Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Przyjemności (nie)winne i antypatie do wielkich

Jednym z plusów posiadania profilu bloga na Facebooku jest to, że incydentalnie przydarzają się tam ciekawe dyskusje. Ostatnio cytat z czytanego aktualnie Imago Wiktora Żwikiewicza sprowadził dyskusję na tory czytelniczych urazów. Znany i lubiany oraz niezwykle sympatyczny Lapsus Calami bardzo zasadnie stwierdził, że „każdy z nas ma swojego świetnego pisarza, od którego go mdli i swojego prześmiesznego hacka, którego kocha.” Chyba wiecie już o czym będzie ten wpis?

guilt0

Kolejny raz wraca więc wątek czytelniczej pokrętności. W poprzednim wpisie pisałem o tym, że czasem różne dziwne czynniki decydują o tym, że daną książkę czytamy w tym, a nie innym momencie. Jeśli chodzi o urazy czytelnicze, bywa to jeszcze bardziej pogmatwane. Można książkę przeczytać za wcześnie, zacząć od tej słabszej, dać się ponieść hiperpochwalnym recenzjom znajomych, spodziewać się czegoś zupełnie innego, a nawet wyłożyć się na jakimś drobnym fragmencie. A czasem bywa tak, że uraz rozsądkowi się wymyka i na czynniki pierwsze rozłożyć się nie da. I wtedy nieważne nazwisko, nieważne nagrody i pochwały, nie podoba się i tyle.

W drugą stronę też bywa różnie choć jednym z głównych czynników wydaje się być sentyment. Wiele też zależy od tolerancji dla prostej rozrywki. Ja jestem w stanie świetnie bawić się w kinie na Transformersach, będąc świadomym licznych marności tego filmu, ale wiele osób nie tknie takich filmów nawet kijem. Z książkami bywa podobnie. Ich wola. Takie podejście jestem w stanie zrozumieć, ale już samoograniczenia całogatunkowe to już dla mnie znaczne faux pas.

tumblr_mz8urxmbpw1qz5q5lo1_500

Ja jestem człowiekiem łagodnym, spokojnym i wyrozumiałości pełnym i dlatego też prezentuję tylko jeden przykład czytelniczego urazu wbrew wielkości pisarza. Więcej po prostu ze świata literackiego nie mam. A dla równowagi dodaję jedno guilty pleasure (choć to kulawe określenie, bo winny się nie czuję).

◊◊◊

Stephen King

Stało się. Kości zostały rzucone. Nie przepadam za prozą Stephena Kinga. Nie uważam go za złego autora, ale nie porwał mnie zupełnie. Czytałem dwa pierwsze tomy Mrocznej Wieży i nie mam zupełnie ochoty sięgać po dalsze. Czytałem Podpalaczkę, Regulatorów i Mroczną połowę – czytało się dobrze, ale nic poza tym. A Komórka była po prostu słaba. Zaraz mi ktoś napisze, że przecież nie czytałem tych najlepszych książek. Może i nie czytałem, ale po tym, co przeczytałem, nie mam na to ochoty.

guilty2

Za gwóźdź do mej kingowskiej trumny posłuży fakt, że najlepiej wspominam książkę, która jest jedną z najsłabiej ocenianych jego autorstwa, czyli Oczy smoka. Choć to akurat może być kwestia, że czytałem to w licealnym szale początkowego pochłaniania wszystkiego, co na domowych półkach leżało. Ale i tak w pewnym sensie King jest u mnie połączeniem jednej i drugiej kategorii.

◊◊◊

Robert Jordan

Tu pomieszanie z poplątaniem. Z jednej strony podpadać to może mdłości wywołane świetnym pisarzem, gdyż Jordan ma przecież od dawna rzesze fanów, a Koło czasu to monumentalny cykl. Ale dla mnie to jednak drugi przypadek – czytałem trzy pierwsze tomy cyklu i uważam je za schematyczne, powtarzalne, przewidywalne i pełne dłużyzn. Ale, ale… Przeczytałem trzy tomy, więc o ile nie jestem masochistą, to coś mnie przyciągnęło. Po części jest to zapewne sympatia to opasłych cykli fantasty plus nieco oryginalnego świata. Na razie udało mi się powstrzymać przed lekturą kolejnych tomów, ale kto wie, na ile starczy mi silnej woli i rozsądku.

guilt1


Ciekaw jestem niezmiernie Waszych mdłości i (nie)wstydliwych miłości. Których „wielkich” uważacie za zupełnie ze sobą niezgodnych, a które dzieła masowe sprowadzają Was do parteru i długo trzymają w tej niewygodnej pozycji? Mam też nadzieję, że nie macie tak pokrętnych sympatii i antypatii, jak ja.

Absurd: twierdzenie lub przekonanie jaskrawo niespójne z naszą opinią. [Ambrose Bierce, The Devil’s Dictionary]

Poprzedni

Nec tanator contra plures, czyli „Dominium Solarne” Tomasza Kołodziejczaka

Następny

Hit the road Jack, czyli lektury w drodze

Komentarzy: 20

  1. Właśnie miałem Ci napisać, że nie znasz świętej trójcy Kinga 😛 W jego wypadku jak nie zaczniesz od Lśnienia, to raczej mało co Cię później olśni 😀 Tym bardziej że on miał taki okres, kiedy zjadał własny ogon.

    • pozeracz

      I komu tu wierzyć? Na Facebooku „Lśnienie” chłodno witane, a tu polecane. Cóż począć mam?!

      A tak serio – pewnego dnia pewnie po „Lśnienie” sięgnę. Może sprawię sobie w oryginale.

    • niziołka

      Raczej proponowałabym „Misery” na początek. „Lśnienie” Kubricka jest za bardzo znane i skrajnie różne od książki (moim zdaniem: słabe w porównaniu z nią), wobec czego czytelnik otrzymuje coś zupełnie innego, niż oczekuje.
      Z „Wielkich antypatii” najlepiej pamiętam „Oko czasu” Jordana (wytrzymałam jakieś 100 stron, później odpadłam) i „Maga” Johna Fowlesa. Natomiast do „niezrozumianych przyjemności” zawsze będę zaliczać serię Dragonlance, którą czytałam jeszcze w podstawówce.

      • O, o o. „Misery”, właśnie miałam to pisać.
        Choć właściwie nie wiem, czy powinnam, bo z Kingiem mam tak samo, jak autor notki – wiem, że król, że och i ach, a czytać nie mam ochoty, bo nie. Być może wynika to z tego, że nie lubię się bać, a King lubi straszyć, no i się rozmijamy tak jakoś…

        Z Jordanem mam tak, że przeczytałam pierwszy tom Koła czasu i uznałam, że to jakoś maniacko podobne do Tolkiena, że nie daję rady. Już się sama zaczynałam nakręcać na wyszukiwanie kolejnych podobieństw.

        Nad innymi „wielkimi” jeszcze pomyślę. 🙂

        • pozeracz

          „Misery” bardzo bardzo mi się podobało jako film. Boleśnie dobrze zrobiona adaptacja.

          Z Dragonlance czytałem jedną książkę i żadnej więcej nie mam zamiaru. Tak pisarsko, jak i fabularnie mnie odrzuciło.

          A „Maga” lubię bardzo, ale i znam wielu rozczarowanych.

  2. Ha, z takich naprawdę znanych, lubianych i uznanych przez znakomitą większość, to moim „faworytem” jest Orson S. Card. Cykl o Enderze niespecjalnie przypadł mi do gustu – książki, które się na niego składają to dla mnie wyłącznie dobre science fiction i nic poza tym. Do mojej świadomości nie może dotrzeć fakt, że cykl ten uchodzi za klasykę gatunku.

    • pozeracz

      No ładnie, ładnie. Drugi komentarz i już jeden z moich ulubionych autorów. Gdyby miał racjonalizować tak dużą sympatię to Endera, to wskazałbym na to, że większość osób sięga po niego szybko-młodo. To zresztą taki samonapędzający się mechanizm – przez to, że jest tak szybko polecany, jest czytany młodo przez co jest szybko polecany.

      Smutne za to jest to, co się z serią dzieje teraz…

  3. King jest również i moim wielkim NJEEEEE 🙂 Choć „Lśnienie” (i „Skazani na Shawshank”) mi się podobało (tak w wersji książkowej, jak filmowej), to teraz co zacznę pana SK, to mnie mdli. Więc nie zaczynam 🙂
    Mdli mnie też Katarzyna Michalak zwana Ałtorką i wciąż się nadziwić nie mogę jej popularności.

    • pozeracz

      Oj, ale Michalak to kategoria osobna, by nie rzec wsobna (ze względu na zapylanie własnych książek samą sobą). Paweł Opydo pięknie się z nią męczy. Popularności odmówić jej nie można, ale umiejętności pisarskich i pokory już tak.

      • Ja niestety (i tym się pewnie narażę) wychodzę z założenia, że jeśli ktoś pisze i wydaje 6-10 książek rocznie, to to nie może być dobre. I tym aukurat AłtorKing od AłtorKasi niewiele się różni 🙁

        • pozeracz

          Grafomania, nie bójmy się tego słowa. Niezmiernie rozbawił mnie ostatni odcinek „Złych książek”, który ukazuje, że Michalak w swym „Roku w Poziomce” innym wytyka grafomanię. I wyzłośliwia się na krytyków swoich „dzieł”.

  4. M.S

    O tak, tak i jeszcze raz tak. Jordan to mizeria okrutna. Zabrałem się za niego jakieś 2 miesiące temu, skuszony pozytywnymi opiniami „wielkiego klasyka fantasy” i aż oczy mnie zapiekły, jak zobaczyłem tak ordynarną zrzynkę z Tolkiena. Nie mówiąc o tym, że po prostu językowo, jest to jakaś nędza. Równie dobrze „Oko świata” mogłoby stać na półce obok Forgotten Realmsów.

    • Ale podobno dalej jest lepiej…

      • pozeracz

        Tylko czy na pewno warto męczyć się przez ponad 1000 stron, by się przekonać?

        • Uczciwie przyznam, że ja nie się męczyłam i zarzuciłam przed końcem pierwszego tomu.

          • pozeracz

            Zaraz, zaraz. Coś mi tu nie gra. Nie męczyłaś się, ale i tak zarzuciłaś?

          • Nie męczyłam się przez 1000 stron, tylko mniej – hm – no właśnie, nie wiem, na czytniku miałam, ale nie skończyłam pierwszego tomu, to ile – 300? 400?

          • pozeracz

            Ach, rozumiem. Opacznie odczytałem tamtą wypowiedź. Teraz wszystko jasne.

  5. Nie czuję Tolkiena. W podstawówce, leżąc z grypą, przeczytałam Hobbita i było OK. Dużo później sięgnęłam po „Władcę”, przeczytałam 1. tom i jedynym wrażeniem był brak wrażenia. Kompletnie mnie to nie wzięło. Możliwe, że miałam niebotyczne oczekiwania – np. Michał Rusinek mówił, że przeczytał całość trzy razy z rzędu.

    Grzesznych przyjemności, tych literackich, nie mam. Ewentualnie nie wyczuwam, że coś jest obciachem… Bo to że trzy razy przeczytałam „Sagę Lodu i Ognia” chyba nie podpada pod tę kategorię?

    • pozeracz

      Pytanie kluczowe: co oznacza „dużo później”? Według mnie w przypadku Tolkiena dużo zależy od fantastycznego doświadczenia. Dla mnie „Władca pierścieni” był jednym z pierwszych kontaktów z fantasy i była to wspaniała przygoda. Czytany nieco później „Hobbit” z kolei mnie nie porwał.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén