Sąsiedzko-handlowe grupy facebookowe przeważnie są źródłem trampolin, rowerów i innych mebli, ale osobniki czujne, uważne i fartem obdarzone mogą wyczaić na nich i okazje ciekawsze. Takim bowiem sposobem i za sprawą czyjejś przeprowadzki domostwo me weszło w posiadanie kilku kryminałów klasy solidnej. Była wśród nich Wiosna zaginionych Anny Kańtoch, która to pierwsza na tapet trafiła z tego zdobycznego zestawu.
wiosna zaginionych

Krystyna, była funkcjonariuszka policji, od lat nosi w sobie ciężar niewyjaśnionego zaginięcia brata. W 1963 roku pięcioro studentów wybrało się na wyprawę w Tatry, lecz trójka została tam na zawsze. Brat Krystyny przepadł bez śladu, a jedyną osobą, która wróciła z gór żywa, był Jacek. Ponad pół wieku później Krystyna przypadkiem dostrzega Jacka w osiedlowym sklepie. Szybko odkrywa, że od lat mieszka w tej samej dzielnicy, ukrywając się pod innym nazwiskiem. Przekonana, że zna może on znać odpowiedzi na pytania dręczące ją od dekad, postanawia zmusić go do wyjawienia prawdy. Późnym wieczorem rusza do jego domu, a plecaku ma nóż.

Anna Kańtoch to autorka, która na tym blogu chwalona była głównie (choć nie tylko) za powieści okołofantastyczne, ale Wiosna zaginionych to kolejny dowód na to, że w innych gatunkach się sprawdza. W tym przypadku czytelnik otrzymuje bowiem kryminał w wydaniu w zasadzie klasycznym, co niestety oznacza momentami odtwórczym. Są tu elementy, które można uznać za ciekawe czy też ciut przewrotne, ale – patrząc szerzej gatunkowo – dla takich fabuł są typowe. Krystyna Lesińska jest co prawda emerytką i pewne dolegliwości się jej imają, ale tak poza tym bardzo daleko jej do typowej seniorki. Nie licząc może nie do końca ciepłych stosunków rodzinnych i kilku unowocześnień (np. zamiłowanie do Netfliksa), jest to znana z wielu innych kryminalnych fabuł energiczna, inteligentna starsza pani o ciętym języku. Nieco ciekawiej, choć nie bez klisz, jest na szczęście dalej od pierwszego planu.

Zdecydowanie bardziej pozytywnie wypada zaś kwestia dla kryminału kluczowa, czyli zagadka. Wiosna zaginionych zapewnia czytelnikom niemało frajdy na drodze do jej rozwikłania. Dla wprawionych czytelników ogólny zarys finału nie będzie może aż tak trudny do odgadnięcia, ale to w szczegółach kryje się uciecha. Intryga jest nie tyle wielopoziomowa, co wieloelementowa – teraźniejszość z zaszłością, kilka miast, niejedna zbrodnia, tajemnicze telefony… Na koniec wszystko to składa się na dobrze prowadzoną, niepozbawioną pełnych napięcia scen historię. Choć w zasadzie słowo „wszystko” nie jest tu w pełni uzasadnione, gdyż autorka – z pełną świadomością podkreśloną posłowiem – zostawia pewien kluczowy, mocno czytelników nęcący wątek na części kolejne.

Dla niektórych nie będzie to problemem, ale Wiosna zaginionych nie stara się być niczym więcej niż solidnym kryminałem. Pierwszy element tego standardowego zestawu został już wspomniany: postaci z podręcznego przybornika. Nie ma tu też na przykład pogłębionego portretu społeczeństwa lub też społeczności oraz miejsca. Gdyby usunąć kilka śląskogwarowych wtrętów, akcję z Katowic można by w zasadzie przenieść do każdego innego miasta w Polsce. Jest tak właśnie ze względu na pewną uniwersalność krajobrazową i płaskość socjalną. Może ktoś miejscowy odnajdzie tam coś więcej, ale dla nielokalsów będzie po prostu zwyczajnie. Jeśli więc szuka się „czegoś więcej”, to może tu nastąpić delikatne rozczarowanie, lecz materia czysto gatunkowa jest solidna.

Wiem, że ponarzekałem powyżej niemało, ale koniec końców Wiosna zaginionych była dla mnie lekturą satysfakcjonującą i chciałbym to podkreślić. Na potrzeby recenzji staram się tu pokazać powieść od różnych stron i z różnych perspektyw, ale czysto subiektywnie czytało mi się bardzo dobrze. Poczułem nieco sympatii dla Krystyny Lesińskiej i bardzo ciekaw jestem, co w tych Tatrach się wydarzyło.

Nie czułam się staruszką, ale tak wyglądałam i cieszyłam się z tego, ponieważ staruszki nie są groźne, staruszek nikt nie podejrzewa, a ja wiedziałam już, że zamierzam popełnić przestępstwo.