Gdy zaczynałem tworzyć tego bloga, polska klasyka fantastyczna zdawała się być może nie tyle zapomniana, co zaniedbywana i otoczona opieką przez bardzo wąskie grono. To grono może nie jest dziś dużo szersze, ale zdaje się mieć większą siłę przebicia. Za przykład niech posłuży tu Tomasz Kołodziejczak i jego inicjatywy, jak 250 lat polskiej fantastyki czy też przywracanie publice twórczości Juliana S. Krupy. Me cegiełeczki może i znaczące nie są, ale i tak będę je dokładał. Tym razem będą to Strefy zerowe Bohdana Peteckiego.

strefy zerowe petecki

Gdy ludzkość napotyka w kosmosie obcą, inteligentną rasę, niemal natychmiastowo podjęte zostają próby kontaktu z nią. Jednak po fiasku tych starań i w obliczu braku kontaktu z ostatnią wyprawą, podjęta zostaje decyzja o wysłaniu grupy złożonej z osób przeszkolonych specjalnie z myślą nie o takich misjach naukowych, a obronie Ziemi przed zagrożeniami. Są oni gotowi nie tylko uratować kogo się da, ale w razie potrzeby zastosować wysoce eksplozywne środki perswazji.

Zgodnie z tym, co w sieci przeczytać można Strefy zerowe to najbardziej znana i ceniona z powieści Bohdana Peteckiego, więc nie do końca na miejscu jest pisać, że osoby znające jego twórczość będą wiedziały, czego się spodziewać. Jednak jako że autor na tym blogu gościł już dwa razy, to mogę stwierdzić, że i trzecia bytność wypada pozytywnie i SF-klasycznie. Pierwszym znacznikiem tej modelowości jest sam motyw główny, czyli jakże często wykorzystywany pierwszy kontakt. W tym przypadku jednak przybiera on rzadszą i bardziej wymagającą formę milcząco-niepoznaną. Autor sprawnie operuje tym sztafażem i dlatego czytelnik skutecznie współodczuwa napięcie powiązane z obcowaniem z obcością i próbami zgłębienia jego tajemnic, porozumienia się z nią oraz/lub zwyczajnie przeżycia. A jako że fantastyka ta naukową jest, całość podbudowana jest teoretycznie — może i warstwa ta nie jest oszałamia skomplikowaniem, ale odpowiednio łaskocze mózgowe fałdy.

strefy zerowe okładki kolaż

Pewnym mankamentem, także charakterystycznym dla niektórych z klasycznych powieści podobnego typu, jest natomiast niekoniecznie dynamiczne tempo. Tu jednak nie jest wcale źle. Petecki niby z początku nie spieszy się w swej drodze do tych części zawierających kumulację akcji czy też napięcia, ale za sprawą specyficznej pierwszoosobowej narracji (o której więcej za momentów parę) i niemałą liczbą przeszkód do pokonania na nudę narzekać nie można. Główny bohater musi sobie poradzić z serią swoistych zagadek/zagrożeń, a odkrywanie „strategii obronnej” obcych zapewnia nieco czytelniczej frajdy, gdyż ona sama ciekawą i oryginalną jest.

Wracając zaś do narracji, a tak w zasadzie do głównego bohatera, Strefy zerowe dość niespodziewanie wywołują skojarzenia z recenzowaną tu jakże urokliwą serią historii o Mordbocie. Główny bohater nie jest tu może cyborgiem per se, ale jego warunkowanie bojowe przypomina robotyczne programowanie. Skojarzenia z twórczością Marthy Wells budzi zaś swoisty autosabotaż, który to podłoże ma egoistyczne, ale koniec końców zapewnia protagoniście pewną kluczową przewagę. Oczywiście, amerykańska pisarka Peteckiego szans czytać nie miała, ale i tak odnajdywanie takich paralel między teoretycznie bardzo odległymi (nie tylko chronologicznie) dziełami to cymesik sam w sobie. A wyłapywanie pozostałych zostawię już Wam.

bohdan petecki

Strefy zerowe to kolejne me satysfakcjonujące spotkanie czytelnicze z prozą Bohdana Peteckiego. Ta staroszkolna powieść science fiction ma może i drobne problemy z tempem akcji, ale nadrabia to umiejętnym wykorzystaniem motywu pierwszego kontaktu oraz skutecznym budowaniem napięcia. Na plus wypada też kreacja głównego bohatera. A że na półce czeka jeszcze trochę Fantastyki i przygody, to pewnie coś niedługo znów tu zobaczycie…

Sto lat temu radioteleskopy na Lunie odebrały pierwsze sygnały, co do których nikt nie mógł mieć wątpliwości. Wszystkie komputery potwierdzały, że nie pochodzą ze źródeł naturalnych. Ale nie była to odpowiedź. Nie były to nawet sygnały w potocznym rozumieniu tego słowa. Żadnego symbolu, pasma znaczeniowego, żadnej matematyki. Dwudziestowieczni astrofizycy potraktowaliby je jako nowy typ promieniowania gwiezdnego. Ale i najczulsze współczesne analizatory teraz, po kilkudziesięciu latach badań, wyrzucały na tablice wyników jedno zero po drugim.