W liście do Roberta Hooke’a Izaak Newton zawarł takiego oto wyznanie: „Jeśli widziałem dalej, to tylko dlatego, że stałem na ramionach olbrzymów”. Później, w dużej mierze za sprawą Umberto Eco, fraza ta została wtłoczona w świat krytyki literackiej. Dla mnie zaś wiąże się z satysfakcją ze śledzenia powiązań i inspiracji pomiędzy poszczególnymi dziełami. Król w żółci to zaś zbiór, do którego prowadzi Lovecraft, a przez niego i reszta cthuliańskiego uniwersum.

król w żółci

Robert W. Chambers to jeden z tych autorów, którzy wywarli wielki wpływ na literacką grozę, ale nad Wisłą jest raczej kojarzony niż znany (za dowód rzeczowy niech posłuży brak strony autora na polskiej wikipedii). Co prawda Lovecraft i inni uważali, że miał on większy potencjał, ale i tak był dla wielu inspiracją. Uważa się go za jednego z pierwszych twórców weird fiction, ale tworzył także opowiadania historyczne elementów fantastycznych pozbawione. Zbiór dziesięciu opowiadań wydany przez ArtRage daje przegląd tego zróżnicowania, ale i utrudnia jednoznaczną ocenę, ale o tym już poniżej.

Na początek warto zaznaczyć, że Król w żółci nie wziął tytułu od żadnego z opowiadań, a od obecnego lub wspomnianego w pięciu pierwszych tekstach dramatu o tym samym tytule. Jest to dzieło wymyślone na potrzeby Chambersa, a które ma na czytelników sprowadzać szaleństwo oraz/lub zgubę (puk, puk, tu Necronomicon). Cieszyć się więc pozostaje, że na stronach książki zawarte są tylko urywki z niego. A tak nieco bardziej serio — taki przenikający poszczególne opowieści nie tylko podbije poczucie grozy, ale i służy autorowi za podstawę dla innego kluczowego zabiegu. Chodzi mianowicie o niewiarygodnych narratorów, którzy to budują poczucie niepewności i odrealnienia. Widać to zwłaszcza otwierającej zbiór Reperacji Reputacji, w której to zaobserwować można kumulację tych środków. Im dalej w tekst, tym więcej elementów okazuje się być potencjalnymi zmyśleniami lub wytworami chorego umysłu: od alternatywnej (ciekawej, tak na marginesie) wersji rzeczywistości po (nie)konkretne wydarzenia.

W innych opowiadaniach to poczucie zagubienia nie jest aż tak intensywne, ale Chambers i tak jest świetny w kreowaniu klimatu. I nie musi to wcale być nastrój grozy. W Ulicy Czterech Wiatrów będzie to na przykład ponury oniryzm, a już w Rue Barrée beztroska i wesołość. Swym kunsztem językowym Amerykanin potrafi skutecznie manipulować emocjami czytelników. Oczywiście, nie byłoby tak odczuwalne, gdyby nie świetny przekład Tomasza S. Gałązki. Tłumacz (i redaktor) popisał się językowo, a wydawnictwo ArtRage wypada docenić nie tylko za jakość wydania, ale za wydanie w ogóle, bo choć zbiór o tym tytule był niby wcześniej wydany, ale doszło tam do pomieszania w doborze tekstów.

Wspomniany w poprzednim akapicie Tomasz S. Gałązka w wywiadzie z bloga niniejszego wskazał na pewną po części problematyczną właściwość prozy Chambersa, a która do pewnego stopnia odnosi się i do całego zbioru. Pisał on tam tak: „Zapakować do opowiadania z niewiarygodnym narratorem i wątkiem tajemnej historii telenowelowy układ miłosny? Tylko tu! W dość przecież banalny romans z czasów wojny francusko-pruskiej wbić rewelacyjną scenę batalistyczną? Tylko on!Król w żółci jest bowiem zbiorem, w którym swoista nierówność przejawia się w samych opowiadaniach, ale też pomiędzy nimi. Istnieje bowiem ryzyko, że osoby szukające lovecraftowskich mroków rozczarują się humorem i idyllą oraz vice versa. Z czytelniczego stanu pełnego skupienia wytrącać mogą także wspomniana w powyższym cytacie dysharmonia. Z drugiej zaś trony, osoby o guście eklektycznym powinny być ukontentowane.

król w żółci

Król w żółci to zbiór zdecydowanie wart uwagi. Teksty w nim zebrane ukazują zróżnicowany talent autora, który wywarł niemały wpływ nie tylko na literaturę grozy. Największe wrażenie robi niepewnością podszyte budowanie grozy, ale i z niefantastycznymi narracjami Chambers radzi sobie z wdziękiem. I pamiętajcie: Carcosa czeka, Carcosa czyha.

Maska, którą nałożyłem na twarz, by oszukać samego siebie, nie była już dłużej maską, była częścią mnie. Noc ją ze mnie zdzierała, odsłaniając prawdę, która się pod nią dławiła; nikt tego jednak nie widział poza mną, a gdy dzień wstawał, maska sama, z własnej woli powracała.