Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Alternatywny etno-clockwork-punk, czyli wywiad z Michałem Cetnarowskim (część 1)

Wspominałem już zapewne o tym, że prowadzone przeze mnie wywiady trwają dość długo. Wybrana przeze mnie forma niespiesznych rozmów w połączeniu z ogólną zajętością interlokutorów wydłuża czas od rozpoczęcia do publikacji, ale ma też pewne (dość niespodziewane) zalety. Rozmówca może na przykład dwukrotnie powiększyć liczbę swych nominacji do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla. Do nominowanego w 2013 roku Cyberpunka dołączył bowiem niedawno Wywiad z Borutą napisany wraz z Łukaszem Orbitowskim (którego też udało mi się wziąć na spytki). Dla części z Was jest już zapewne jasne, ale innym podpowiem, że na blogu gości dziś Michał Cetnarowski.

Tak się jakoś składa, że większość osób, z którymi rozmawiam blogowo, to ludzie-orkiestry w wydaniu kulturalnym. Nie inaczej jest z autorem Bestii najgorszej, który nie tylko pisze opowiadania, ale też spełnia się jako redaktor, krytyk i tłumacz. Jego artykuły pojawiały się między innymi w Polityce, Znaku oraz Wiedzy i Życiu. Od 2010 do 2012 roku był szef działu z literaturą polską w Fantasy & Science Fiction, a od 2013 jest redaktorem działu polskiego Nowej fantastyki. Pod jego redakcją wydane zostały dwie antologie Powergraphu: Nowe idzie oraz Głos Lema. Dość jednak faktografii, rozmowa jest dużo ciekawsza.


Jakub Nowak: Jestem świeżo po lekturze Bestii najgorszej i choć ciągle się we mnie trawi, to nie powstrzymam się od rozpoczęcia pytaniem o nią właśnie. Przyznam zupełnie szczerze, że gdybym nie był zdecydowanym zwolennikiem oddzielania dzieła od autora, to miałbym obawy przed rozpoczynaniem tego wywiadu. Twoja proza jest niezwykle gęsta, przytłaczająca i na pewien sposób bolesna. Czy to prostu odbicie świata czy bardziej forma twórczego oczyszczenia?

Michał Cetnarowski: Trafiony-zatopiony, już na starcie… A serio: słuchaj, nie wiem. To znaczy trochę wiem, coś tam sobie werbalizuję, porządkuję, choćby na potrzebę takich rozmów jak ta; ale po prawdzie żadna deklaracja nie jest tu na sztywno. Jeśli chodzi o „powody pisania”, niewiele jest rozstrzygnięć albo-albo, wiele motywacji czy wyjaśnień skrywa kwantowy cień, rozmycie na „być może”, „chyba”, „trochę nie, a nieco tak”. Myślę, że taka proza to raczej sposób na „odbicie świata”, jego obecnego chaosu, natłoku danych, zdefragmentowania społeczno-polityczno-ideologicznego, wymykania się z bezpiecznych pooświeceniowych ram i szufladek z pojęciami. Tylko że jednocześnie jesteśmy w tym świecie zanurzeni po uszy, bo przecież w nim żyjemy, obserwator zlewa się z obserwowanym; a więc oblicza bohaterów to także nasze twarze, tylko że zniekształcone w krzywym zwierciadle. Nie jest to w każdym razie „pamiętnik”, quasi-reportaż, „powieść z życia”. Tylko fikcja, literatura piękna – która przez to, że z założenia nie jest prawdziwa, być może paradoksalnie zbliża się do prawdy? Ale tu już sobie słodzę…

Słodzenia ani tonięcia nie wykryto, a odpowiedź ciekawa. Zwłaszcza, że Twoja twórczość też wymyka się z ram i szufladki się jej nie imają. Zwraca ona zresztą moją uwagę na pewien specyficzny aspekt Twojej prozy, a mianowicie na regularne korzystanie z metafor około-kwantowych. Redukcja funkcji falowej, splątanie i inne pojawiają się nie tylko w Kwantowych kochankach, ale i w innych opowiadaniach oraz w powyższej odpowiedzi. Skąd to zamiłowanie?

W Kwantowych – cały tekst jest zawieszony na tej metaforze, więc mógłbym rzec, że mi potem zostało. Ale zależność jest pewnie inna, trzeba zrobić krok w tył: to Kwantowi kochankowie są pochodną tej „rozmytej perspektywy”… Która, wydaje mi się, mówi obecnie sporo nie tylko o rzeczywistości na poziomie materii, ale i o człowieku, jego wyborach, sposobach określania tożsamości, o tym, jak jego istnienie odciska się na świecie.

Zazwyczaj rozumowanie przebiega odwrotnie: popularny pogląd głosi, że to fizyka klasyczna jest intuicyjna, z grubsza odpowiada doświadczeniom człowieka z rzeczywistością doświadczaną w perspektywie makro; zdrowy rozsądek wysiada, kiedy zaczynają się problemy z dualizmem fotonów, osobliwością Wielkiego Wybuchu, nieoznaczonością Heisenberga, kotem Schrödingera i całym tym uroczym matematycznym zwierzyńcem, który wymyka się codziennemu doświadczeniu. Gdy tymczasem zachowanie materii w kwantowej mikroskali zdaje się dostarczać najpojemniejszej metafory do opisania kondycji człowieka w świecie i tego, jak w nim działamy, przynajmniej dziś, w epoce ponowoczesnej. Deklaracje, że człowiek jest konkretnie taki i taki, sztywne definicje polityczne, światopoglądowe, nawet ekonomiczne – to są wszystko potomkowie XIX-wiecznych pozytywizmów, racjonalizmu 1.0, poręcznego intelektualnego narzędzia, kiedy modernizm był jeszcze młody. Gdy sytuacja zaczęła się komplikować i ludzkość wkroczyła w XX wiek – razem z jego erozją systemu społecznego, nowymi odkryciami naukowymi, emancypacją podmiotów do tej pory marginalizowanych itp. – okazało się, że rzeczywistość (psychologiczna, fizyczna, antropologiczna) jest „nieco bardziej” skomplikowana. I już nie jesteśmy „tak albo nie”, potrafimy kłamać i mówić prawdę w tym samym czasie, granice tożsamości rozciągnęły się, poszerzyły, odmieniły, czasem zupełnie zatarły. Przykład: głosujesz na lewicę, jesteś za liberalizmem gospodarczym, nie masz nic przeciwko UE, choć lubisz także Rosję i Dostojewskiego, popierasz małżeństwa homoseksualne, ale jesteś przeciwnikiem aborcji, regularnie wpłacasz pieniądze na Caritas, brałeś udział w Czarnych Marszach. Kim jesteś? Jak się definiujesz? Bo przecież takie osoby istnieją, wystarczy w sytuacji sam na sam zerknąć za zasłonę masek zakładanych na potrzeby dyskursu publicznego w social mediach. A to tylko przykład – prawdziwe wybory ludzi, którzy żyją, a nie są tylko awatarami idei, dużo mocniej rozpychają się w narzuconych im w zeszłych stuleciach ideologiach i szufladkach. Co najmniej od stu lat żyjemy pod słońcem Lata z Lodu Jacka Dukaja.

Long story short jest taka, że po prostu lubię fizykę.

Nie łączyłem nigdy fizyki kwantowej z płynną współczesnością, ale przyznaję Ci rację, że jest trafna metafora dla ponowoczesności. Ja swego czasu zmierzyłem się z Nowym umysłem cesarza Rogera Penrose’a i akurat te fragmenty o fizyce kwantowej nie były wcale dla mnie tak trudne. Ja wysiadam raczej na styku fizyki z wyższą matematyką. Swoją drogą uważam to za wielką wpadkę, że nikt jeszcze tej książki nie wznowił w Polsce.

A skoro już wspomniałem o szufladkach i przywołany został Jacek Dukaj, to wykorzystam to bezwzględnie i zapytam o postfantastykę. Uważasz, że to sztuczny konstrukt, zabieg marketingowe czy termin mający rzeczywiste pokrycie w twórczości?

O transferze „autorów fantastycznych” do głównego nurtu pisało się już w 2010, kiedy Wit Szostak wydał Chochoły, Szczepan Twardoch Wieczny Grunwald, a Łukasz Orbitowski Nadchodzi, zbiór kolejnych po Widmach i Ogniu tekstów mocno zanurzonych w historii. Nawet Burza Parowskiego – wyróżniona przecież w IX edycji nagrody Mackiewicza, nie Zajdlem – jakoś wpisywała się w ten pejzaż, choć akurat tu trudno mówić o wyraźnej zmianie klubowych barw. Późniejsze książki wyżej wymienionych autorów, ich nominacje do głośnych nagród (Paszporty Polityki, Nike), wreszcie zasilenie ich szeregów przez m.in. Jakuba Małeckiego czy Aleksandrę Zielińską, zaczynającą od grozy – tylko przypieczętowały ten trend, a określenie go „postfantastyką” nadało mu twarz i nazwę. Może nie do końca fortunną – dziś wszystko jest post-, od „postironii” przez „postpolitykę” po „postprawdę”; a może właśnie nad wyraz trafną: żyjemy w schyłkowych czasach, nawet jeśli rozum i serce jeszcze się przed tym bronią, to zdradza nas język codzienny?

W każdym razie, wracając do literatury, takie przenikania, osmoza na pograniczu, przesiąkanie mód, tematów, twórców, to naturalna cecha każdego odpowiednio złożonego systemu – nieważne, czy mówimy o literatach, sportowcach, religiach czy imperiach politycznych. Problem pojawia się, kiedy w takim ruchu metropolia wyczuwa zagrożenie – uznaje, że coś traci, albo przeciwnie, że niczego z zewnątrz już nie potrzebuje; umowne granice się wtedy uszczelniają, ruch idei ustaje. Pytanie, na jakim etapie fantaści znaleźli się obecnie – czy fandom cieszy się, że kolejni autorzy mający fantastyczne korzenie znajdują coraz szersze grono czytelników i uznanie kręgów opiniotwórczych, czy wręcz przeciwnie, zarzuca im „zdradę”, odcina się od zaprzańców, zwiera szyki? Na to każdy musi sobie odpowiedzieć sam; to, których głosów będzie więcej, powie nam, na jakim etapie znajduje się polska fantastyka.

Mówię tu o czytelnikach fandomowych, bo to głównie z ich perspektywy podnoszona jest ta kwestia – wydaje się, że czytelnicy spoza środowiska po prostu cieszą się (jeśli się cieszą) z nowych autorów i niezłych książek, o których dopiero co usłyszeli, gdy wyłoniły się spod kulturowego klosza.

Wydaje mi się, że metropolia nie zawraca sobie specjalnie głowy fantastyczną proweniencją tych autorów. Ja osobiście mam alergię na szufladkowanie, choć zdaję sobie sprawę z przydatności takich kategoryzacji. Dlatego też podobne dyskusję śledzę raczej z zainteresowaniem akademickim – nawet, gdy Margaret Atwood i Ursula K. Le Guin spierają się o termin „speculative fiction„. I tu w zasadzie natykamy się na kolejny problem, czyli nieprzystawalność nomenklatury polskiej i anglosaskiej.

Pociągnę jednak temat fandomu i ocen wewnętrznych. Jako redaktor działu polskiego Nowej Fantastyki, a w przeszłości Fantasy & Science Fiction, masz doskonały wgląd w to, co dzieje się rodzimej literaturze fantastycznej. Od wydania antologii Nowe idzie minęło niemal dziesięć lat – co zmieniło się „u nas” od tego czasu?

Nowe idzie ukazało się w 2008 roku (już tyle lat!) – w tamtym czasie wychodziliśmy jeszcze z długiego cienia, który wisiał nad fantastyką jako „literaturą drugiego sortu”, choć sukces autorów takich jak Andrzej Sapkowski, bestsellerowi Andrzej Pilipiuk czy Jarosław Grzędowicz, nagrodzony Kościelskimi Jacek Dukaj – już co najmniej od kilku lat zapowiadał, że w kulturze idzie szeroka fala zmian, zapoczątkowana umownie może od Oskarów dla filmowego Władcy Pierścieni i od sukcesu Matrixa. Okazało się – poza fandomem, tam nikogo nie trzeba było nawracać – że fantastyka może nie tylko nieść interesujące treści, ale też, że można na niej zarobić poważne, „dorosłe” pieniądze. Dziś strona artystyczna została zresztą przysłonięta właśnie przez tę merkantylną: fantastyka wygrała – na pewno w grach komputerowych AAA i wysokobudżetowym kinie hollywoodzkim, gdzie dobre ¾ produkcji ma w sobie wyraźny element fantastyczny – i teraz próbujemy się odnaleźć po tym zwycięstwie. To, co było marginesem, stało się mainstreamem – ze wszystkimi splendorami i zagrożeniami, które trapią imperium. Na przykład: skoro film czy książka fantastyczna mogą już być pozycjonowane jako „dzieło dla wszystkich” (tzn. baza odbiorców nie jest ograniczana granicami „środowiska”, „fanów” itp.), to automatycznie zostają uśrednione właśnie tak, żeby zwrot z poniesionych kosztów mógł być jak najwyższy. Mówię tu zresztą truizmy, to żadne odkrywanie kapitalizmu ani Ameryki.

W zasadzie nie ma dziś kultury innej niż popkultura (albo już za chwilę nie będzie). Literacki efekt tego jest taki, że książkowa fantastyka stała się dziś przede wszystkim literaturą determinowaną przez komponent przygodowy, mocno okopaną w granicach gatunkowych, bardzo sprawnie żonglującą scenografiami („kosmiczny alternatywny etno-clockwork-punk, dziejący się w Układzie Słonecznym, który podbili Sumerowie dzięki swojej magii”), ale niechętną innym niż przygodowa sposobom narracji. Co nie ma swojej sprecyzowanej etykiety na księgarskiej półce, nawet jeśli rozbudowanej jak ten abstrakcyjny przykład powyżej – to coraz częściej nie istnieje w świadomości odbiorcy (książki, komiksu, kina); ale przecież nie tylko fantastów dotknęła skłonność do katalogowania, szufladkowania, hasztagowania.

Literacko przez tą prawie dekadę zapłonęła i wypaliła się supernowa historii alternatywnych (ciekawa seria NCK, która już zakończyła żywot), „nowa fala” fantastyki – która, jak mi się wtedy wydawało, musi rychło nastąpić – wzorowana na brytyjskiej New Wave spod znaku Ballarda, wylała z brzegów i znalazła sobie nowe miejsce (już wspominana „postfantastyka”), a w głównym fantastycznym nurcie obserwowaliśmy ożywienie space opery, fantastyki postapokaliptycznej i młodzieżowych dystopii w typie Igrzysk śmierci. Science fiction, pisane coraz rzadziej, opanował na dobre transhumanizm. Dobrze ma się urban fantasy (Ćwiek, Jadowska), widać też ruch w epickiej fantasy, pierwsi autorzy już zaczynają pisać w typie Roberta M. Wegnera, którego czas, wydaje mi się, właśnie nadchodzi (np. cykl z Szarymi Płaszczami M.A. Guzka). Ale też większość ukazujących się książek zaczęła powielać – świadomie bądź nie – wzorce z literatury young adult, to znaczy m.in. wprowadzać młodocianego bohatera, czarno-białe relacje psychologiczne, wyraźny wątek emo (romansowy, ale nie zawsze), uproszczony język, żeby akapity czytało się szybko jak statusy w mediach socjalnych. Ten trend wydaje mi się dziś zresztą najmocniejszy: coraz trudniej spotkać dziś SF czy fantasy, które jednocześnie nie grawitują w stronę YA. Co, być może, jest właśnie stanem naturalnym tego typu literatury: u Anglosasów to zawsze była rozrywka dla nastolatków; to, że fantastyka jest tak ceniona w Polsce i Rosji (czy w ogóle: byłych demoludach), to zasługa komunistycznej, ezopowej przeszłości tego typu literatury w tych krajach.

Ale żeby nie było, że to jakieś mirmiłowanie: dla przeciwwagi, wcale często trafiają się tu wciąż teksty o przyjemnym poziomie skomplikowania: w ostatnim czasie to np. Moskal Gołkowskiego, Onikromos Matuszka, Wojny przestrzeni Majki, Dymiące zwierciadło Zembatego, Puste niebo Raka. A to przecież nie wszystkie przykłady.

W temacie postępującej dominacji fantastyki w popkulturze nasuwa mi się od razu powiedzenie „Uważaj czego sobie życzysz, bo to może się spełnić.” Narzekanie na ignorowanie i niszowość można teraz zamienić na narzekanie na zawłaszczenie przez mainstream. Z drugiej jednak strony wydaje mi się, że łatka „fantasy” nadal ma piętnujący charakter w kontekście kultury wyższej. Stąd spór Le Guin z Atwood i stąd brak wspomnianej Atwood na półce z fantastyką. Ale z drugiej drugiej strony fantastyka przestaje być też pariasem w światku akademickim.

Wspomniałeś też o pozytywach i wyjątkach, a ja chciałbym jeszcze pożerować na Twojej wiedzy i spytać o autorów, którzy albo zamilknęli prędko po świetnym debiucie, albo też robią swoje, ale pozostają niemal niezauważeni. Masz takowych?

Obawiam się, że imię ich Legion… Rzecz w tym, że opowiadania piszą przede wszystkim autorzy młodzi, przynajmniej stażem – z różnych przyczyn; także dlatego, że krótkich form da się napisać więcej niż powieści w tym samym czasie, a więc można tak przetestować więcej idei, pomysłów, fascynacji. Kiedy taki autor/autorka kończy studia, zaczyna regularną pracę i „dorosłe życie”, często okazuje się, że na pisanie nie ma już czasu, zwłaszcza kiedy nie idzie za nim sukces komercyjny; a nawet jak idzie – i tak przechodzi się wtedy „na powieści” i fantastyczny odpowiednik paragrafu 22 się domyka. W ten sposób „znikli” – to znaczy ograniczyli swoją działalność prozatorską – choćby Maciek Guzek, autor cyklu o Królikarni, czy Michał Protasiuk; choć życzliwe ptaszki ćwierkają, że w zaciszu ich gabinetów słychać stukanie klawiatur… Z autorów „starszych”, tj. jeszcze z lat 90., w ten sposób odpłynęli od prozy np. Jacek Sobota czy Maciej Żerdziński. (Popisują, ale też w trybie hobbystycznym). Janusz Cyran, autor dojrzałego, osobnego SF, pisze regularnie, ale daleko rzadziej, niż by się chciało.

Z autorów bliższych „mojej kadencji” w NF (cholera, brzmi to jak expose jakiegoś działacza…), długo każą na siebie czekać Lena Szuster, Bartosz Działoszyński, Grzegorz Irzyk. Kamil Kowalczyk, który zdobył trzecie miejsce w konkursie na XXX-lecie pisma, pojawił się wtedy z dojrzałą Pieśnią brązu – i od tej pory milczy. Ale ufam, że to tylko przerwa chwilowa, nawet jeśli kilkuletnia, i autorzy ci nie odeszli od pisania zupełnie.

Dla pokrzepienia serc zwróciłbym uwagę na tych, którzy wytrwali. Marcin Podlewski, zwycięzca owego konkursu, niedawno opublikował właśnie trzeci tom swojej sążnistej space opery Głębia, pisanej z dyscypliną, która mogłaby zawstydzić starych mistrzów (spojrzenia wszystkich kierują się w stronę George’a Martina). Swojej książki nie mają jeszcze Przemysław Zańko i Magdalena Kucenty (akurat jej najnowszy tekst, #Eudajmonia, jest do przeczytania w czerwcowym numerze „NF”; można testować) – nazwiska, które dopiero rozbłysły nad horyzontem, jednak świecą coraz jaśniej – ale myślę, że to tylko kwestia czasu. No i wisienka na torcie: książkę z beletrystyką wydał wreszcie Jakub Nowak, autor niezapomnianych tekstów w NF i antologiach Powergraphu, które swego czasu rzucały na kolana, a i dziś, czytane po latach, wciąż oszałamiają młodzieńczą energią. Nie boję się stwierdzić, że jego Amnezjak to tegoroczne wydarzenie nie tylko w fantastycznym światku, science fiction z biglem, kurwikiem i laserami w oczach – ale od początku do końca pisana na super poważnie. Świetna literatura i przepyszna eksplozja wyobraźni.

Jestem w trakcie Amnezjaka i przyznam, że jestem pod wielkim wrażeniem. Nawet przechodzi mi zazdrość, że to nie ja jestem tym znanym Jakubem Nowakiem. Z oceną końcową powstrzymam się jeszcze, ale na razie jest świetnie. Od siebie dodałbym jeszcze Radosława Raka, którego Tamdarej w innych światach oczarowało mnie swego czasu, a teraz jest już po drugiej powieści.


Wyszło bardzo dobrze, nieprawdaż? Część z druga już za tydzień.

Poprzedni

Przyszłość ciemna jak wino, czyli „Ilion” Dana Simmonsa

Następny

Walcząc z niechęcią, czyli „Bellevue” Ivany Dobrakovovej

Komentarzy: 4

  1. Poczekam na drugą część z polemiką, albo i nie 😉
    Kolejny prominentny człowiek związany z fantastyką, który nie zauważa klasyki? Bo stwierdzenie, modne jak widać, że YA to naturalny stan fantastyki? Szczególnie anglosaskiej? No proszę! Literatura takich Autorek i Autorów jak (między innymi) Le Guin, Zelazny, Simmons, Stephenson, Watts dorzućmy jeszcze Żwikiewicza, to mur nie do przebycia dla przeciętnego nastolatka! Dla geeków? Tak, ale bycie geekiem jest dzisiaj niemodne, bo to trudne jest 😀 Grawitowanie w stronę YA to śmierć odmiany (genre)!
    Wpis polemizujący z takimi postawami mam prawie na ukończeniu. Antycypując dwa podcasty będące, powiedzmy w wersji Release Canditate 1 dodam, że zadziwia mnie pomijanie dwóch autorek. Agnieszki Hałas z jej „Teatrem węży”, moim, i nie tylko moim, zdaniem najlepszą polską fantasy od czasów Kresa (chyba nawet lepszą).
    Pewnie, jako sukces zapowiedzmy pojawienie się epigonów Wegnera, który sam, niech mi jego fani wybaczą, jedzie po schematach, bardzo dobrze pisze, ale Erikson był pierwszy.
    Druga to Marta Kisiel, która ma fanów po obu stronach „barykady” wyraźnie pokazując, że nie trzeba być postfantastą, żeby być czytaną poza fandomem. Zresztą zdobyła popularność dzięki blogerom (wiem, to boli), ale blogerom książkowym z górnej półki. Wbrew pozorom jej książki są napisane bardzo inteligentnie, czemu dałem wyraz w moim łużowym wpisie 🙂
    Swoją drogą te Twoje wywiady pokazały mi wyraźnie, jak nie po drodze jest mi ze środowiskiem „fantastycznym”. Cóż ja się nie znam, ja tylko książki czytam 😀

    • pozeracz

      Za słabo znam początki fantastyczny periodyków i samego gatunku w USA, żeby odpowiedzieć na to konkretnie, ale kluczową wydaje mi się tu kwestia tego, czy autorzy wspomniani to wyjątek, czy reguła.

      Inna sprawa, że dobór wspomnianych autorów wydaje mi się nieco dyskusyjny – akurat Le Guin i Zelazny to autorzy, z którymi można czytelniczo dorastać. „Czarnoksiężnik z Archipelagu” to jeden z filarów mych licealno-fantastycznych początków. Amber też jest całkiem przystępny. Z drugiej strony Watts, Simmons i Stephenson to dla mnie nadal bardziej współczesność niż klasyka. Mam też wrażenie, że właśnie dziś bycie geekiem jest modne, a na pewno za oceanem.

      A tak nieco poza głównymi punktami – wydaje mi się przede wszystkim, że Michał Cetnarowski chce właśnie promować te ambitniejsze dzieła i sam zresztą takie pisze. Zaś to grawitowanie w stronę YA nie jest mu w smak.

    • Chyba jednak zmiany pokoleniowe zaciemniają obraz, to teraz uczeń szkoły średniej nie obrusza się na określenie nastolatek i nie odsyła do podstawówki (i jeszcze przez chwilę do gimnazjum)? 😉

      Oczywiście, że anglosasi też pisywali młodzieżówki, u nas ukazało się sporo tego na pewno pani Andre Norton, czy nawet Heinleina, ale to było celowane w młodzież!

      YA to zaraza, do tego zideologizowana. Pamiętaj, że za oceanem grupa docelowa YA jest większa, bo u nas mało kto zwraca uwagę na to, że górny wiek w niektórych źródłach określany jest na 21 lat!
      https://en.wikipedia.org/wiki/Young_adult_fiction
      Wiadomo, w końcu dopiero wtedy w większości stanów można alkohol kupić 😉 Mało pojawia się kategoria new adult fiction dla osób wchodzących w dorosłe (?) życie, czyli 21+, żeby łatwiej im było wejść w tę prawdziwą literaturę. To jest chore i co najważniejsze antypsychologiczne!!!
      Jakby kto nie wiedział co znaczy określenie YA w psychologii to proszę https://en.wikipedia.org/wiki/Young_adult_(psychology)
      Nasze, radzieckie zresztą też, młodzieżówki były celowane w grupę wiekową 11/12 do 14/15 lat!!!

      Swoją drogą czepianie się przygodówek jest takie sobie. Czy przygodówka może być literaturą z górnej półki? Może!
      Tu z kolei zgadzam się z Michałem Cetnarowskim. Przestańmy wreszcie zawracać sobie głowę czytelnikami niszowymi (fandomowymi). Tyle tylko, że czytelnicy głównonurtowi też są niszowi, jak ktoś mówi „nie czytam fantastyki bo (mówią, że) to chłam” to też jest niszowy.
      Czytelnik świadomy, wie, że podział na odmiany gatunkowe (genres) jest funkcjonalny, o tyle przydatny, o ile pokazuje na specyfikę świata przedstawionego. Ale taki czytelnik (znamy co najmniej kilka takich osób, prawda 😉 ) szuka lektur po tematach i motywach, genre’owe gadżety to miły dodatek co najwyżej 😀

      • pozeracz

        Według mnie główny problem z Young Adult polega na tym, że jest to twór marketingowy. Dla mnie to nie jest nawet gatunek, co raczej grupa odbiorców. Ta nieokreśloność wiekowa, o której piszesz, jest – według mnie – wydawcom na rękę, gdyż mogą tę kategorię upychać co im się podoba i korzystać na jej popularności. Z tego co widzę, to ten cały „new adult” to raczej literatura dla około 18-latków. Zresztą wydaje mi się, że podział na young adult, czyli (w uproszczeniu) przedlicealne, i new adult, czyli okołolicealne, byłby przydatny.

        Wydaje mi się, że wskazanie motywów z przygodówek nie oznacza zaraz stygmatyzowania tych przygodówek. A czytelnik niszowy to dla mnie w dużej mierze czytelnik celowo ograniczający swoje czytelnicze horyzonty.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén