Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Hałasy z Karakorum, czyli o językowych przedziwnościach

Dzisiejszy wpis miał być poświęcony typologii języków na przykładzie języka polskiego, ale postanowiłem dać Wam lingwistycznie odpocząć i wybrałem temat nieco bardziej ekscytujący. Zamieszczona w poprzednim wpisie drobna ciekawostka dotycząca języka malgaskiego przypomniała mi o aborygeńskim plemieniu zwanych Kuuk Thaayorre wspomnianym w dawnym wpisie, a za tym przyszła inspiracja. Do typologii zapewne jeszcze powrócę, ale dziś podrzucę Wam nieco językowych (prze)dziwności.

Część z Was pewnie pamięta jeszcze przywołany wpis, a część słyszała o Kuuk Thaayorre, ale ich przykład niezmiennie fascynuje mnie od lat, więc nie obejdzie się bez krótkiego przypomnienia. Dlaczegóż tak mnie fascynują? Otóż opisują oni kierunki wyłącznie geograficznie, a nie korzystając z słów typu „lewo”, „prawo” itp. Członkowie muszą w każdej chwili wiedzieć, gdzie jest północ, południe itd., gdyż wiedza ta jest konieczna nawet do tego, by się z kimś przywitać – w ramach powitania wypada bowiem odpowiedzieć na pytanie „Dokąd idziesz?”. Ta cecha języka wpływa też na postrzeganie czasu – dla nas czas przebiega od lewej do prawej, a dla Kuuk Thaayorre od wschodu na zachód. Jeśli zaś chodzi o czas, to Lera Boroditsky (autorka prezentacji, która zainspirowała poprzedni wpis) wspomina też o badaniach Rafaela Nuneza poświęcone Ajmarom, ludowi południowoamerykańskiemu o bogatej historii. Otóż w ich metaforach to przyszłość jest za nami, a przeszłość przed nami. Jest widoczne w ich gestach i gdy opowiadają o przeszłości/przyszłości.

Pod kątem gramatycznym zaskoczeniem dla niektórych może być, że jest całkiem sporo języków, które nie posiadają czasu przyszłego. Nie oznacza to wcale, że osoby posługujące się danym językiem nie mają, jak rozmawiać o przyszłości. Przyszłość jest opisywana za pomocą znaczników czasowych, konkretnych schematów zdaniowych lub konkretnych fraz. Wbrew instynktowi, przyzwyczajeniom oraz „will be”, a formalnie patrząc, czasu przyszłego nie ma też język angielski. Wydarzenia z przyszłości są opisywane za pomocą form modalnych i czasowników posiłkowych, a wykorzystywane są do tego czasy teraźniejsze. Specyficznie do mówienia o czasie podchodzi język berik (wedle Wikipedii należący do „nowogwinejskiej rodziny języków indopacyficznych”, w którym trzeba o czasie wyrażać się bardzo konkretnie. Nie można powiedzieć po prostu „Przeczytałem książkę”, a raczej „Wczoraj popołudniu przeczytałem książkę”. Konkretność nie kończy się na czasie – czasowniki są bowiem modyfikowane w zależności od tego, o jak dużym przedmiocie się mówi, a czasem wymagane jest też dodanie do nich informacji o miejscu. Z nieco bliższych gramatycznych dziwności: język fiński nie posiada rodzaju gramatyczne, a wszystkie zaimki są „bezpłciowe”.

Gramatyczną dziwnostkę z konkretnością łączy zaś język Tuyuca. Co prawda mówi nim tylko około 500-1000 członków plemienia o tej samej nazwie, które zamieszkuje tereny Boliwii i Brazylii, ale muszą oni odwoływać się w swoich wypowiedziach do tego, skąd coś wiedzą. Nie moglibyście więc powiedzieć „Qbuś przeczytał książkę„, a raczej „Qbuś przeczytał książkę i wiem to, bo napisał o tym na blogu„. Prawdziwa ekstrawagancja przejawia się zaś na polu rodzajów gramatycznych, których wedle niektórych badaczy jest nawet i 140 – w tym jeden przynależący do rzeczy, które przypominają korę odklejającą się od drzewa. Gdy napotykam takie informacje, zaczynam zastanawiać się, czy czasem Ci przeróżni tambylcy nie dworują sobie z naiwnych badaczy. Inną formą konkretności przejawia język buruszaski (używany przez Buruszów zamieszkujących rejony gór Karakorum) w zakresie głośności. W tym języku czynności są różnie nazywane w zależności od tego jak są ciche lub głośne. Przykładowo „otwieranie drzwi” to trzy różne słowa stosowane, gdy drzwi są otwierane bardzo cicho, cicho lub głośno. Na poziomie lingwistycznym język ten jest też jedyny w swoim rodzaju, gdyż językoznawcom nie udało się znaleźć żadnego z nim powiązanego. Innymi słowy – mimo prób nie udało się wpisać go w żadną rodzinę językową.

Co prawda języka chalcatongo mixtec używanego w meksykańskim stanie Oaxaca nie znajdzie się w ofercie szkół językowych, ale jeśli ktoś chciałbym spróbować swych sił może utknąć na pytaniach. Napisano przynajmniej jeden podręcznik gramatyki, ale badaczom jak dotąd nie udało się znaleźć dowodu na obecność w tym języku pytań tak-nie. Nic nie wskazuje na to, by pytania były markowane intonacją, partykułami czy w jakikolwiek inny sposób. Liczy się tylko kontekst. Kontekst jest też ważny w przypadku języka pirahã, lecz nie ze względu na warstwę lingwistyczną, a badawczą. Jest on też dowodem na to konieczności obdarzania Wikipedii ograniczonym zaufaniem. Przez pewien czas za sprawą niejakiego Daniel Everett język ten stanowił niesamowity ewenement – m.in. pozbawiony liczebników, brak zdań złożonych, brak dopełniacza wielokrotnego, brak podstawowych określeń na kolory. I choć ten jeden z najprostszych fonologicznie języków (jedynie 12 fonemów) nadal pozostaje przedziwnostką, to spora część rewelacji Everetta została podważona przez innych badaczy. Sprawa jest o tyle trudna, że samym językiem mówi jedynie około 250-380 osób, a liczba badaczy z rzeczywistym doświadczeniem jest bardzo ograniczona. Czemu wspominałem o Wikipedii? Powodem było to, że artykuł polskojęzyczny w ogóle nie wspomina o tych wątpliwościach, za pewnik podając odkrycia Everetta.

W blogosferze książkowej nie brakuje filologicznie wykształconych osobników i liczę na dwie rzeczy w ich względzie: a) że udało mi się niektórych zaskoczyć; b) że podzielą znanymi sobie językowymi dziwnostkami. Jeśli zaś chodzi o osoby spoza branży, to – choć może zabrzmi to nazbyt patetycznie – wpis ten może pokazać, że praca lingwisty może być ciekawa nie tylko czysto intelektualnie. Owszem, mało komu dane jest badać egzotyczne języki między szczytami Karakorum, ale i bez tego frapująco być może.

niebezpieczne są słowa
które wypadły z całości
urywki zdań sentencji
początki refrenu
zapomnianego hymnu

[Zbigniew Herbert, *** (Zasypiamy na słowach…)]

Poprzedni

Bezwstydna poszukiwań kontynuacja, czyli „Teksty Drugie 2016 nr 4: Wojna wstydów”

Następny

Kameralny kres, czyli „Oryks i Derkacz” Margaret Atwood

Komentarzy: 4

  1. Kasia

    Udało się zaskoczyć. 🙂 Jeśli chodzi o języki, niezmiennie zastanawiają mnie rodzajniki. Nigdy nie pojmę, dlaczego jest DAS Madchen, skoro to dziewczynka. :-DD Teraz uczę się francuskiego i jest to jeszcze bardziej pogmatwane. Nie mówiąc o tym, że wytłumaczenie dzieciom, o co chodzi z „a” i „the” w angielskim nieustająco sprawia, że wygodniej byłoby mi ich uczyć chyba migowego. 😉

    • pozeracz

      Ach, przedimki. Ja mam to szczęście, że nie mam problemów z ich stawianiem, ale objaśnianie rzeczywiście jest bardzo problematyczne. A tak z ciekawości – objaśniasz zawodowo?

  2. Przeczytałem z ciekawością i przyjemnością. Czy znasz może jeszcze jakichś autorów, którzy zajmowali się podobnymi tematami?

    • pozeracz

      Nie, więcej nie kojarzę. Ale polecam mocno wykład profesor Dziubalskiej-Kołaczyk o wymieraniu języków:

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén