Dzisiejsza literatura, także ta określana jako „rozrywkowa”, stoi mieszaniem gatunków, intertekstualizmem i eksperymentami. Dlatego też rzadko dziś spotyka się powieści będące klasycznym przedstawicielem danego gatunku, a jednocześnie niebędące entą częścią sztampowego cyklu. Star Carrier autorstwa Iana Douglasa jest właśnie takim wyjątkiem, jest to bowiem militarne science fiction w wydaniu nieskażonym. Wydawnictwo Drageus dokonało ciekawego wyboru na drugą powieść w swym katalogu, a my sprawdźmy czy był to wybór słuszny.

Początek jest typowy dla wielu dzieł tego typu – w XXV wieku ludzkość prowadzi wojnę z Galaktycznym Imperium Sh’daar. Władcy tegoż imperium doszli bowiem do wniosku, że rozwój technologiczny Ziemian postępuje w zbyt dużym tempie i stanowi zagrożenie dla całego Wszechświata. Nie wiadomo jednak, dlaczego ludzkość stanowi aż tak poważne niebezpieczeństwo. Pewne jest jednak, że Konfederacja nie ma zamiaru zaniechać rozwoju i będzie walczyła o swą niezależność, nawet w zupełnym osamotnieniu. Jak na razie ludzkość ponosi same straty – traci kontrolę nad koloniami i próbuje wycofywać się w sposób kontrolowany. Akcja powieści rozpoczyna się, gdy jedna z flot Konfederacji przeprowadza kontr-uderzenie na flotę Turuschów, którzy próbują unicestwić kolonię na planecie Eta Boötis.

Jeśli komuś się spodoba, jest co czytać
Główna zaletą Star Carrier jest niezwykle sprawnie prowadzona akcja. Nie ma tu żadnego rozbudowanego wstępu, czy też niepotrzebnego zarzucania czytelnika informacjami – od razu zostajemy wsadzeni w kokpit myśliwca jednego z pilotów Konfederacji, Trevora Graya, który za chwilę wykona skok podprzestrzenny i rozpocznie bitwę. Tempo narracji zwalnia jedynie w środkowej części powieści, ale jest to tylko interludium do kolejnych starć. W całym tym pędzie autor nie zapomniał o odpowiednim zaprezentowaniu technologii, pojazdów, a także taktyk obu stron konfliktu. Wszystkie te elementy opisywane są ze znawstwem, a przy tym w sposób, który nie zakłóca przebiegu akcji. W dodatku same starcia opisywane są dynamicznym językiem. Czytelnik ma także zawsze możliwość spojrzenia na nie tylko z punktowej perspektywy pilota, lecz także spojrzeć strategicznym okiem admirała Koeniga. Warto także dodać, że zmiany punktu widzenia nie wprowadzają chaosu do opowieści, wręcz przeciwnie, dzięki nim czytelnik ma szersze spojrzenie na pole bitwy.
Autora należy także pochwalić za to, że przy tak silnym nacisku na batalistyczny aspekt powieści nie zaniedbał innych ważnych elementów. Czytelnik nie znajdzie tu co prawda pogłębionych portretów psychologicznych, ale wykreowane przez Douglasa postacie są za to wiarygodne. Gray to facet z krwi i kości, buntownik i wyrzutek, który do armii trafił nie do końca ze swojej woli i ma spore problemy z wpasowaniem się w jej zhierarchizowane struktury. Blisko szczytu tej hierarchii jest natomiast admirał Koenig, który z kolei nie radzi sobie dobrze z politycznym nadzorem nad swoimi działaniami, ale dowódcą jest wybornym (choć momentami zbyt skorym do stawiania wszystkiego na jedną kartę). Niczego nie można też zarzucić kreacji świata – w tle toczą się ziemskie intrygi, a i Galaktyczne Imperium okazuje się nie być monolitem.

Wracając do kwestii poruszonej we wstępie, uznać należy, że wydawnictwo Drageus dokonało wyboru ze wszech miar słusznego. Star Carrier. Pierwsze uderzenie nie stanowi przełomu w swoim gatunku, nie jest dziełem wybitnym, ale zapewnia solidną dawkę rozrywki na wysokim poziomie. Żaden miłośnik kosmicznych starć na wielką skalę oraz karkołomnych pojedynków pilotów nie powinien narzekać na brak wrażeń. Przyznam szczerze, że z niecierpliwością oczekuję na ciąg dalszy.
Wojna oznacza śmierć, panie Quintanilla, śmierć dzielnych ludzi wypełniających swoją powinność. Nie podoba mi się to ani odrobinę bardziej niż panu. Gdybym mógł machnięciem ręki zmienić prawa fizyki, zrobiłbym to.
Dodaj komentarz