Czasem po prostu sam sobie utrudniam życie. Jak tu napisać kreatywny wstęp, gdy niedawno musiałem wymyślać takiż nie tylko do wywiadu z Katarzyną Okelo, ale i do recenzji powieści mej dzisiejszej rozmówczyni? Pozostaje bawić się w taki (meta)psikusy. Tak czy owak: Magnolie zakwitną nocą było debiutem imponującym, więc postanowiłem podpytać Indigo Ciel o to i owo.

Przy przedstawianiu Indigo posunę się zaś do zagrywki, lenistwo me obnażającej. Miast w czcze parafrazy się bawić, przytoczę całość notki biograficznej ze strony instytutu: „Ślązaczka ze słabością do kultur Dalekiego Wschodu, którą życie wywiało jednak w zupełnie inny rejon świata – do Hiszpanii, gdzie zajmuje się absorbowaniem promieni słonecznych oraz sztuką programowania. Sjesty i inne wolne chwile upływają jej na pisaniu tomiszczy, introligatorstwie oraz pielęgnowaniu ogrodu w doniczkach. „Lepsze Światy” byłyby gorsze bez jej zmagań ze składem.”
A skoro już formalności mamy z głowy, pora na sedno. Bierzcie i czytajcie z tego wszyscy.
▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰
Magnolie zakwitną nocą to piękny i ukazujący wielką wiedzę hołd oddany Korei. Skąd ta wiedza i (zakładam) zamiłowanie do tego kraju?
Szczerze powiedziawszy, trudno jest mi uchwycić jeden moment, od którego zaczęło się moje zainteresowanie Dalekim Wschodem ogólnie. Na pewno sporo zawdzięczam mangom, które czytam regularnie już od ponad dwóch dekad. Gdy po 2010 roku koreańskie webtoony zyskały na popularności, przesiadka była banalnie łatwa. Obecnie chłonę wszelkie narracje: wspomniane manhwy, k-dramy, filmy, web nowele… cokolwiek wpadnie mi w ręce.
Wiele zawdzięczam więc popkulturze, lecz oczywiście to nie wystarcza, by wydać książkę. Zanim zaczęłam pisać Magnolie…, przesiedziałam tydzień w British Library. Na tym etapie wiedziałam jedynie dwie rzeczy: akcja książki ma się toczyć w czasach Joseonu, a bohaterką ma być szamanka. Siedziałam więc w bibliotece, nie tyle czytając książki o tej tematyce, ile robiąc zdjęcia, by przysiąść do nich później. To właśnie wtedy natknęłam się na zbiór szamańskich pieśni i w głowie zaczął mi się układać ogólny zarys fabuły.

Moja zakładka kupiona w British Library przesyła pozdrowienia. Ja tam niestety spędziłem tylko niecałe dwie godziny. Ale, ale… nim wrócę do samej powieści, zadam jeszcze pytanie dla siebie i potencjalnych zainteresowanych: gdybyś chciała kogoś zachęcić do takiego wsiąknięcia, jakie mangi, webtoony czy k-dramy polecałabyś na start?
Z mangami jest jak z literaturą – zależy, co kto lubi. Osobom, które nie miały jeszcze styczności z japońskimi komiksami, polecałabym Death Note (Tsugumi Ohba/Takeshi Obata), to najłatwiejszy wstęp – w miarę krótka historia, bez skomplikowanego światotwórstwa, przypomina znane nam thrillery. Dalej zależy już od zainteresowań. Jeśli ktoś lubi piękne fantastyczne światy, powinno mu się spodobać Atelier spiczastych kapeluszy (Kamome Shirahama), z kolei miłośników wymagającego SF zachęcam do sięgnięcia po Eden, It’s an Endless World! (Hiroki Endo). Zainteresowani fantastyką i gatunkiem shōnen mogą sięgnąć w pierwszej kolejności po Full Metal Alchemist (Hiromu Arakawa).
Można również zacząć od anime. Co ciekawe, w japońskich utworach (w tym także w literaturze) znajdziemy sporo motywów rzadko spotykanych w zachodniej kulturze, jak wszelkiego rodzaju zabawy genderowe. Wiele osób poznało świat anime dzięki produkcji Twoje imię (jap. Kimi no na wa), w której główny bohater i bohaterka zamieniają się ciałami. Warto zwrócić uwagę także na wszelkie romanse przeznaczone dla chłopaków, jak na przykład Kształt twojego głosu (jap. Koe no Katachi).
Koreańskie webtoony mają krótszą historię, ale i wśród nich znajdzie się kilka świetnych tytułów, np. On the Way to Meet Mom (Gomyang), który opowiada o dziecku szukającym matki. Moją ulubioną manhwą fantasy jest zdecydowanie Kubera (Currygom), fantastyczna opowieść czerpiąca z mitologii indyjskiej.
Miłośniczki romantasy przygodę z k-dramą mogą rozpocząć od Goblina (kor. Dokkaebi), a fani horroru od Sweet Home (swoją drogą serialu nakręconego właśnie na podstawie webtoona).
Dziękuję pięknie. Ze mnie jest staruch, co wszystkim poleca Cowboya Bebopa.

Ale wracając do samej powieści. Jak w ogóle zrodziła się taka twórcza potrzeba? Napisanie powieści do wielki wysiłek twórczy i wymaga nie lada wytrwałości.
Zgadzam się. To bardzo długa droga. Jak się do niej przygotować, to zależy już od pisarza. Można całość dokładnie sobie rozplanować i potem bez niespodzianek iść do celu; albo ruszyć, mając w głowie tylko zalążek pomysłu i niewiele więcej. Ja należę to tej drugiej grupy. Motywacja do pisania bierze się oczywiście z chęci opowiedzenia historii, ale także chęci zmierzenia się z pomysłem.
Co stanowiło największe wyzwanie? A może coś Cię zaskoczyło?
Pierwsze wyzwanie właściwie postawiłam sobie sama: chciałam napisać postać bardzo pasywną. Jeśli przeanalizujemy zachodnie narracje, zauważymy, że główni bohaterowie zawsze pchają fabułę do przodu, mierzą się z konkretnym zadaniem. Zastanawiałam się więc, dlaczego nie spróbować stworzyć postaci, która owszem, ma swoje pragnienia, ale nie potrafi ich zrealizować. Tak powstała Minsu, która jedynie reaguje na wydarzenia rozgrywające się wokół niej, ale nie jest ich przyczyną. Tylko raz w powieści decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce i wiemy, jak się to kończy.
Z kolei wyzwaniem wynikającym z pisania z pewnością były cztery ciągle przeplatające się punkty widzenia. Cały czas miałam wrażenie, że łatwiej byłoby pociągnąć jedną postać do końca, by dopiero wtedy zacząć kolejną, ale niestety fabuła mi na to nie pozwalała. Pisanie trwało więc dłużej, irytacji było co niemiara, ale jestem zadowolona z rezultatu.
O, to ciekawe. Ty napisałaś postać pasywną w sposób ciekawy i zrozumiały. Mnie z kolei irytują postaci, które niby są bohaterami, ratują światy i inne takie, ale w gruncie rzeczy działają niemal wyłącznie reaktywnie. Fabuła prowadzi postać, a nie postać fabułę. Nie wiem, czy to ja mam pecha, czy może jest to częste, ale taka irytacja przytrafia mi się często.

Wracając jednak do postaci, niektóre pisarki i pisarze mówią, że czasem ich kreacje niejako tworzą się same. Agnieszka Hałas pisała o głównym bohaterze Teatru węży, że momentami niejako się usamodzielniał i kształtował w trakcie pisania. Miewasz tak? Czy może od początku miałaś w głowie obraz tych postaci?
Powiedziałabym, że i jedno, i drugie. Jeśli postać jest jasno określona, to oczywiście, że pewne jej zachowania będą się wydawać naturalne, wynikające jasno z fabuły. Wiemy, jak zareaguje, a forsowanie innego zachowania będzie wyglądać out of character. Nie przeceniałabym jednak autonomiczności postaci. Nawet jeśli reakcje nie podlegają tak bardzo gestii autora, to dalej są to jedynie reakcje, a cała reszta – konstrukcja świata, wydarzenia, inni bohaterowie – to wszystko zależy już od pisarza.
Warto się zresztą zastanowić, czy w przypadku fantastyki, w przypadku której twórca ma całkowitą swobodę, kontrolę nad systemem, władzą, filozofią, czy też – idąc językiem Foucaulta – tworzy własny episteme, postacie w ogóle są w stanie mieć własną agendę i jak daleko ona sięga. Zasady świata, w ramach którego się poruszają, będą określone, i to od nich będzie zależeć, jakie reakcje będą zasadne. Nawet jeśli bohater chce nagiąć pewne ograniczenia, dostępne alternatywy również będą wynikały z konstrukcji świata. Dlatego Nuri najlepszy sposób na poprawę swojej sytuacji widzi w zamążpójściu. W ostatecznym rozrachunku bohaterki Magnolii… dotarły tam, gdzie przewidziałam, nawet jeśli z góry nie zaplanowałam wszystkich ich zachowań.
Ach, ten Foucault. Nie będę pytał o rolę autora w Twoim tekście, gdyż mogłoby się zrobić nazbyt hermetycznie, ale pozostanę w jakże kuszących okolicach teorii literatury. Gdybyś miała polecić komuś jakiś esej/książkę na początek przygody z tym tematem, to co byś wybrała?
Jeśli chodzi o literaturę, wolę praktykę od teorii. Niemniej zostańmy na moment przy Foucaulcie, napisał on bowiem esej na temat roli autora – Czym jest autor? – w którym uznaje, że autor nie jest źródłem znaczenia, ale funkcją porządkującą i ograniczającą sposoby interpretacji tekstów, bardziej rolą nadawaną przez kulturę niż samodzielnym twórcą sensu. Jest to esej mniej radykalny niż Śmierć autora Barthesa, za to dobrze obrazuje antyhumanizm Foucaulta.
Ostatnio dyskutowałam ze znajomymi, czy romans może mieć unhappy ending (i dlaczego nie), i przywołałam książkę, która również ściąga autora z piedestału, a mianowicie Art Worlds Howarda Beckera. Becker stwierdza, że sztuka nie jest działaniem jednego kreatywnego geniuszu, lecz kolektywnym produktem świata artystycznego, w tym pisarzy, czytelników, wydawców, krytyków i wszystkich innych zaangażowanych. Jest to książka bardziej socjologiczna aniżeli filozoficzna, więc napisana bardziej przystępnie. Sięgajcie śmiało. Ta pozycja stanowi doskonały punkt wyjścia do ciekawych rozmów na temat gatunków, konwencji itp.

O, dziękuję za polecenie. Ale, ale… Nie mogę nie zapytać: dlaczego romans nie może mieć unhappy endu? I czym się wtedy staje?
Romans jako gatunek ma dwie główne cechy: romantyczne uczucie jako siłę napędową oraz optymistyczne zakończenie. Romeo i Julia też ma miłość jako główną oś fabularną, jednak nikt nie nazwie tego romansem. Jeśli czytelnik dostanie w swoje ręce książkę o miłości romantycznej, której zakończenie nie obiecuje nawet happy for now, może szybko uznać, że hej, to nie jest romans. Zresztą i tak wydawca prędzej zakwalifikowałby taki tekst do literatury pięknej. W porównaniu z innymi gatunkami romans ma wyjątkowo sztywne konwencje, np. w przypadku powieści kryminalnych nawet niewskazanie sprawcy mieści się jeszcze w granicach gatunku, a żeby tekst został uznany za fantastykę, wystarczy obecność elementu fantastycznego. O tym, gdzie leżą granice danego gatunku, decydują nie tylko autorzy, ale także wydawcy i czytelnicy. Nie oznacza to, że autor musi pisać „pod publikę”, ale znajomość pewnych konwencji się przydaje. Jak pisał Becker, nie idziemy na balet, by obejrzeć ludzi zwyczajnie biegających, skaczących i upadających, ale robiących to w określony sposób, mieszczący się w konwencjach.
Co ciekawe, jedna książka może być wydana na dwa różne sposoby. Dla przykładu, mam w domu wydanie angielskie zbioru opowiadań Izumi Kyōki zatytułowane Japanese gothic tales (Japońskie opowieści gotyckie). Jeden z tekstów, Osen i Sōkichi, to historia, w której starsza Osen wspiera młodszego Sōkichi, by ten mógł kontynuować naukę. Nie ma w tej opowieści elementów fantastycznych, ale styl Kyōki, lekko marzycielski i tajemniczy, można by podciągnąć pod grozę. W Hiszpanii wydano to opowiadanie samodzielnie, pod tytułem La mujer carmesí (Szkarłatna kobieta), zupełnie nienawiązującym do gotyku (w dodatku ten ma w tradycji europejskiej pouczający wymiar, czego nie znajdziemy w tekstach Kyōki). Blurb na tylnej stronie okładki (w moim luźnym tłumaczeniu: erotyzm, czułość i surowość) także kojarzy się raczej z japońskim estetyzmem. Które wydanie bardziej pasuje do opowiadania o Osen i Sōkichi? Powiedziałabym, że to drugie, potencjalnymi czytelnikami byliby tutaj raczej fani Tanizakiego aniżeli miłośnicy gotyku.
Swoją drogą, Izumi Kyōka nie jest w Polsce specjalnie znany. Nie znalazłam polskiego wydania tego konkretnego opowiadania, za to ostatnio PiW wydał Opowieści niesamowite z języka japońskiego, w których znajdziemy dwie inne napisane przez niego historie. Kyōka ma cudowny styl, podobny do tego, który później znajdziemy u Yasunari Kawabaty, i przydałoby się więcej jego utworów na polskim rynku.
Bardzo ciekawy przykład z tymi dwoma okładkami – ciekawy, bo zahaczający o treść i interpretację. I rodzący pytanie, na ile forma samego wydania może wpłynąć na odbiór. Nie tak rzadko bowiem zdarza się, że książki spłyca się właśnie albo wpycha na inne półki właśnie poprzez okładki. Widać to chyba zwłaszcza w przypadku książek pisanych przez kobiety, z których to (książek, nie kobiet) na siłę próbuje robić się na przykład właśnie romanse, gdy takie wątki są poboczne, a sama powieść jest o czymś zupełnie innym. Zresztą wystarczy spojrzeć na to, jak promowane/przestawiane są cykle fantasy pisane przez mężczyzn, a jak przez kobiety. Znasz jakieś inne przykłady podobnych wpadek?
Obserwujesz rynek wydawniczy i krytykę literacką dokładniej niż ja, więc pewnie znasz więcej takich przypadków. Poniekąd wracamy tutaj do tezy, którą stawiał Becker – napisanie książki to jedynie początek, jej pozycja na rynku nie zależy od samego pisarza, ale od całej reszty świata artystycznego, w tym wydawców, marketingowców i krytyków. Ostatecznie „dobra” powieść jest po prostu nie tyle odkrywana, ile „konsekrowana”. Gdy zastanowimy się nad powodami tego stanu rzeczy, zdamy sobie sprawę, że cały obszar literatury został historycznie zbudowany wokół męskich norm, które z czasem stały się niezauważalne właśnie ze względu na swoją dominację. Nie powiedziałabym, że literaturę dzieli się na męską i żeńską, a raczej na uniwersalną oraz kobiecą. Cykle fantasy pisane przez mężczyzn traktowane są więc „normalnie”, historie przez nich napisane są oceniane jako „uniwersalne”, omawiające szeroko stan ludzkości, podczas gdy te pisane przez kobiety są o doświadczeniach kobiet. Sposobów obejścia tych reguł jest więc pełno: od publikacji pod własnym nazwiskiem, ale z inicjałami, aż po przyjęcie męskiego pseudonimu. Nie ma jednak co obwiniać autorek, w końcu gramy w grę ze znaczonymi kartami.
Ta męska uniwersalność sięga zresztą dalej. Postaciami w książkach będą mężczyźni, bo są bardziej „przezroczyści”. Kobieca postać będzie dużo częściej potrzebowała powodu, by wybrać się w podróż, a ze względów wymienionych wyżej jej perypetie nie trafią do męskich serc równie łatwo. Sama Le Guin przyznała, że na początku swojej kariery pisarskiej najłatwiej było jej stworzyć męskiego bohatera i dopiero później zadała sobie pytanie, dlaczego nie pisze o własnej płci. To, jak kobiece postacie pozostają nieprzezroczyste, widać nawet w tekstach pisanych przez samych mężczyzn, którzy zwracają przesadną uwagę na kobiecy wygląd, podczas gdy przy postaciach męskich główny nacisk stawiany jest na motywację czy rozumowanie. Podsumowując, jak pisała Simone de Beauvoir, mężczyzna to człowiek, a kobieta to kobieta.
Można zebrać się na odwagę i stworzyć kobiecą postać, przy czym również trzeba uważać, by nie nadać jej męskiego genderu, który również jest przezroczysty, pisałam o tym w eseju. Męskie cechy, obecność i dominacja wydają się „naturalne”, ale – jak nauczył nas poststrukturalizm – to, co „naturalne”, najczęściej jest historycznie uwarunkowane. Koniec końców, hierarchie kulturowe odzwierciedlają hierarchie społeczne.
Edukacyjnie, angielsko-filologicznie od razu nasuwa mi się anglojęzyczna dwuznaczność (w świetle Twoich uwag pozorna) słowa „man”. Dawno temu na blogu pisałem zresztą o tych wątkach, ale głównie z perspektywy amerykańsko-wydawniczej, bo natknąłem się na kilka ciekawych artykułów między innymi o próbach wydania książki jako kobieta. Ale polecam tam zajrzeć choćby po to, żeby zobaczyć „kobiece” wersje okładek znanych książek napisanych przez mężczyzn.

A gdybyś miała wskazać pisarza, który kobiety pisze „dobrze”, kogo byś wskazała?
Z polskich pisarzy najlepiej wypada jednak Sapkowski, choć i on momentami potrafi zirytować czytelniczki. Ze światowych? Przychodzą mi na myśl tylko japońskie dzieła, może ze względu na własne zainteresowania, ale bez zastanawiania się mogę wymienić Black Lagoon, Ghost in the Shell, Golden Kamuy, Eden… Nawet mangi shōnen mają świetnie postacie kobiece (Neon Genesis Evangelion, Claymore). Dorzućmy do tego dzieła studia Ghibli czy Makoto Shinkai i mamy w czym przebierać.
Ach, jakiż ból dla mojego serca. Mnie Murakami porwał jeszcze na studiach i wtedy rzeczywiście byłem oczarowany. Wtedy na pewno zbyt mało wyrobiony literacko byłem, żeby to zauważyć. Od dłuższego jednak czasu jakoś mam opory przed sięganiem po kolejne jego książki, więc może coś podskórnie do mnie docierało. Idąc zaś tym tropem – kojarzysz innych autorów/inne autorki znane i cenione przez większość, a Tobie zupełnie nieleżące? Lub odwrotnie: niedoceniane (lub gorzej) przez większość, a przez Ciebie cenione?
Szczerze powiedziawszy, jestem niecierpliwą czytelniczką, która wymaga od książek dobrego stylu i jeszcze lepszego podtrzymania uwagi. Czytam kilka książek naraz, więc i sporo po drodze porzucam. Tytuły, które naprawdę cenię, często są mało (lub w ogóle) znane, jak wspomniany wcześniej Kyōka. Moją ulubioną książką jest Zagłada Akiry Yoshimury, uwielbiam w niej zarówno styl, jak i fabułę i postacie, przy czym zaznaczę, że czytałam tę książkę po angielsku (Shipwrecks). Co ciekawe, ta historia ma zaledwie około stu pięćdziesięciu stron, więc trochę za mało jak na powieść, ale za dużo na nowelę. Chociaż sama piszę grube książki, jako czytelniczka uwielbiam zwięzłe historie, skupione na jednym wątku. Gdybym miała szczególnie ubolewać nad niedocenianiem czegoś, to właśnie tego typu utworów. Może kiedyś jeszcze nowele i podobne wrócą do łask, na razie królują opowiadania (i ich zbiory) oraz powieści.
Zagładą będę się musiał w takim razie zainteresować. A co do tych za krótkich na powieść, a za długich na nowelę, to chyba anglosaska novella by tu pasowała, która to mimo nazwy nie do końca nowelą jest. Ma ona zresztą swe kategorie w nagrodach fantastycznych. Może gdyby polski rynek wydawniczy był zdrowszy, to by ich więcej wychodziło. Ja od siebie w takich rozmiarach mocno polecam cykl Singing Hills Nghi Vo.
Na koniec zaś wrócę do początku: jak w ogóle się stało, że trafiłaś do Lepszych Światów?
Znamy się z Kasią Okelo od lat, to właśnie ona czytała moje pierwsze próby pisarskie i to dzięki jej komentarzom jestem tu, gdzie jestem – stąd dedykacja w Magnoliach… Kasia jest i zawsze będzie moją redaktorką (choć obecnie już nie tylko moją). W napisanie Magnolii… włożyłam dużo czasu i serca, chciałam więc powierzyć tę książkę komuś, komu ufam.

Zaufanie… Oto słowo klucz w wielu branżach. No i w ogóle w każdych relacjach międzyludzkich. I mam wrażenie, że we współczesności-codzienności mamy jego kryzys. Ale to już taki komentarz odautorski, marginesowy. A może masz na sam koniec kilka słów, by mój pesymizm skontrować? Albo wręcz przeciwnie: dołożysz do tego lewy sierpowy?
Nie nazwałabym obecnej sytuacji kryzysem zaufania, bo sugeruje to tymczasowość. Wydaje mi się raczej, że to, jak ufamy i komu, zmieniło się diametralnie w ostatnich dekadach i powrót będzie trudny, jeśli nie niemożliwy. Powody tego stanu rzeczy możemy znaleźć w zmierzchu instytucji, niegdyś dzierżących władzę symboliczną i mogącą nadawać kapitał symboliczny (używając terminologii Pierre’a Bourdieu). Przekładając to na nasz rynek – wydanie książki w najbardziej znanym wydawnictwie nie daje obecnie nie tylko gwarancji sukcesu, ale nawet porządnej redakcji, i nikt nie wydaje się tym faktem zaniepokojony, bo w zasadzie nikt już wydawnictwom nie ufa i nie ma wobec nich żadnych oczekiwań.
Foucault pisał, że społeczeństwa dyscyplinarne mają własne instytucje, które z kolei posiadają autorytet oraz zaufanie ludzi, że są konieczne i potrzebne. Powoli to zanika. Żyjemy w czasach, w których brak zaufania mamy w nawykach i przyzwyczajeniach (habitus u Bourdieu): studia nie gwarantują dobrej pracy, wykonywanie swoich obowiązków nie gwarantuje zatrudnienia, dziennikarstwo przestaje być (może nigdy nie było) niezależne, za to czasy internetowe dobrze pokazują, jak bardzo media muszą grać pod nastroje społeczne. W naszym środowisku taka erozja instytucji odbija się w taki sposób, że skoro wydawnictwa nie gwarantują dobrego wydania, coraz więcej osób publikuje książki na własną rękę. Zresztą wydawnictwa coraz częściej priorytetyzują autorów już posiadających kapitał symboliczny (prestiż, sławę) – influencer, polityk czy aktor mają obecnie większą szansę na wydanie i szeroką promocję niż nieznany, choćby i wybitnie utalentowany, debiutant.
Skoro więc wydawnictwa, krytycy literaccy, periodyki i inne instytucje nie produkują już takiej ilości kapitału symbolicznego jak kiedyś, to kto to robi? Komu ufamy, gdy decydujemy się kupić książkę?
Można postawić tezę, że nastąpiła fragmentaryzacja zaufania – teraz każda osoba w internecie może pisać recenzje i oceniać książki. Niemniej jedna osoba bestselleru nie stworzy. Dopiero większa liczba pozytywnych ocen zaczyna budować obraz wartościowej książki. Doszliśmy do nieco paradoksalnej sytuacji, że oceny indywidualne są ważne, ale dopiero w masie, i ostatecznie obdarzamy zaufaniem algorytmy. Zamiast do społeczeństwa dyscyplinarnego doszliśmy do społeczeństwa kontroli, o którym pisał Gilles Deleuze, skupionego na danych. Warto zapytać samego siebie, jak często po usłyszeniu o nowej książce kierujemy się na Lubimy Czytać czy Goodreads, by sprawdzić średnie oceny, wyeksponowane zresztą, jakby stanowiły źródło prawdy. Indywidualne recenzje, owszem, są wyróżniane, ale raczej jako dowód prawidłowego działania algorytmu. Same wydawnictwa czasami robią zrzuty ekranu z Lubimy Czytać i wrzucają je jako na swoje profile społecznościowe jako reklamę, oddając się w ręce nowym dyktatorom.
Może nie musimy więc ufać instytucjom, wszak wystarczy, że ufamy danym. Podobnie z systemami rekomendacji: traktujemy je jako neutralne, a przecież są nastawione głównie na sprzedaż. Nietrudno sobie wyobrazić, że wkrótce zaufaniem obdarzymy sztuczną inteligencję i nie powstrzyma nas przed tym nawet fakt, że może się mylić. W końcu w algorytmach chodzi jedynie o prawdopodobieństwo. Ostatecznie algorytmy kontrolujące, jakie informacje są podawane, a jednocześnie udające obiektywność, stają się nowym źródłem przemocy symbolicznej skierowanym tak w stronę czytelników (co mają czytać), jak i autorów (co mają pisać) oraz wydawców (co mają wydawać).
Nie będzie lepiej. Nie ufamy nawet samym sobie, wszak ile razy zamiast szukać fragmentu książki, by ocenić, czy nam się podoba, sprawdzamy wyselekcjonowane przez algorytmy opinie innych. Powstaje pytanie, czy jeszcze mamy gust i jak go wyrażamy.
Trochę się rozgadałam. Zaznaczę na koniec, że oczywiście rynek książki zawsze miał swoich mediatorów, czy to w postaci krytyków, magazynów literackich, czy też księgarzy i bibliotekarzy, którzy polecali nam konkretne tytuły. Algorytmy też są mediatorami. Różnica jest taka, że są programowane pod zaangażowanie i sprzedaż, a nie rozwój osobisty, jakiego byśmy oczekiwali od obcowania z kulturą.
Ostatecznie mam nadzieję, że ta stara forma pośredników w kulturze nie zaniknie, że dalej będziemy czytać niezależnych opiniotwórców, którzy nie tylko omawiają wypychane przez algorytmy tematy, ale i na własną rękę szukają nowych, interesujących głosów. Że nagrody literackie nie znikną, mimo że traktowanie ich jako obiektywnej formy oceny jakości pełne jest symbolicznej przemocy (w końcu zawsze gardziły one fantastyką). Że nie znikną periodyki ani serwisy internetowe, gdzie przynajmniej można się pokłócić o kulturę. Że biblioteki i księgarnie dalej będą istnieć i zatrudniać osoby, które są w stanie coś polecić i dopasować książkę do czytelnika (rozumianego jako indywiduum, a nie pakiet danych). A finalnie – że nie znikną wydawnictwa, które nie będą się bały szukać nowych autorów, i czytelnicy chętni do sięgnięcia nie tylko po to, co proponują algorytmy.

▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰▰
Kończymy nutą nadziei i niepewności. Co Wy sądzicie o tym przetrwaniu pośredników? No i tradycyjnie: czy macie jakieś pytania do mojej rozmówczyni? Albo też przemyślenia innej natury? Ja zaś za uwagę i czas dziękuję i zapraszam do wywiadów kolejnych, gdyż w toku już są.
Jesteśmy poddani produkcji prawdy przez władzę i nie możemy sprawować władzy inaczej jak tylko przez produkcję prawdy. (…) Władza nigdy nie zaprzestaje swej ingerencji, swej inkwizycji, swej rejestracji prawdy. Ona instytucjonalizuje, profesjonalizuje i nagradza jej poszukiwanie.
[Michel Foucault, Porządek dyskursu]
Dodaj komentarz