tak w zasadzie kluczowych dla niego przesiedleń i eksterminacji ludności rdzennej. O ile w przypadku Nawahów perspektywa jest niejako oczywista (choć niezmiennie tragiczna), to już Carson jest przypadkiem ciekawym. Z jednej bowiem strony poznał on przeróżne plemiona autochtonów i miał dla nich wiele szacunku, lecz z drugiej był też mściwy i bezlitosny w swej zemście, a w dodatku w znakomitej większości wspierał inicjatywy przyczyniające się do zagłady tych ludów. Momentami można odnieść wręcz wrażenie, że i on sam był świadom swej podwójnej roli, ale po prostu robił swoje i co najwyżej kwituje sytuację cierpkim komentarzem. Są tu i inne przypadki osób sprzeciwiających się indywidualnym przypadkom okrucieństwa czy moralnego zepsucia, ale ogółem nikt nie kwestionował amerykańskiego prawa do podboju tych ziem – była to niepodważalna oczywistość.
Krew i burza to jednak książka nie tylko wartościowa historycznie, ale też napisana przystępnym językiem i angażująca. Ta druga cecha jest powiązana po części dzięki wspomnianym w powyższym akapicie perspektywom, a po części dzięki dynamice dzięki nim uzyskanej. Może przesadą byłoby porównanie z wielowątkową powieścią gatunkową, ale na pewno dla czytelnika nieprzyzwyczajonego do historycznych rozpraw będzie to znacząca zaleta.

Krew i burza Hamptona Sidesa to przykład książki historycznej, którą można polecić także tym zazwyczaj od takich lektur stroniących. Odpowiada za to przystępny język, różnorodne perspektywy narracyjne oraz dynamicznie prowadzona opowieść. Całość zaś bardzo ciekawie zazębia się z Księżycem Komanczów Larry’ego McMurtry’ego.
Na pierwszy rzut oka Kit Carson nie robił wielkiego wrażenia, ale to były tylko pozory stanowiące część jego uroku. Nikczemna postura i dość prostacki sposób bycia zdawały się nie przystawać do ogromu przestrzeni, jaką przemierzył […] Wydaje się też, że długoletnie siedzenie w siodle pokrzywiło mu nogi. Chodził jak kaczka, niezgrabnie, tak jakby nie czuł się dość pewnie, stąpając po ziemi. Lekko i pewnie czuł się za to w siodle.
Dodaj komentarz