Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Zracjonalizowane baśnie o wróblach, czyli „Kosmodrom” Konrada Fiałkowskiego

Jeszcze jakiś czas temu, bardziej z konieczności niż wyboru, byłem czytelnikiem często zdającym się na przypadek. Z racji ograniczonych zasobów finansowych korzystałem intensywnie z bibliotek, lumpeksów bogatych w mainstreamowe książki anglojęzyczne oraz księgozbiorów znajomych. Nie oznacza to, że brałem książki zupełnie na ślepo, ale zdarzało mi się wybrać ciekawie zapowiadający się tytuł z półki np. japońskiej, nie znając autora. Teraz nikt mi nie broni korzystania z biblioteki, ale katalog dostępny online ograniczył losowość. Na całe szczęście jest antykwariat! Po prześwietnym Tytusie Groanie przyszła pora na Kosmodrom Konrada Fiałkowskiego.

kosmo0

O ile w przypadku dzieła Mervyna Peake’a wybór był podszyty pewną wcześniejszą wiedzą, to w przypadku Kosmodromu zadecydowało czytelnicze przeczucie. Post factum okazało się, że intuicja ma sprowadziła me ręce zbiór zawierający wszystkie opowiadania autora, a w dodatku trafiłem na wydanie jednotomowe. Bardzo rzadko zdarza się, by w tak zwięzłej formie wchłonąć niemal cały dorobek autora (poza tym napisał też dwie powieści). Niecnie zmierzę Was według własnej miary i założę, że większość z Was nie wie, kim był imć Konrad Fiałkowski lub też widzi w nim zubożonego o jedną literkę krewnego pewnego zacnego blogera. Konrad Fiałkowski to nie tylko pisarz, ale i naukowiec. Jest profesorem elektroniki (profesura zwyczajna Uniwersytetu Warszawskiego oraz w Rensselaer Polytechnic Institute w Troy), a jego specjalnością jest modelowanie cyfrowe. A do tego członek-senior Institute of Electrical and Electronics Engineers oraz specjalista od spraw komputerowych w organizacji UNESCO. Uznanie zdobył także zdobył uznanie – regularnie reprezentował Polskę na konwentach World SF, w 1976 roku (Eurocon Poznań) otrzymał nagrodę za całokształt twórczości, a jego utwory były tłumaczone na kilkanaście języków.

Dość jednak tych biograficznych szczegółów, pora na literaturę. Choć opowiadania Fiałkowskiego można z grubsza podzielić na koncentrujące się na aspekcie technicznym lub aspekcie ludzkim, to napotkać w nich można motywów bogactwo. Od perypetii studentów z maszyną odczytująca myśli (Cerebroskop), przez cierpkie spojrzenie na nasze czasy z perspektywy bardziej ucywilizowanej ludzkości (Strażnik) aż po podróże w czasie (Włókno Claperiusa) i siłę mediów (Ja, Milikilos). Nie brak tu też fantastyczno-naukowych standardów w postaci kontaktów w obcą cywilizacją (Wróble galaktyki i Nieśmiertelny z Wegi), ale są one potraktowane dość oryginalnie. Nie brak tu też zróżnicowania pod względem nastroju. Perypetie studentów czy też młodych adeptów kosmicznych są potraktowane ze sporą dozą humoru, ale są i opowiadania o dużej dawce napięcia oraz dobitnie komentujących człowiecze przywary. Pod względem językowym jest solidnie, ale bez stylistycznych wodotrysków. Część słownictwa nieco trąci myszką, ale większość opowiadań zestarzała się z gracją – część ukazuje pomysły ciekawe koncepcyjnie ciekawe do dziś, a inne koncentrują się na zagadnieniach coraz bardziej aktualnych.

Nie będę tu się rozpisywał o wszystkich opowiadań, ale wyróżnię dwa z nich. Pierwsze to Szansa śmierci, która opowiada o komplikacjach związanych z przenoszeniem ludzkiej świadomości do maszyn. Efektem takich działań jest mnemokopia, która ma być receptą na eksplorację kosmicznych dali. Akcja zawiązuje się, gdy pewien dociekliwy profesor postanawia poznać swą kopię wbrew wyraźnym instrukcjom. Spotkanie oryginału z przerażoną zbliżającą się kosmiczną samotnością kopią oraz konstruktorem elektronicznego umysłu to sytuacja pełna napięcia i zapewniająca pożywkę dla refleksji. Śledzenie toku myślenia mnemokopii, konfliktu oryginału z kopią oraz zastanawiania się nad istotą „człowieczeństwa” czynią z Szansy śmierci świetne opowiadanie. Drugie opowiadanie to „Wróble galaktyki”, które zawiera motyw znany choćby z Pikniku na skraju galaktyki czy bułyczowskiego Wielkiego Guslaru, lecz zostało opublikowane w 1962 roku. Z początku wydaje się to być typowe dla tamtych lat przygodowe science fiction ze sporą dawką akcji i zaawansowanymi technicznie obcymi o wrogich zamiarach. Końcowy wydźwięk jest jednak zupełnie inny, gdyż wrogość przybyszów okazuje się być wynikiem ludzkiego egotyzmu. Jakże gorzko brzmią słowa z cytatu wieńczącego ten wpis.

kosmo3

Kosmodrom to bardzo solidny zbiór opowiadań science-fiction, a przy tym i znaczny kawałek historii tego gatunku w Polsce. Zróżnicowanie tematów, ciągła aktualność człowieczych przypadłości i odpowiednio cierpka ironia sprawiają, że warto po nie sięgnąć i dziś. Nie trzeba zresztą latać po antykwariatach – można zaopatrzyć się w ładne wydania z Archiwum Polskiej Fantastyki. Jeśli będę trafiał na same takie perełki, to przybytki książkowych zaszłości nawiedzał będę regularnie i często.

Myśmy wszyscy tak sądzili. Wymyśliliśmy nawet inwazję i uwierzyli w nią bez zastrzeżeń. Wymyśliliśmy inwazję, bo przez myśl nam nie przeszło, że oni przylecieli do nas tylko po zapas paliwa. Że potraktowali nas jak wróble…
— Nie rozumiem. Dlaczego jak wróble…?
— Czy zatrzymałeś się kiedykolwiek, żeby popatrzeć na wróble? Na pewno nie. Jeśli je nawet czasem spostrzegłeś, to przypadkiem. Są zbyt pospolite, by zwrócić naszą uwagę… i może my właśnie jesteśmy takimi wróblami w naszej galaktyce…

[Wróble galaktyki]

Poprzedni

Spiski postfantastów, czyli wywiad z Krzysztofem Piskorskim (część 2)

Następny

Mnogość tropów między okrutnymi gwiazdami, czyli „Maszyna” Wiktora Żwikiewicza

Komentarzy: 6

  1. O tych lumpeksach chciałam. Ja też za bogata nie jestem, no i lubiłam tę nutkę niepewności…. Ale od jakiegś czasu w ulubionej galerii nie widzę książek….

  2. Ja z kolei dołożę swoje o antykwariatach – także lubię do nich zaglądać i z reguły odwiedzam je nie nastawiając się na zakup niczego konkretnego. Po prostu krążę między półkami, przebiegam wzrokiem po tytułach, od czasu do czasu wyciągam powieść i przeglądam jej zawartość, posiłkując się tekstem z okładki, i na podstawie tych wszystkich działań dokonuję wyboru i zakupu. Wygląda na to, że nutka niepewności miła jest niejednemu czytelniczemu sercu.

    • pozeracz

      A czy nie jest też tak, że niepewność czytelnicza towarzyszy niemal każdej lekturze? O ile nie czyta się powieści kolejny raz i w krótkim odstępie czasu, to zawsze jest jakaś nutka nieprzewidywalności. Gdy zaś czyta się raz pierwszy, to tych niepewności w ogóle wiele jest.

  3. Po pierwsze.
    Co ciekawe, aspekt techniczny, pomimo wykształcenia, nigdy nie dominował u Konrada Fiałkowskiego nad aspektem ludzkim.
    Mitem, i to dość niebezpiecznym, jest powszechne mniemanie o skrajnym „utechnicznieniu” polskiej wczesnej fantastyki naukowej (lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte). Zawsze dominowały problemy ludzkie a opowiadań sięgających po, mówiąc współczesnym językiem, transhumanizm było nie mniej niż teraz! Konrad Fiałkowski czy Andrzej Czechowski są tego przykładem, o Wiktorze Żwikiewiczu nie zapominając!

    Po drugie.
    Naszła mnie pewna refleksja, co wynika z kolejności Twoich wpisów 😉 Zacytuję fragment Twojego wywiadu z Krzysztofem Piskorskim. Zauważ – nikt już nie pisze jak Zajdel, Snerg, Wnuk–Lipiński czy Baraniecki. I dobrze, bo (z całym szacunkiem dla ich wielkich pomysłów i niezapomnianych tekstów) estetyka języka oraz styl narracji, do którego przyzwyczajeni są czytelnicy, zmieniły się od lat 80.
    No to mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego polscy czytelnicy nie znają klasyki, zwłaszcza rodzimej. Estetyka języka i styl narracji im przeszkadzają?
    Polecam lekturę tej pozycji autorstwa Marka Żelkowskiego (nasz człowiek, z Bydgoszczy 😉 ) http://www.encyklopediafantastyki.pl/index.php/Lista_nieobecnych._Rozmowy_z_pisarzami
    Ja osobiście do tej siódemki dorzuciłbym jeszcze Andrzeja Czechowskiego.

    Przy takim podejściu nie dziwota, że mamy podział na fantastykę i resztę świata… W ten sposób wyrzucamy poza nawias całą klasykę fantastyki. Oczywiście mówię tu o osobach, które czytają tylko fantastykę, ewentualnie do tego jakieś „mainstreamowe” nowości. Wszystkiego najlepszego, prawo Sturgeona się kłania 😉
    Gdyby Konrad Fiałkowski wypisywał bzdury (polecam jeszcze jego powieści, są chyba lepsze od opowiadań), a wraz z nim kilku innych niezłych twórców tamtych czasów to powiedziałbym, trudno, byli kiepscy, spuśćmy na nich zasłonę zapomnienia… Otóż w tym problem, że nie byli! To może problem jest po stronie dzisiejszych czytelników fantastyki? Moda literacka nie wszystko tłumaczy! No właśnie, moim zdaniem, czytelnik akceptujący tylko jedną estetykę i styl narracji, to nie żaden czytelnik tylko czytacz pospolity, zamknięty w swoim hic et nunc.
    Znamienne jest jeszcze to, że Krzysztof Piskorski nie wymienił nie tylko autorów z lat wcześniejszych, ale też Wiktora Żwikiewicza(?). Tak, ta estetyka języka i styl narracji…

    Co nie oznacza, że nagle nabrałem przekonania, co to tego czy promowanie klasyki (wszelkiej!) ma sens. Oczywiście ma i róbmy swoje! …a piszę te słowa oderwawszy się na chwilę od lektury „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta i „Filokteta” Sofoklesa (to akurat lektura „celowana” w bloga).

    Na koniec, z tym Markiem Baranieckim to był przysłowiowy strzał w stopę. Cytat z Encyklopedii Fantastyki: „Głowę Kasandry” Gazeta Wyborcza uznała w 2004 roku za jedną z siedmiu najważniejszych światowych dzieł postapokaliptycznych, obok utworów m.in. Jacka Londona, Herberta Wellsa i Stephena Kinga. Wydana pierwszy raz w 1985 roku opowieść o końcu naszego świata, mimo upływu czasu, pozostaje ciągle odkrywcza, a jej wymowa nadal aktualna i przejmująca. Litości, współczesne polskie postapo to, w większości przypadków, jatki i franczyzowa sieczka, żadna estetyka języka czy styl narracji nie mają z tym nic wspólnego!

    • pozeracz

      Na wstępie mego listu… Wróć. Na wstępie mej odpowiedzi chciałbym podziękować za tak wnikliwy komentarz i czas na niego poświęcony. I przeprosić, że z kolei ja tak długo zabierałem się do odpowiedzenia na niego.

      Odniosę się głównie do wspomnianej estetyki języka i stylu narracji. Sam do końca nie wiem, dlaczego nie zareagowałem jakoś na ten fragment wypowiedzi. Albo skupiłem się za bardzo na innym aspekcie, albo odczytałem go przez swój pryzmat. Dla mnie bowiem to stwierdzenie (że nikt tak nie pisze) jest bowiem prawdziwe, ale tak w zasadzie to neutralne światopoglądowo, że tak to ujmę. Nawet bez bawienia się w wartościowanie (lepiej to już było vs. dziś pisze się atrakcyjniej) – to, że dziś się tak nie pisze to dla mnie zachęta, by sięgnąć po tamte pisarstwo. Jestem proponentem różnorodności – lubię poznawać różne style pisarstwa. Nie wspominam już o tym, że niemal żaden dobry pisarz nie pisze tak samo jak drugi dobry pisarz. Poza tym odkrywam w sobie słabość do starych przekładów.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén