"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Dopóki demon smutku śpi, czyli „Pragnienie” Richarda Flanagana

Ponad osiem lat temu, blisko bloga początków opublikowana została tu recenzja książki pewnego autora wtedy głośnego. Jeśli linkowany tekst przeczytacie (lub choć do ostatniego akapitu przeskoczycie), to przekonacie się, że mimo wielu zalet me odczucia mieszanymi były. Nie spodziewałem się jednak wtedy, że aż tyle lat mini nim po kolejną powieść Flanagana sięgnę. W dodatku Pragnienie trafiło w moje ręce drogą okazyjnie, drugoręczną.

flanagan pragnienie

W 1841 Sir John Franklin udaje się wraz żoną do Ziemi Van Diemena. On jako gubernator chce zaprowadzić nowy, kulturą podszyty porządek, a jego małżonka bierze pod swoje skrzydła Mathinnę, aborygeńską dziewczynkę. Jednocześnie prowadzi cywilizacyjny eksperyment, który ma skonfrontować chrześcijaństwo i rozum z barbarzyństwem, instynktowi oraz pożądaniu. Okaże się jednak testem nie tylko dla podopiecznej. Ćwierć wieku później Franklin znika w Arktyce w trakcie wyprawy w poszukiwaniu Przejścia Północno-Zachodniego. Lady Franklin z pomocą Charlesa Dickensa chce przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się informacji o kanibalizmie, które docierają od grup poszukiwawczych.

Pod powierzchownym względem fabularnym Pragnienie to nie odbiegająca wielce od normy powieść historyczna. Flanagan wybrał kilka mniej lub bardziej znanych postaci i wydarzeń z nimi związanych, a następnie wpisał pomiędzy nie swą opowieść. Pobyt Franklina na wyspie dziś Tasmanią zwaną czy też frasunki małżeńskie frasunki Dickensa i jego znajomość z Ellen Ternan to fakty źródłami podparte i do samodzielnego potwierdzenia nietrudne, lecz śródwątki to już domena autora. Pewną odmianą od gatunkowej sztancy jest wielogłos oraz chronologiczne przemieszanie. Historia jest bowiem nie tylko prezentowana z kilku perspektyw, ale też z przeskokami czasowymi, co pozwala pogłębiać w kluczowych momentach fabułę bieżącą.

Dużo ważniejszy od formy jest jednak motyw przewodni tytułem wskazany. Tu też uwidacznia się problem z nie(idealną)przekładalnością oryginalnego „wanting”, które emocjonalną intensywność ma wyższą niż polskie „pragnienie”, lecz jednocześnie do „pożądania” nieco mu brakuje. Odkładając semantyczne rozkminy na bok, Flanagan uczynił z tego uczucia – w różnych jego natężeniach i formach – lejtmotyw. Akcentowane są tu zwłaszcza rozdźwięki pomiędzy pragnieniami i to w dwóch odmianach. Pierwsza to różnice między dążeniami osób sobie bliskich, zwłaszcza małżeństw, na przykładzie których to obserwować można stopniowe pragnień separowanie. Druga zaś to rozbieżność miedzy tym, czego ktoś chce dla siebie, a tym, czego dla niego/niej chcą inni. Widać to zwłaszcza poprzez Mathinne i prób jej cywilizowania. Ważna interpretacyjnie jest też dysharmonia pomiędzy uważanym za godne tłumieniem zachcianek a asocjowanym z barbarzyństwem dawaniem im upustu. Australijczyk pokazuje też, do czego może wprowadzić długotrwałe popędów (nawet niewinnych) wypieranie.

Niestety, mimo powyższych pochwał Pragnienie nie pozostawiło mnie z niezachwianym zachwytem. Powtarza się historia odbiorcza ze Ścieżek północy. Tym razem uczucia mieszane wywołane zostały wielogłosem powiązanym z częstymi zmianami perspektywy oraz względną zwięzłością książki. Mówiąc zaś jaśniej, liczba postaci narracyjnych oraz ich naprzemienność oraz przeskoki czasowe nie dają w pełni wybrzmieć temu, co w tle. Nie brak tu znaczących, świetnie napisanych scen. Nie brak tu niepokojących momentów i nie aż tak subtelnej krytyki kolonializmu oraz zachodocentrycznego poczucia wyższości. Jednak trudno mi było nie odnieść wrażenia, że zbyt wiele było tych pragnień i pragnących, że skupienie się na jednym czasie lub bohaterze/parze bohaterów wyszłoby powieści Flanagana na korzyść, pozwoliłoby zniwelować poczucie rozmycia.

flanagan

© Joel Saget

Pragnienie koniec końców okazało się być lekturą, która dostarczyła mi wytrącającej z równowagi mieszanki satysfakcji i niedosytu. Na plus wypada dobór postaci, ciekawe są wpisane między fakty wątki z tytułem zgrane, a i tłumaczenie Macieja Świerkockiego dodaje całości krasy. Jednak duża liczba (w stosunku do długości książki) narracyjnych punktów widzenia i chronologiczne wariacje osłabiają siłę przekazu i efekt końcowy wypaczają.

Człowiek może mieć, co chce, tylko potem dowiaduje się, że za wszystko trzeba płacić. Pytanie brzmi: czy ciebie na to stać?

Poprzedni

Postapokaliptyczne poświęcenia, czyli „Zrodzony” Jeffa VanderMeera

Następne

Miło a zgrzyta, czyli „Czytać, dużo czytać” Ryszarda Koziołka

5 komentarzy

  1. Luiza

    O, w ogóle nie znam tego pisarza. Może kiedyś sięgnę.

    • pozeracz

      Po premierze „Ścieżek północy” jeszcze sporo się o nim pisało, ale od pewnego czasu i chyba po części z braku premier już rzeczywiście odstawiony nieco na margines został. Takie to uroki pędzącego, sezonowego światka wydawniczego.

  2. Wanting – dosłownie oznacza – coś brakującego.
    To może być ciekawy punkt spojrzenia – strona bierna – czego brakowało głównym postaciom w książce Flanagana? Czego brakowało nam – czytelnikom?
    Ja odczuwałem raczej nadmiar – nadmiar niechęci autora do „białej” cywilizacji.
    I jeszcze drugi nadmiar – ten sam o którym wspominasz w tym wpisie – autor wprowadza za wiele wątków.
    Ponieważ wspomniałeś książkę Fanagana – Ścieżki Północy – to dorzucę jeszcze kamyczek na ten temat.
    Tłumaczenie tytułu…
    Ścieżki północy – z czym się to może kojarzyć polskiemu czytelnikowi?
    Mnie, z lekturami sprzed prawie 70 lat – Jack London, J. Curwood – Kanada, Alaska w zimie.
    Tymczasem akcja książki rozgrywa się w tropikalnej Tajlandii – zgadza się – tysiące kilometrów na północ od Australii.
    Na dodatek – tytuł oryginału – „The Narrow Road to the Deep North” to również tytuł książki M. Basho – japońskiego pisarza, którego często cytują japońscy sadyści w książce Flanagana.

    • pozeracz

      Ten nadmiar niechęci rzeczywiście jest widoczny. Ogólnie da się odczuć odśrodkowe czy też antysystemowe przemyślenia autora – tu wszystko co ustrojowe, zorganizowane i „cywilizowane” jest źródłem duszności, tłumienia, a w końcu i wypaczeń.

      Przyznać jednak trzeba, że biorąc pod uwagę pochodzenie autora i brytyjski sznyt cywilizacji, to trudno się takim tendencjom dziwić.

  3. Heh, ja przygodę z Flanaganem rozpocząłem także od „Ścieżek północy”, i chociaż książka przypadła mi do gustu, to jak dotąd jedyna pozycja tego autora, którą przeczytałem. I po Twojej recenzji jakoś nie czuję presji, by do Flanagana wracać na już 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén