Lat temu niemal cztery na blogu pojawił się wywiad z pewnym tłumaczem. Gdzieś tam pośród wątków translatorskich czy też serialowych padło też kilka słów o współprowadzeniu wydawnictwa. Jeden Nobel, wiele premier i jeszcze więcej memów później ArtRage wywalczyło dla siebie wyraziste i zauważalne miejsce na literackim poletku. Uznałem więc, że dobrym pomysłem będzie dopełnienie kierowniczego duetu. Niech więc przemówi Michał Michalski.

Nim jednak sedno i gwóźdź, kilka słów prezentacji się należy. ArtRage’owo i formalnie Michał Michalski to redaktor prowadzący i inicjujący oraz dyrektor. Z powodzeniem zarządzał też paroma popularnymi fanpage’ami. Jest także pisarzem, który z pozoru debiut zaliczył we własnym wydawnictwie. Czemu „z pozoru”? Wystarczy bowiem zajrzeć na stronę tegoż debiutu, by przeczytać: „Gruby to czwarta powieść Michała Michalskiego, ale pierwsza, która ukazuje się pod jego własnym nazwiskiem”. Tę zagadkę zostawiam Wam do rozwiązania, a poniżej znajdziecie
█║▌│ █│║▌ ║││█║▌ │║║█║ │║║█║
Na początek muszę zapytać o pomysł głupi i niepoważny, czyli imprint robiony dla beki. By nie było, to oczywiście Twoje słowa, po których ciężko zadać pytanie poważne, ale i tak spróbuję. Może zabrzmi to nieco jak z rozmowy o pracę, ale gdybyś miał być ostrożnie optymistyczny, to jak widzisz najbliższy rok Obrotów?
Widzę go pięknym i opływającym we wszelkie znane człowiekowi dobra i komplementy. A tak poważnie: spokojnym. Wypuszczamy na początek dwie „łatwe” pod względem promocyjno-sprzedażowym książki. Któregoś dnia… Omara El Akkada, to najświeższy zdobywca National Book Award za non-fiction, książka głośna, pożądana, aktualna, ale z pewnością nie szybkodezaktualizująca się. No i przede wszystkim świetna. Z kolei Przyszłość prawdy Wernera Herzoga powinno iść nie tylko z uwagi na interesujące przemyślenia kultowego reżysera na tematy zawsze ważne, ale i samą osobę autora.
Potem, gdy kurz nowości nieco opadnie, zrobi się z pewnością nieco ciężej, choć tytuły wciąż będą ciekawe. Za sukces uznamy, jeśli wydawnictwo Obroty w pierwsze dwa lata nie będzie tracić pieniędzy i wychodzić będzie na zero.

Cóż, ja na te dwie pierwsze już się dałem skusić. Po przesłuchaniu podcastu mam zresztą przeczucie, że nie będzie to jedyny raz. Czy masz wśród tych zapowiedzianych książek jakąś, na którą czekasz bardziej?
Chyba Yakuza. 400 lat historii japońskiej przestępczości zorganizowanej. Na moje oko, mimo że jest to praca historyczna, obejmująca naprawdę spory okres, to czyta się to lekko, i jest nader interesująca. Wyjdzie najpewniej na jesieni. Jestem też bardzo ciekaw Opodatkować miliarderów francuskiego ekonomisty Gabriela Zucmana – tu tytuł mówi chyba wszystko.
Póki co Akkad zdaje się być sprzedażowo bardzo mocny, więc początek obiecująco wygląda. Ale zgodnie z duchem nazwy, wykonując zwrot, zapytam o negatywy: co może być największą trudnością czy też przeszkodą na drodze do sukcesów kolejnych?
Tak, Akkad wszedł ostro, już zleciliśmy dodruk, bo zaraz nam się skończy. Myślę jednak, że trudno będzie nam powtórzyć szybko taki wynik jak przy tej książce najwyraźniej będzie. jak to mówią: rookie’s luck.
Przeszkody widzę kluczowe: brak rozpoznawalności – musimy przebijać się do zupełnie nowych kręgów czytelniczych, nowych baniek, wszystko robić nieco od zera. A przy tym to zawsze na dwoje babka wróżyła, wyjdzie albo nie wyjdzie. Kolejne książki nie będą miały tego co Omar El Akkad – to jest nie będą posiadały najpewniej wszystkich cech naszego debiutu, to jest nie będą jednocześnie książką ważną, czytaną szeroko na świecie, już nagradzaną, świeżą wciąż i głośną, do tego przystępną i autorstwa kogoś tak otwartego na media jak Omar, w dodatku te media (nasze, Polskie) interesującą.
Ach, te media. Ich zainteresowanie w ogóle jest szczątkowe, ale czego potrzeba, by je zdobyć?
Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Druga książka Obrotów, esej Wernera Herzoga Przyszłość prawdy też medialnie wzbudził zainteresowanie, co nie powinno dziwić biorąc pod uwagę nazwisko, ale efektu sprzedażowego jak u Omara to nie dało, więc nie jest też tak, że jest to kluczowa i najważniejsza kwestia dla nas – zainteresować media – by książkę sprzedać. Mieliśmy w AR już niejeden tytuł, który nie doczekał się choćby wspomnienia w jakimkolwiek dzienniku czy magazynie, żadnego wywiadu z autorem czy wykupionej reklamy, a wzbudzał duże zainteresowanie czytelniczek i czytelników i sprzedawał się super, co oczywiście ostatecznie spowodowało nagle zainteresowanie mediów.

Jednolita szata graficzna to jest to
Ha, to ciekawy paradoks tak swoją drogą. Który z tych niespodzianych najbardziej Ciebie zaskoczył?
Pytasz o tytuł, który „zażarł” przed zaistnieniem w medialnej bańce? Chyba nowe tłumaczenie Króla w Żółci. Albo ofc Ja, która nie poznałam mężczyzn. No i chyba wznowienie Tęczy grawitacji.
Tak, o to mi właśnie chodziło. A skoro już o marketingowym szumie, to chciałem zapytać o social-mediową moc konglomeratu. Może to kwestia współdzielonych baniek, ale według mnie ArtRage ma nie tylko jeden z bardziej wyrazistych katalogów wydawniczych, ale i swoistych obecności w mediach społecznościowych. Jaki wpływ ma ta otwartość i dynamika Waszego duetu na sukces wydawnictwa?
Miło, że tak to widzisz. Wydaje mi się, że jest całkiem sporo osób, którą nasza bezpośredniość też zraża. Trudno, bo nie bardzo potrafimy być inni. Można by mówić, że nasz sposób komunikowania się ze światem to jakaś strategia, czy może nawet podstawą dla marki, ale to po prostu wyszło „na żywca”, że zmęczeni gryzieniem się w język w poprzednich pracach, mając w gruncie rzeczy nieograniczoną swobodę w tym jak i co chcemy mówić, pozwoliliśmy sobie na, no cóż, bycie sobą. Jednym się to spodobało, innym średnio, a jeszcze komuś wcale.
Faktem jest jednak, że trudno mi sobie wyobrazić, abyśmy mogli nagle ten nasz sposób komunikacji zmienić. Przestawić się na bardziej „profesjonalny” ton. To byłoby chyba trudne do przełknięcia. Nie tylko dla mnie.
Parafrazując zapomnianego wieszcza Yaro: nie zadowolisz wszystkich, to zadanie dla agencji towarzyskich. A tak serio… Ja to doceniam. Podobnie zresztą jak i Waszą transparentność liczbową. I mam tu pytanie dwuetapowe: dlaczego według Was jest ona pożądana/korzystna i czemu w takim razie niemal nikt się na nią nie decyduje?
Trudno stwierdzić. Dla mnie to nie jest kwestia korzyści czy nie, tylko pewnego mentalu. Ja jestem generalnie za transparentnością, we wszystkim. W cenach mieszkań, zarobkach w miejscu pracy, itd. To daje człowiekowi jakąś orientację w świecie. Inaczej dany obszar jest czarną plamą. Nie wiesz ile się czego na rynku książki sprzedaje, nie wiesz ile można na tym zarobić (niewiele), nie wiesz ile się drukuje w ogóle, co niejako łączy się z tym pierwszym. Więc jako np. osoba aspirująca do bycia pisarzem, zupełnie nie wie na co się hehe pisze.

Mam bardzo podobne podejście. Ale skoro już o aspirowaniu… To nie mogę się powstrzymać przed pytaniem pewnie często powracającym. Czy jako wydawca oraz pisarz w jednym masz jakieś porady dla osób o takich aspiracjach (jeszcze niespełnionych)?
Nie mam. To banał, ale wszystko jest sumą talentu i przypadku. Okoliczności, poznanych ludzi, czasu, miejsca. Bez łutu szczęścia zwykle żadna doza talentu nie jest w stanie niczego zagwarantować.
Talent, przypadek i pewnie nieco uporu. Ale ten łut szczęścia… Mieliście takowy przy pewnej międzynarodowej nagrodzie, ale o tej już napisano pewnie wszystko, co się da. Zgarniacie jednak wiele nominacji i nie samych nagród także na rynku lokalnym. Czy któreś z nich zapewniają coś poza (w sumie też ważnym) splendorem?
Tak, choć niewiele z nich i nie tyle co byśmy chcieli. Na poziomie nominacji paszport Polityki sporo daje, z pewnością wygrana (mam nadzieję, że kiedyś się o tym przekonamy) jeszcze więcej. Zaskakująco (dla nas) podniósł sprzedaż Conrad, choć tylko na chwilę. Większość nominacji i spora część nagród daje jednak nam – jako wydawcy – niewiele poza splendorem, którego zawsze oczywiście łakniemy. Najważniejsze jest jednak to, że daje autorom. Bo choćby i niewielki zastrzyk gotówki, oraz rozpoznanie i uznanie, są dla nich czymś, czego zwykle potrzebują.
A jako uzupełnienia tej wypowiedzi posłuchać można najnowszego odcinka artrejdżowego podcastu. Było o zyskach, choćby i tylko uznaniowych, więc pora i na straty (potencjalne). Jaki jest koszt bycia porządnym? Piję tu do kwestii Palestyny. Byliście zdecydowanie jednym z najbardziej wyrazistych i konsekwentnych głosów w tej sprawie. Jak dla mnie chwała Wam za to, ale też ciekawi mnie: czy coś na tym straciliście? Niekoniecznie wymiernie.
Trudno odpowiedzieć. Ile jest osób, które stwierdziły: nie kupujemy książek od tych „hamasiarzy”? Nie da się tego policzyć, ani stwierdzić. Może żadnej, może wielu. Nie myślimy o takich sprawach. Nigdy tego nie robiliśmy i pewnie nie będziemy. Jak się nam coś nie podoba, albo jest coś dla nas ważne, czy też uważamy, że trzeba o czymś mówić, to nie będziemy siedzieć cicho, tylko dlatego, że może się to jakoś odbić na wynikach finansowych. Tego typu asekuranctwo, wydaje mi się, jest jednym z powodów dla którego jako społeczeństwo jesteśmy gdzie jesteśmy.

Chyba jest więcej niż trochę prawdy też w powtarzanym czasem stwierdzeniu, że żyjemy w czasach, w których nie da się skompromitować. A przynajmniej nie na długo. Ale skoro już o kompromitacjach mowa, to muszę zapytać o niedawne popisy UOKiK i ich reakcję na planowaną ustawę o książce.
Nie ma czego komentować, niestety. Farsa. Ale to moja prywatna opinia. Przypomnę tylko, że jest to ten sam UOKIK który zezwolił na zakup największej hurtowni w kraju przez największa sieć księgarni w kraju. Kilka dobrych lat temu, więc można by bronić tej decyzji, że rynek nie był wtedy aż tak zmonopolizowany, ale trudno nie odnieść wrażenia, że jest dziś tak zmonopolizowany między innymi dzięki tej właśnie decyzji.
A czy według Ciebie jest jakakolwiek realistyczna szansa na odwrócenie tej monopolizacji?
Tak, ale wymaga solidarności w branży, szerszej niż niestety jest na to szansa w moim odczuciu. Bo na państwo ewidentnie nie możemy liczyć w tym momencie, a może i nigdy nie będziemy mogli.
No to pomimo i wbrew tej solidarności życzę. Było o samych Obrotach, ale teraz mam pytanie ogólnowydawnicze, choć chronologicznie siłą bardziej z ArtRage powiązane. Czy były jakieś Twoje przekonania czy też założenia, które zostały zweryfikowane/postawione na głowie, gdy już wydawnictwo zaczęło funkcjonować? Albo inaczej: co Cię w tych pierwszych dniach, miesiącach najbardziej (pozytywnie lub niekoniecznie) zaskoczyło?
Ciężko orzec, mam kiepską pamięć. Na pewno zaskoczył mnie pozytywny odbiór. Że ludzie chcą nieoczywistych książek, książek trudnych. Literatury z krajów zupełnie nieobecnych na wydawniczej mapie w Polsce, jak Mozambik, Surinam, czy ignorowanych na zasadzie „Kto by chciał czytać coś tam z Chile czy fantastykę z Argentyny”. Że nawet jak nam to zupełnie nie idzie, jak choćby ten nieszczęsny Mozambik i przewspaniały Mia Couto, to zawsze znajdzie się grupka osób – która jest tym faktycznie zachwycona, wyczekuje tych książek, a nam udaje się dzięki temu nie tracić. Nie zarabiamy na nich ofc, co niejako podważa sens istnienia biznesu, ale na szczęście są książki, które nam to finansowo rekompensują. Co więcej, nie są to wcale książki proste, łatwe, czy przyjemne bardzo często. Przyjęło się w wydawniczej branży, że trzeba wydać ileś gówna, które zarobi na rzeczy ambitniejsze, perły w koronie. My tak nie chcieliśmy i ludzi to chyba zdziwiło. Ale przyjmują to, mam wrażenie, z entuzjazmem. Że stanowimy markę i bierzemy odpowiedzialność za to co u nas wychodzi. Mają dzięki temu pewność, że jasne, że może książki od nas nie zawsze im podejdą, nie trafią w ich wrażliwość czy gust, ale przynajmniej nigdy nie będą po zwyczajnie złą literaturą, czy jakimś wątpliwym etycznie skokiem na kasę, typu: mamy wojnę w Ukrainie, to szybko dawaj 40-biografię Zełeńskiego.

Tak, odpowiedzialność jest tu ważna. Odpowiedzialność i konsekwencja. Mam nadzieję, że będzie mogli tak działać jeszcze długie lata i dalej będzie pokazywać, że można. Idąc dalej tokiem podobnym: czy od wydania pierwszej książki w Waszym sposobie działania zmieniło się coś wartego odnotowania?
Czasami wydaje mi się, że jesteśmy coraz dalej na drodze ku szaleństwu. Wydanie martwego Chilijczyka dadaisty oczywiście było absurdalne, ryzykowne – to ryzyko się nie opłaciło bezpośrednio, bo książka zwróciła się ostatecznie dopiero w tym roku. Ale czy wydawanie powieści na 1000 czy 1200 stron, które stawiają znacznie większy opór czytelniczy przez to jak są napisane, takich jak Kaczki. Newburyport, czy Schattenfroh nie jest jeszcze bardziej szalone, w dodatku na nieco większych poziomach? Na pewno ryzykujemy tym znacznie więcej (przynajmniej finansowo).
I w tym miejscu powinna pojawić się przeróbka sceny z 300, w której Butler i Headey zastępujesz Ty z Cieślikiem (konfiguracja dowolna) i pada „This… is… ArtRage!” Tylko teraz powiedz mi: kogo byś postawił w roli perskiego emisariusza?
Tego strącanego kopniakiem do dołu? Dowolne „magiczne-cozy-kocie kawiarnie w bogatym mieście wschodniej Azji” z którymi wciąż przychodzą do nas agenci, próbując nam wepchnąć to pisane od linijki guano.
Od linijki albo i z udziałem „czułego” czatbota. No właśnie, dostajecie propozycje zalatujące AI?
Oczywiście. Ale nie umiem określić ile.
Ale wydaje Ci się, że AI będzie miało znaczący wpływ na branżę książkową? Czy może będzie to krótka burza, która nie pozostawi po sobie wielu śladów?
Już ma. Tylko że nas, banieczkę wysoko-literacką, że tak się wyrażę, omija, ponieważ od samego początku obrzydza nas w niej sam koncept wyręczania się w pracy twórczej. Znaczy nie twierdzę, że nie ma ambitnych literacko pisarzy, którzy nie ulegają temu szaleństwu, ale jestem przekonany, że wydawcy zajmujący się taką (tylko taką?) prozą, świadomie nie chcieliby dopuścić do jej wyjścia w świat. Nie wiem jak rzecz się ma w korporacjach wydawniczych, gdzie jak wiadomo: ilość i szybkość zazwyczaj ceniona jest bardziej niż jakość bo pozwala się excelowi świecić na bardziej zielono, ani jak rzecz się ma w prozie gatunkowej (co się niejako łączy), niemniej liczę, że podobnie jak świat artystów wizualnych, opór będzie nie tylko twardy, ale i skuteczny.
Też na to liczę i wspomagam, gdy tylko mogę. Zwłaszcza, że sam muszę się zawodowo mierzyć z tematem, bo w branży tłumaczy nieliterackich AI pozamiatało już niemal kompletnie i wypchnęło całą furę osób do przeróżnych fuch anotacyjnych, trenujących i głaskających po główkach przeróżne modele AI. Tak swoją drogą cóż to za szalony świat, w którym papież nawiązuje do Diuny w kwestii myślących maszyn właśnie…

A by tak na nutę poważną i niepokojąca nie kończyć, przy okazji pięknej reedycji Harpman zapytam jeszcze o te wydania limitowane. Póki co zaszczyt ten przytrafił się właśnie Harpman i Klubowi Dumas. Czemu akurat te dwa tytuły? Czy macie już jakieś plany na przyszłość w tym zakresie?
Klub Dumas to taka powieść nieco formacyjna dla mojego pokolenia. Rzecz, którą jak się przeczytało za nastoletniości, to budziła miłość do książek. I świetna powieść przy okazji. Sfilmowana, 9 wydań w Polsce przed naszym wznowieniem, status kultowej całkowicie zasłużony. No i zrobienie limitowanej edycji kolekcjonerskiej idealnie współgrało z treścią. Przy Harpman jest nieco odwrotnie. Ta powieść, mimo, że ma już 30 lat, u nas ukazała się 2,5 roku temu i bardzo dobrze została przyjęta. Również zyskuje status książki, która chyba za jakiś czas zostanie określona mianem kultowej, bo jej sukces światowy również jest dość świeży. 2 lata temu, wznowiona w Stanach, podbiła TikToka. Jest ona również niezwykle istotna dla nas jako wydawnictwa, ponieważ wydaje się być sprzedażowo nieśmiertelna. Na dzień dzisiejszy sprzedaliśmy 20 000 egzemplarzy i nie wydaje się, aby na tym miało się to zatrzymać. Wydaje mi się, że robienie edycji kolekcjonerskich ma sens wyłącznie dla książek, które faktycznie w oczach ludzi zasługiwać mogą na kupienie ich po raz drugi. Do tego chcemy, by te edycje, były przemyślane, korespondowały z samą powieścią, a nie miały zwyczajnie twardą oprawę z grafiką ze stocka i barwione kiczowato brzegi.
Mamy plan na 3 kolejne wydania, zobaczymy co z tego wyjdzie i kiedy.
Harpman to jakiś fenomen, który trzeba by było zbadać – zwłaszcza przeróżne wektory popularności. Zwłaszcza, że tak powierzchownie patrząc, zdaje się to być książka raczej daleka od typowego bestsellera. Sam zresztą jeszcze rok temu widziałem w londyńskim metrze plakat tę powieść właśnie reklamujący.
Jest kilka artykułów próbujących uchwycić ten fenomen. W The Economist czy w Tygodniku Powszechnym, sporo tego wychodzi z pytania idącego mniej więcej tak: „dlaczego zapomniana powieść z lat 90 belgijskiej psychoterapeutki podbiła tiktoka”.

A jako że rozmowa ta trwała niekrótko, to na koniec poproszę jeszcze o kilka(naście) słów zachęty do artrejżdżowych świeżynek lub zapowiedzi.
Nie umiem zachęcać przesadnie do naszych rzeczy, bo każda wydaje mi się warta uwagi. Staramy się nie wydawać czegoś, czego byśmy ze szczerego serca nie mogli polecić. Kwestia jedynie dobrania tytułu do gustu i preferencji danej osoby. A wbrew pozorom, wydaje mi się, znajdzie się u nas coś dla każdego.
Ja się w sumie zgadzam, ale potencjalny marketingowy pitch zmarnowany. Na sam koniec mam pytanie kluczowe, fundamentalne wręcz: ile procent budżetu ArtRage pochłaniają monstery?
Zbyt dużo, ale to nie szkodzi, bo idzie z prywatnych :V
█║▌│ █│║▌ ║││█║▌ │║║█║ │║║█║
Znacie jakiegoś niekoniecznie żywego Chillijczyka, którego Michalski powinien koniecznie wydać? A może chcecie go zapytać o jego karierę viralowo-influenserską? A może macie ochotę podpowiedzieć mi kolejną osobę do zwywiadowania? Piszcie śmiało, piszcie koniecznie.
Nie lubię prezentów — mruknął Corso posępnie. — Już kiedyś byli tacy, co przyjęli w podarunku drewnianego konia. Na etykietce stało napisane: rzemiosło achajskie. Wyjątkowi debile.
[Arturo Pérez-Reverte, Klub Dumas]
Dodaj komentarz