Tekst niniejszy zacząć chciałbym od przyzwania, wezwania i uproszenia sił wyższych książkowych o pomoc i łaskę dla Uczty Wyobraźni. Niedawno dowiedziałem się bowiem, że MAG będzie wygaszał serię Artefakty i bardzo, bardzo bym nie chciał, aby to samo spotkało ten zbiór perełek fantastyczno-naukowych. Jedną z nich są zresztą Ptaki, które zniknęły Simona Jimeneza.

ptaki które zniknęły

Nia Imani żyje na pograniczu światów i epok. W życiach innych przemykają dziesięciolecia, lecz ją wstrzymuje relatywność. Wszyscy, na których kiedyś jej zależało, zestarzeli się bez niej, a praca pozostała jedyną stałą w jej życiu. Odizolowana i pozbawiona celu, egzystuje od jednej (raczej marnej) wypłaty do drugiej, aż do momentu, gdy przypadkowe spotkanie zmienia wszystko: tajemniczy chłopiec, który dosłownie spadł z nieba. Chłopiec prześladowany przez rany z przeszłości i przez nią ścigany.

Pisząc nie tak dawno o Excession Iana M. Banksa, rozwodziłem się nad odmiennością prozy Szkota, a tu przychodzi mi zaraz Jimenez i też prezentuje mutację nietypową. Jest tu bowiem bardzo mocny szkielet science fiction (efekty dylatacji czasu, kluczowa rola nauki, ukazanie wpływu technologii na życie w przyszłości), ale jednocześnie głównymi motywami są relacje między ludzkie i wyrywane siłą wyższym odrobiny wolności. Wizja przyszłości prezentowana przez Amerykanina jest bowiem zdecydowanie pesymistyczna. Dominującą siłą w galaktyce jest korporacja Umbai, której bliżej do imperialnych molochów handlowych z XVII wieku: żeruje na bogactwie naturalnym planet, stosując przemoc handlową i odcinając ich mieszkańców od reszty wszechświata. Zmieniają nawet ich nazwy na własną modłę (np. Umbai-V). I choć niektóre ze światów nie są skazane na życie w de facto średniowiecznym xxx, to dla większości pozostaje xxx albo wyścig szczurów.

Jak w poprzednim akapicie wspomniane zostało, Ptaki, które zniknęły skupiają się także na relacjach międzyludzkich. Płaskie i xxx zdecydowanie uprzykrzyłyby więc lekturę, ale na szczęście tu jest wręcz przeciwnie. Jimenez postawił w większości bohaterów na autentyczność kosztem potencjału sympatii. Innymi słowy: wiele z nich będzie trudno polubić, ale jeszcze trudniej odmówić im wyrazistości i wiarygodności. Kreacja postaci jest bowiem koherentna ze światotwórstwem — mało bowiem kto nie ma za sobą trudniej, bolesnej przeszłości, która traumami i popełnionymi błędami nie kształtowałaby zachowań i charakteru. Niewinne pozostaje w zasadzie tylko dziecko, ale nawet najbardziej wątpliwe decyzje jednostek bledną przy bezosobowym, bezdusznym okrucieństwie korporacji.

Bogactwo postaci i przeskoki czasowe pozwalają zaś autorowi ukazać wykreowany świat z różnych punktów i perspektyw: od początków kosmicznej ekspansji (i zepsuci), przez szarą codzienność międzygwiezdną aż po neokolonialny wyzysk. Z początku taki rozstrzał bywa męczący i nieco konfundujący, ale z czasem składa się w mozaikową, lecz zborną całość. Spójność da się także zauważyć na linii fabularno-stylistycznej, gdyż ważny jest tu aspekt muzyczny. Muzyka odgrywa bowiem nieogromną acz węzłową role w fabule, a jednocześnie styl Jimeneza można określić jako muzyczny. Ton potrafi się zmieniać, rytm zdań przyspieszać, a i metaforyka mocno ewokacyjną jest.

Ptaki, które zniknęły to kolejny z dowodów na to, jak potrzebne są serie takie jak Uczta Wyobraźni. Jest to proza nieoczywista i niełatwa, ale wynagradzająca czytelniczy wysiłek dużą dozą satysfakcji. Interesujące pomysły, solidne światotwórstwo oraz dobrze napisane postaci łączą się w zaskakująco poruszającą całość.

Słowa wypa­dły mu z ust jak kamyki.
Ale ona je pozbie­rała, jedno po dru­gim, i powie­działa mu, że on także jest piękny – wtedy w jej oczach dostrzegł to samo pra­gnie­nie. Poszedł za nią pomię­dzy tan­ce­rzami, mija­jąc dłu­gie stoły, przy któ­rych jedli ludzie, mija­jąc Sada i innych samot­nych mło­dych męż­czyzn, któ­rzy pili, pocie­szali się nawza­jem i zagryźli wargi z zazdro­ści, gdy on i poza­świa­tówka odda­lali się w mrok.