Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Ikea a stan czytelnictwa polskiego, czyli wywiad z Zacofanym w lekturze

Jeśli natraficie w komentarzach do jakiegoś wpisu wielopiętrową, długą dyskusję to wysoce prawdopodobne jest, że trafiliście właśnie na działalności pewnego Zacofanego czytelnika. Prawdopodobieństwo wzrasta wraz z długością interlokucji. Beznadziejnie zacofany w lekturze to jeden z blogów najdłużej obecnych w blogosferze, więc jego pan i władca wydał mi się idealnym kandydatem na pierwszy wywiad. Zwłaszcza że pierwszą facebookowa promocja padła na blog z tych młodszych. Zacofany zgodził się poświęcić mi nieco czasu, a Was zachęcam do spędzenia paru chwil w jego towarzystwie.

Działalność Piotra doceniam zresztą nie tylko ja. Docenił go m.in. miesięcznik Press, który dwa razy umieścił go na liście najlepszych blogów książkowych – w 2015 roku było to II miejsce. Ku Waszej zachęcie (choć pewnie niezbyt potrzebnej) pozwolę sobie zacytować uzasadnienie: „Świetne połączenie prywatnych czytelniczych fascynacji, a nawet obsesji, z krytycznoliteracką trzeźwością.” Zajrzyjmy więc wspólnie do świata tych fascynacji i obsesji. Wpis zaś ilustruję wycinkami z prowadzonego przez mego rozmówcę Instagrama, co pokazuje, że duchowi czasu czasem udaje się Zacofanego chwycić i pociągnąć za sobą.

And now for something (not so) completely different


Pożeracz: Niedawne ubolewania nad stanem blogosfery autorstwa względnie świeżych blogerów spotkały się z reakcją bardziej doświadczonych koleżanek i kolegów, którzy to odpisali, że takie narzekania to nic nowego. Abstrahując od tego, czy rzeczywiście trzeba coś naprawiać, chciałem zapytać: czym różni się dzisiejsza blogosfera książkowa od tej z czasów Twoich początków?

Zacofany w lekturze: Mam robić za jakiegoś mastodonta blogosfery? W zasadzie to nie mam pojęcia, czy się różni, bo trochę wypadłem z obiegu. Na początku, wiadomo, biegało się po blogach, czytało, komentowało, poznawało, szukało fajnych miejsc. Dzięki temu wybrałem sobie krąg blogów najbardziej interesujących, autorów ze zbieżnymi gustami, gdzie można było pogadać i o książce, i pożartować, wymienić opinie o rozmaitych sprawach. A skoro wybrałem, to nawet nie zauważyłem, jak się w tym kręgu trochę zamknąłem. Jasne, dochodziły nowe blogi, ale po drodze inne zamierały z różnych powodów albo działały mniej intensywnie i w sumie to moje życie blogowe trochę przywiędło. Zresztą z biegiem lat i mnie zaczęły przygniatać rozmaite sprawy, więc ZWL też podsychał. Dopiero od niedawna lekko odżywam, zauważam nowe blogi, nowe pokolenie piszące: w zdecydowanej większości dużo młodsze ode mnie, więc już nawiązanie kontaktu nie jest takie proste, brakuje nam tych pokoleniowych punktów odniesienia, wspólnych wspomnień. Dla nich pewnie trochę jestem skamieliną, a oni dla mnie młodziakami, którzy nie czytali Awantury w Niekłaju i nie pamiętają ośmioklasowej podstawówki. To jednak nie znaczy, że nie możemy się wymieniać uwagami. Po prostu dyskusje stają się bardziej książkowe, a mniej wspomnieniowe. I muszę powiedzieć, że entuzjazm młodszych blogerów dobrze robi takim leśnym dziadkom jak ja. Już się wiele razy dałem wciągnąć w jakieś akcje, czytałem coś, bo ktoś rzucił pomysł. Jak kiedyś, kiedy zbiorczo czytaliśmy Kuncewiczową albo Kraszewskiego.

Podoba mi się, że młodsi blogerzy mają rozmach, że nie wspomnę o opanowaniu technologii. Mnie zajęło chyba 5 lat przejście na własną domenę i dodatkowy rok, żeby załatwić hosting. Szablon do dziś mam z darmowych gotowców, a zrobienie najprostszego banera przekracza moje możliwości. Teraz, jak widzę, to raczej normalność. Kiedyś miało się blog, do niego ewentualnie fanpage na Facebooku, a od pewnego czasu doszedł Instagram i pewnie inne społecznościówki, których nie ogarniam. Staram się nadganiać i doszło do tego, że dyskusje o własnej recenzji toczyłem w trzech miejscach; bo jedni wolą wrzucić komentarz na fejsa, innym akurat coś się nasunie przy przeglądaniu Instagrama, bo tak najszybciej i najwygodniej. Cierpią dyskusje na blogu, ale w sumie liczy się kontakt z czytelnikami, a nie nabijanie licznika komciów (gdzież są niegdysiejsze dyskusje z komciami idącymi w setki:D). Jedno, co mnie zupełnie nie przekonuje, to vlogowanie. Albo odczuwam irytację, albo secondhand embarrassment. Poza tym nie umiem się skupić, wolałbym przeczytać tekst w swoim tempie.

Mam podobnie z vlogami, ale w moim przypadku to wynika chyba z introwersji. Tworzenie vloga wymaga pewnej przebojowości, prezencji i czego tam jeszcze. Wpis blogowy jest mimo wszystko po części bezosobową formą kontaktu. Pokazujesz siebie tylko między słowami. W dodatku ja, pisząc dla Poltera, wpadłem w szkołę pisania recenzji bez używania pierwszej osoby. Taki jestem odseparowany.

Z rozproszeniem dyskusji to prawda. Jest to irytujące, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę to, jak Facebook selektywnie pokazuje posty. Nie lubię też, gdy pod wpisem komentarze są zintegrowane z Facebookiem.

Ciekaw jednak jestem, czy są jakieś konkretne dyskusje blogowe, które zapadły Ci wyjątkowo w pamięć?

Przy vlogowaniu prezencja to mniejsza, ale, u licha, podstawowe umiejętności wygłoszenia krótkiego tekstu bez jąkania chyba by się przydały; jakiś choćby szczątkowy montaż czy zadbanie o dźwięk. Ja się wywodzę ze szkoły pisania recenzji do czasopism naukowych, więc żadnych osobistych impresji, tylko rzeczowość i konkret, a recenzja opisowa, streszczająca, to zło, bo nic nie wnosi. Przy takim sposobie pisania zdarzało mi się usłyszeć, że przynudzam, że się nie emocjonuję, że za mało jest o mnie samym i moich odczuciach. No ale na takie pisaniem to za mało ekstrawertyczny jestem.

Dyskusji pamiętam wiele, ale najbardziej tę, która toczyła się chyba jeszcze zanim zacząłem blogować i trafiłem na jakiś jej odprysk. Mianowicie pewien koleś zgłosił pretensję, że kupił książkę polecaną przez blogerkę i się rozczarował. Uznał, że został oszukany, że blogerka kłamała o jakości dzieła, bo dostała je od wydawcy, ergo wszyscy blogerzy to niewiarygodne tuby propagandowe wydawców. Flejmy na dwieście komentarzy, dyskusja wrzała chyba na trzech blogach równocześnie. Oczywiście wszyscy komentatorzy zgodnie twierdzili, że przecież są uczciwi i mogło im się podobać, a za gust pana urażonego nie odpowiadają. Oraz, rzecz jasna, przecież nikt nie pisze recenzji, tylko spisuje wrażenia, a to subiektywne. Śledziłem to ze zgrozą i z fascynacją, bo miałem wrażenie, że każda blogerka i każdy bloger po prostu MUSI dodać komentarz, że ona/on nigdy przenigdy nie słodzi, nie promuje gniotów i w ogóle. Wreszcie dyskusja zjadła własny ogon i zdechła.

Ja miewam obawy względem przynudzania, ale nie będę z ich powodu silił się na jakieś drastyczne zmiany czy też żarty. Wolę jak już bawić się słowem. Zresztą przez to zaplecze nieufnie podchodzę do każdego, kto zasłania się słowami, że „przecież ja nie piszę recenzji, a po prostu spisuję swoje przemyślenia”. Dla mnie to na jedno wychodzi. Choć przyznaję też, że są kilka osób, które niby tak twierdzi, ale pisze świetnie. A co Ty o tym myślisz?

Uważam, że w wielu przypadkach to zwykłe krygowanie się, a w jeszcze większej liczbie przypadków zabezpieczanie sobie pleców na wypadek, gdyby ktoś się do recenzji przyczepił. Wtedy się mówi „przecież nie piszę recenzji” i sprawa załatwiona. Teoretycznie. Pomijając te przeraźliwie sztampowe wpisy w stylu: zdanie wstępne (moje ulubione otwarcie: „nie czytam kryminałów/fantastyki/horrorów/romansów – niepotrzebne skreślić, ale okładka tej książki tak mnie oczarowała, że musiałam/musiałem po nią sięgnąć”), dużo streszczenia i podsumowanie „polecam/nie polecam”, większość blogowych wpisów to są recenzje, bez względu na uniki autorów, i naprawdę niektóre są świetne, a ja zazdroszczę ich autorom. Jednym wnikliwości, innym błyskotliwości i dowcipu, jeszcze innym umiejętności opowiadania, bo zdarzają się fantastyczne gawędy o książkach, bardziej emocjonalne, oparte często na własnych wspomnieniach, doświadczeniach. Uważam, że to duża sztuka takie rzeczy dobrze pisać. Sam po takich tekstach kupiłem równie dużo książek co po recenzjach recenzjach. Ja piszę raczej recenzje, bo nie mam temperamentu i talentu na gawędy. Raz chyba tylko poniósł mnie pomysł i do dziś jestem szalenie dumny z tego tekstu. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś mi się uda coś podobnego powtórzyć.

Ja czasem dorzucę anegdotkę krótką we wstępie albo też zdanie od siebie w podsumowaniu, ale do gawędy też mi daleko. Też mam słabość do tych świetnie napisanych, choć nadmiar emocji przeważnie nieco mnie odrzuca.

Jeśli emocje są szczere, a ja pochlebiam sobie, że zwykle umiem to wyczuć, to nie mam nic przeciwko nim. Odrzuca mnie natomiast sztuczne entuzjazmowanie się, szczególnie gdy wiem, że książka jest słaba albo ledwie przeciętna. A tu ktoś mnoży superlatywy. Zniechęca mnie też pustosłowie.

Pozwolę sobie teraz przejść do innego powracającego tematu blogowego, a mianowicie stanu czytelnictwa. Należysz do grupy „jest aż tak źle” czy „nie jest aż tak źle”?

Najbardziej martwi mnie stan własnego czytelnictwa, bo to coś, na co mogę mieć wpływ. Mogę też zachęcać do czytania moje dzieci, podsuwać żonie lektury w jej guście i służyć moją biblioteką sąsiadom. Na edukację reszty narodu nie mam wpływu, więc nie drę nad nią szat. Może to mało idealistyczne, ale na pewno praktyczne, jeden powód do frustracji mniej. I niech mi nikt nie mówi, żeby działać lokalnie, rozwijać DKK, pracować u podstaw, bo osobiście się do tego zupełnie nie nadaję. Zresztą w mojej miejscowości działa najlepsza w powiecie biblioteka, DKK też jest, więc tym bardziej czuję się zwolniony. Natomiast serio mówiąc, to uważam, że jednak nie jest najlepiej i od samego bicia na alarm lepiej się nie zrobi. Gdzie jest wsparcie dla bibliotek szkolnych, gdzie zachęcanie dzieci do czytania, gdzie atrakcyjne programy o książkach w telewizji, gdzie w szkole terenowe gry literackie, wesołe quizy, przygotowywanie przedstawień albo kręcenie choćby komórką scenek z przeczytanych książek? Nie powiem gdzie, bo nie chcę się wyrażać. Marazm, począwszy od szczebli ministerialnych, marazm wśród nauczycieli, którzy czytają z dziećmi to, co leży w szkolnej bibliotece w odpowiedniej liczbie egzemplarzy. Dodajmy, tanich egzemplarzy; koszmarnych wydań lektur z opracowaniem, w anonimowych tłumaczeniach sprzed wojny albo archaicznych wersjach przekładów klasyki. Dostałem właśnie listę lektur na przyszły rok dla mojej młodszej córki: nieśmiertelny Koziołek Matołek (już usłyszałem, że to nudne, nie powiem, żebym specjalnie protestował), nieśmiertelny doktor Doolittle (osobiście lubiłem w dzieciństwie, ale to jednak było parę lat temu, podstarzały jegomość gadający z psem jest chyba jednak nieco passe), nieśmiertelny Andersen, który pewnie będzie czytany w jednej z niezliczonych kiepskich adaptacji z potworkowatymi ilustracjami. O liście lektur dla starszej córki nawet nie chcę myśleć. Nie wychowamy czytających młodych pokoleń, wrzucając im archaiczne piły, choćby nawet i nagradzane Noblami. Moim zdaniem podstawówka powinna być czasem, gdy dzieciom pokazuje się radość czytania, obcowania z literaturą w różnych formach, gdy nabiera się nawyku czytania. Zamiast tego są testy z lektury i nauczyciel-policjant egzekwujący informację, czy Staś Tarkowski zabił a) lwa, b) żmiję, c) wielbłąda. Pamiętam tabelkę, w której własnym podpisem gwarantowaliśmy, że nasza drugoklasistka przeczytała dziennie dziesięć czy dwadzieścia stron. Córka czytała już wtedy Kosika i zaczynała Pottera, mogliśmy ten świstek podpisywać hurtem za cały miesiąc z czystym sumieniem. Ale czy tak ma się zachęcać najmłodszych do czytania? Cieszę się, gdy widzę, że moje dzieci czytają, cieszę się, że czytają ludzie w metrze (choć już niekoniecznie czytają w moim podmiejskim autobusie), że widzę czytających na plaży. Zdaję sobie jednak sprawę, że to mniejszość. I to mniejszość, która będzie się kurczyć, bez względu na to, co możemy sobie wyobrażać, patrząc na nasze blogi i instagramy pełne książek obok filiżanek kawy i pączków róż.

Mógłbym się podpisać pod tą odpowiedzią trzema kończynami moimi – od promowania „lokalnego” po kurczącą się mniejszość. Jedną pozostawiam na drobną różnicę – ja się swoim czytelnictwem nie martwię zbytnio. Pogodziłem się swego czasu z tym, że i tak nie przeczytam wszystkiego. Mam listy, plany i Goodreadsy, ale bardziej używam ich jako drogowskazu lub pomocy przy potencjalnych zakupach, zamówieniach z Wysp. Nie traktuję ich jak miecza Damoklesa. Ty zapewne też nie, ale wolę dopytać: co Cię martwi w Twoim własnym stanie czytelnictwa?

Co mnie martwi? No wiadomo: że za mało i za wolno, szczególnie w porównaniu z zamierzchłymi czasami, gdy kończyłem jedną książkę i natychmiast zaczynałem drugą. Że tracę tę niewielką odrobinę czasu, jaką mam, na przeciętniactwa; że leżą odłogiem wielkie plany nadrabiania wielotomowych cyklów; że coraz więcej książek odkładam na tę mityczną emeryturę, kiedy teoretycznie powinienem mieć masę wolnego czasu, a jak znam życie, to będę zasuwał tak samo jak teraz. Takie tam inteligenckie lęki. W ramach walki z nimi postanowiłem przeczytać teraz chociaż Prousta i trwam w tym postanowieniu. Mam nadzieję, że do końca roku się uda. (Zresztą to skutek bywania na blogach i poddawania się skutecznym sugestiom i entuzjazmowi koleżeństwa). Jedno tylko mnie szczególnie nie martwi – że od lat już nie mam przymusu nadążania za nowościami, za tymi wszystkimi okrzyczanymi i nagradzanymi pozycjami, o których huczy przez trzy miesiące, a które potem lądują w koszu w hipermarkecie po 9,90.

Mnie recenzowanie dla portali wyleczyło z nowości. Trafiałem co prawda w większości na dobre książki, bo po pewnym czasie zdobyłem pewną swobodę wyboru, ale nie zostawało mi czasu na nic innego. Teraz staram się czytać różnorodnie. Wiem, że to pewnie jest szkodliwe dla mojego bloga pod względem osłon i tym podobnych, bo w cenie jest specjalizacja, ale nie zamierzam tego zmieniać.

Wychodzę z założenia, że dobra książka będzie dobrą książką i za pół roku, i za dwa lata. A jeśli zniknie w tym czasie z pamięci, to tym lepiej, duża oszczędność czasu.

Wracając do Twojej wypowiedzi o rządowych i edukacyjnych zaniedbaniach, ciekaw jestem, co sądzisz o ostatnim felietonie Wojciecha Chmielarza dla Smaku Książki?

Chmielarz nie napisał nic odkrywczego, to wszystko widać na pierwszy rzut oka. Ja bym jeszcze dodał, że książka w ogóle znika z przestrzeni publicznej. Pamiętasz jakąś polską reklamę, film albo serial, w których scenograf przewidział regał z książkami, a scenarzysta czytającą osobę? W bardzo dawnych czasach w Klanie czytała jedna bohaterka, filolog z wykształcenia i zawodu. Filmowe apartamenty są tak uroczo minimalistyczne, mowy nie ma, żeby kurzyły się tam jakieś książki… Zresztą nie wiem, czy próbowałeś kupować w ciągu ostatnich paru lat meble? Ja próbowałem. Poza Ikeą i nieśmiertelnym regałem Billy prawie nikt z producentów nie przewiduje takiego drobiazgu jak regał na książki. Stoliki pod telewizory za to w pełnym asortymencie.

Cóż za zbieg okoliczności. Właśnie jestem po remoncie salonu i w trakcie poszukiwań regałów. Poza wspomnianym Billym pozostają małe firmy i duże ceny, czyli porządne drewno. Z serialami to ciekawa obserwacja. Telewizji nie oglądam niemal wcale, ale mogę podać kilka przykładów w miarę świeżych seriali spoza Polski, w których odwołania książkowe odgrywały pewną rolę, ale z Polski żadnego. Sytuacja niewesoła jest zdecydowanie. Czy uważasz, że w kraju nad Wisłą może coś się zmienić czy po prostu pozostanie malutka enklawa moli?

Zamiast szukać regałów, szukaj dobrego stolarza, chyba że masz smykałkę do stolarki.

Nie wiem, kiedy ostatni raz widziałem jakiś serial, ale nie sądzę, żeby coś się zmieniło. Podobnie jak nie sądzę, żeby cokolwiek się zmieniło z czytelnictwem jako takim. Władza zdecydowanie inne sprawy uznaje za priorytetowe, a inicjatywy oddolne będą, no cóż, tylko inicjatywami oddolnymi, na małą skalę. Niby dobre i to, ale to jednak nie jest droga do wyjścia z zapaści. Więc pozostaje enklawa. Dobrze, gdyby się choć trochę rozszerzała.

Ha, ja to jestem manualnym antytalenciem. Nadaję się całkiem nieźle do pracy czysto fizycznej. Chętnie pomogę z przeprowadzką. Przyznam szczerze, że mnie gryzie zazdrość nieco i jakoś takie nieco patriotycznie martwi ten stan ze względu na to, że w innych krajach jest z tym czytelnictwem lepiej. Nawet gdyby przyjąć wariant pesymistyczny, że z jakością jest kiepsko, to i tak w ilości tej jakości nieco się znajdzie. Mam nadzieję, że nie gmatwam nazbyt.

Jak się chce wreszcie powyjmować książki z kartonów, to człowiek odkrywa w sobie niespodziewane talenty manualne i znajduje czas, żeby wiercić i przycinać. Tym bardziej że bez trudu można kupić materiały i narzędzia i znaleźć najrozmaitsze poradniki i inspiracje. Co do smutków patriotycznych, to daleki jestem od myśli, że kiepski stan czytelnictwa wynika z kiepskiego stanu rodzimej literatury. Przy tej liczbie wydawanych książek coś dla siebie znajdzie i miłośnik wyrafinowanej prozy, i człowiek zainteresowany biografiami gwiazd porno (serio, serio, ukazało się coś takiego). Nie zrzucajmy też winy na cenę czy brak małych lokalnych księgarni. Potrzeba wyrabiania od małego odruchu sięgania po książkę, oswajania z nią, wpajania świadomości, że to też rozrywka i fajny sposób spędzania wolnego czasu. Niekoniecznie zamiast ulubionego serialu czy meczu, ale oprócz nich.

Ostatnio natknąłem się na kilka Twoich komentarzy wskazujących na to, że czytasz i po angielsku. Często tak czynisz?

Czytam po angielsku i po rosyjsku, ale nie robię tego regularnie. Najczęściej sięgam po książki obcojęzyczne, gdy koniecznie muszę coś przeczytać, a polska premiera rychło nie nastąpi. Dzięki temu jestem na bieżąco z cyklem o Flawii de Luce, której przekłady ukazują się bardzo opornie; dzięki temu pochłonąłem też drugi i trzeci tom wspomnień położnej Jennifer Worth i żałuję bardzo, że polski wydawca ich nie wyda.

U mnie kartony obecne są od przeprowadzki, czyli już ponad dwa lata. Biedne te knigi. Co do języków, to ja staram się czytać w oryginale, o ile to możliwe. Wolę być bliżej autorskich intencji. Choć nie upieram się zbytnio. A co do ceny, to przywołam swoje ulubione utyskiwanie. Swego czasu (dobre 10 lat temu) udałem się na wakacyjne zapracowanie do Irlandii. Pracując za minimalną wtedy stawkę 5 euro na godzinę, wystarczyły mi niecałe dwie godziny pracy, by kupić sobie książkę. W tym samym czasie stawka minimalna za godzinę wynosiła 5 złotych, więc potrzebowałem niemal całego dnia pracy. Zgadzam się z tym, że cena nie ma decydującego wpływu na czytelnictwo, ale wydaje mi się, że jest jednak dość ważna.

Mówiąc, że cena nie jest przeszkodą w czytaniu miałem na myśli to, że bez trudu można znaleźć dobre i bardzo dobre książki w cenach umiarkowanych albo i za grosze, korzystając z antykwariatów, księgarń z tanią książką, rozmaitych czytelniczych wymian, bibliotecznych wyprzedaży itp. Mnóstwo rzeczy w formie ebooków jest za darmo. Jasne, jeśli ktoś chce czytać tylko nowości, to ma bardziej pod górkę, ale promocje są co chwilę, dyskonty książkowe działają, w hipermarketach stale jakieś akcje promocyjne. Wreszcie biblioteki wciąż działają i wciąż są bezpłatne. Można się wymieniać ze znajomymi. Więc jeśli ceną zasłania się ktoś, kto w ogóle nie czyta, to jest to tylko wymówka, zrzucanie winy za własne nieczytanie na czynniki zewnętrzne. W końcu to lepiej brzmi niż „czytanie mnie nudzi”. Jeśli ktoś czyta namiętnie, to naprawdę nie zabraknie mu książek, nawet przy bardzo umiarkowanych dochodach.

A z tym to się zgadzam w pełni. Ja przez studia i jakiś czas po niemal wcale nie kupowałem książek. Pożyczałem od znajomych, wypożyczałem z biblioteki, wymieniałem się, a z czasem zacząłem buszować po lumpeksach. Ciekaw jestem, jakie było najdziwniejsze albo i najbardziej pamiętne miejsce, w którym kupiłeś/zdobyłeś książkę?

Właśnie przebiegam w myślach moje regały i chyba dziwnych miejsc nie pamiętam, wszystkie były w miarę standardowe. Z miejsc pamiętnych to dwa: warszawskie Koszyki, gdzie jakoś na początku lat dziewięćdziesiątych otworzyła się wielka tania książka, na początku z towarem wyłożonym na łóżkach polowych. Cuda tam można było dostać i za grosze, wychodziło się z siatami pełnymi różności. Masę książek stamtąd wciąż mam, pewnie nawet trafiłaby się jakaś wciąż nieprzeczytana. A drugie miejsce to był cudowny antykwariat Pałac Starej Książki przy Działdowskiej, umieszczony w budynku po żłobku. Regały stały wszędzie, nawet w byłych łazienkach, wciąż z kafelkami na ścianach. Absolutny labirynt, taki do błąkania się godzinami. Niestety antykwariat wygryźli sąsiedzi i impreza padła. Natomiast przełomem na miarę kopernikańską było dla mnie uzyskanie stałego dostępu do internetu. Od tamtej pory zdecydowaną większość książek kupuję w sieci.

U mnie to w zasadzie tylko lumpeksy. Mam za to kilka miłych skojarzeń – Perfekcyjną niedoskonałość Dukaja kupiłem w kazamatach Dworca Centralnego, gdy przybyłem na eliminacje do Jednego z dziesięciu, a dwa Pratchetty przyfrunęły ze mną z Irlandii właśnie.

Na sam koniec pytanie czysto książkowe – czy masz swojego „ulubionego” antybohatera książkowego?

Równie dobrze mógłbyś mnie zapytać, czy mam ulubionego bohatera, ulubiony opis przyrody albo czy mogę wymienić pięć książek na wakacje. Mój mózg od razu odmawia współpracy, on chyba nie skupia się na wypełnianiu szufladek informacjami, a jeśli nawet, to długo trwa, zanim się te szufladki otworzą. Więc jeśli mam jakiegoś ulubionego antybohatera, to przypomnę go sobie za trzy dni, jak mi oko padnie na jakąś konkretną książkę.

Proszę więc o uzupełnienie wywiadu za trzy dni, a tymczasem pięknie dziękuję za poświęcony czas.


Co prawda szanowny wielce mój interlokutor ma obawy, że rozmowa ta stawia go w świetle mastodońskim, ale mi z kolei wydaje się, że wyszło ciekawie. Chętnie jednak poznam Wasze zdanie. Zapraszam do komentowania, a ja zabieram się za poszukiwanie i nagabywanie kolejnej ofiary.

Poprzedni

Tworząc i niszcząc, czyli „Babel Tower” A.S. Byatt

Następny

Mieszanka momentami boska, czyli antologia „Zabawa w boga”

Komentarzy: 125

  1. Chciałem tylko napisać, że za product placement nie otrzymałem wynagrodzenia, a nawet nie mam żadnego ze wskazanych mebli na wyposażeniu 😀
    A Tobie, Kubo, dziękuję za uznanie, że nadaję się na rozmówcę 😀

  2. Bardzo się podoba rozmowa! To będzie bardzo ciekawy cykl 🙂

    PS Ja też twierdzę, że nie piszę recenzji i chyba szczerze w to wierzę. Wydaje mi się, że do napisania takiej pełnoprawnej recenzji trzeba się trochę na literaturze znać, a nie tylko ją czytać 😉 Zresztą, to tylko nazwa 😉

  3. Wywiad ciekawy i cały cykl zapowiada się równie interesująco 😀
    Wspomnieliście o ośmioklasowej podstawówce i poczułam się stara. I muszę przyznać, że mam również problem z vlogami książkowymi. Jakoś nie potrafię się skupić, gdy ktoś na tle biblioteczki macha książką i coś tam „buczy” pod nosem. Więc vlogi omijam szerokim łukiem.

    • pozeracz

      Staro? Jak to staro? Ja się nadal czuję bardzo młodo. Zacytuję nieklasyka: „Age ain’t nothing but a number”.

      By nie było – nie trawię także vlogów anglojęzycznych. Kilka razy próbowałem w któreś wsiąknąć, ale nie da rady. Lubię za to czasem posłuchać książkowych podcastów, ale ostatnio jakoś odpuściłem. Muszę poszukać sobie 2-3 ciekawych.

      • Ja próbowałam niemieckojęzycznych. Mam może 1-2, na które zaglądam totalnie niszowe i prowadzone przez starszych (!). I też bardziej robię to dla kontaktu z żywym językiem niż dowiedzenia się czegoś konkretnego o książkach.

        • pozeracz

          Gdybym chciał zapodać marnym żartem, to napisałbym, że niemieckojęzyczny vlog brzmi iście przerażająco. Jednak nie podzielam wstrętu do tego języka (i to mimo wstrętu do nauczycielki z liceum). Ale ciekawi mnie to, że prowadzą je właśnie starsze osoby.

          • Angielskiego słuchać może każdy ;). Akurat te, na które ja zaglądam prowadzą raczej starsi (po 30tce) niż młodsi (przed 30tką), ale to na bank wynika z mojej własnej stetryczałości.

            Mało jest osób, które nie podziela wstrętu. Ja na przekór uwielbiam blogi, gdzie o literaturze niemieckiej się pisze i których prowadzący czytają w oryginale (np. Wyliczanka).

          • pozeracz

            Po 30tce to starsi?! Ach, cóż za cios! Prosto w serce! 😉

            Ja też mam słabość do czytających w oryginale, ale skierowaną w stronę angielskiego. W sumie trochę się dziwię, że nie ma więcej takich osób.

          • Niekoniecznie Papierowa – Niemieckiego mam dość w pracy. 😉
            No i chyba chciałaś napisać, iż słuchasz młodzieniaszków po 30-tce, bo to słowo starsi jakoś mi nie pasuje. 😉 😛

          • Nie oszukujmy się, vlogerzy powyżej 30tki zdecydowanie zawyżają średnią wiekową. 😉

        • Ja lubię od czasu do czasu niemieckojęzyczne vlogi pooglądać 🙂 Fakt, że nie ma znalazłem niczego, co byłoby w tematyce książek… Ogólnie po angielsku trawię tylko – Neistat i Gary Vaynerchuk. Tylko tak jak mówię, to vlogi prędzej o „życiu” i prowadzeniu „biznesu”, a nie książkach 🙂

      • To była tylko chwilowa słabość 😀
        Ja słucham tylko jednego podcastu i to raczej nie książkowego. Chętnie spróbowałabym takiego książkowego, jakbyś mógł polecić.

        • pozeracz

          Z polskich polecam MyszMasz, który co prawda nie jest wyłącznie o książkach, ale pojawiają się one tam regularnie. Z anglojęzycznych, to polecam wpaść na BookRiot i sprawdzić tamtejsze.

  4. Ale Was konie poniosły. Dokończę wieczorem przy lampce. Wina. I skomentuję. Choć zanim skończę czytać, skończę pewnikiem butelkę i nie wiem czy sensownie 😛

    • Przy lampce wina? Wstydź się, bo jak dziś napisał Twardoch: „człowiek świadomy i elegancki wino pije na butelki (liczba mnoga). Nie na jakieś kurwa lampki.” 😀

      • pozeracz

        Butelkę wina zawsze kończy się sensownie. Whisky jeszcze bardziej, ale czepiał się nie będę.

      • Ja piłem wina na butelki (i z butelki), w czasach kiedy pan literat koło mecedesów tylko ulicą przechodził :P. I jakbym się miał czepić, to świadomy i elegancki jest ten człowiek tak gdzieś do połowy trzeciej 😀

  5. Dyskusje, w których ZwL bierze udział są nie tylko długie, ale przede wszystkim dowcipne, błyskotliwe i ironiczne. To duża sztuka i rzadkość w internetach. Żeby nie było, że tylko słodzę, mają one jedną wadę: dla początkujących są bardzo hermetyczne. Przerzucanie piłeczki ze znajomymi bloger(k)ami jest onieśmielające dla czytelnika z zewnątrz. 🙂

    Co do samego wywiadu: ciekawe, że równie dużo co o ZwL można się dowiedzieć o autorze bloga. 😉

    Czekam na kolejne rozmowy!

    • Faktycznie jest taki syndrom, że człowiek nie chce się wbijać w dyskusję, gdy widzi, że wszyscy się dobrze znają i mają swoje kody, skróty myślowe itepe, sam tak mam i często się muszę przełamywać. Ale uprzejmie proszę, żeby coś takiego nie przeszkadzało nikomu w zostawieniu komentarza na moim blogu albo w dyskusji, w której biorę udział. Im nas więcej, tym weselej 😀 A ja nie gryzę, na pewno nie świeżaków 🙂

      • pozeracz

        Ja dorzucę do siebie, że komentowanie na blogach książkowych to w ogóle ciężka sprawa. Zwłaszcza, gdy chodzi o recenzje. I paradoksalnie – im lepsza recenzja, tym trudniej skomentować. Ja często mam tak, że myślę sobie: „I co ja mam tu jeszcze w ogóle dodać?”.

        • Cokolwiek. Zapytać o kolor okładki albo wielkość czcionki. Albo nawiązać do własnych wspomnień. Albo przypomnieć coś, co czytałeś, a skojarzyło Ci się luźno z recenzowaną książką 😀 Byle nie pisać „Świetna recenzja, wpisuję książkę na listę” 😀

          • @ZwL „Twoja uwaga zachęciła mnie do skomentowania. Na pewno to zrobię!”. 😉 A tak bardziej serio, jak sam piszesz, człowiek jednak się cyka przed tą pierwszą razą, ale może warto zaryzykować.

            @Qbuś, czasem jest ciężko, ale tak jak pisze Zacofany, pytanie widaje się dobrym wyjściem. Piszący wie, że przeczytało się z uwagą i jeżdże zmóżdżyło nad czymś więcej niż „wpisaniem na listę”.

          • Pewnie, że warto. Gdybym się kiedyś nie odważył u Bazyla, Lirael, Agnieszki Tatery, Maiooffki, Padmy i w wielu innych miejscach, to szybko bym zwinął sklepik.

          • Albo wjechać z czymś kompletnie od czapy. Najwyżej zarobimy wirtualne wzruszenie ramion. A jak odpowiedź będzie poniżej pewnego poziomu, to mamy z bańki i nie wracamy 😀

          • Tak jest. A poza tym, blogery kochane, ustawcie sobie powiadomienia o przychodzących komciach, żebyście wiedzieli, czy macie komuś odpowiedzieć. I vice versa, Drodzy Czytelnicy, zaprenumerujcie sobie odpowiedzi, żeby się autor w próżnię nie produkował 😀

          • O! to, to!!! 🙂

          • pozeracz

            Staram się, staram. Ale od czapy to pisać nie lubię. Choć pewnie czasem moje skojarzenia na takie wyglądają. A przed subskrybowaniem to mam dziwne opory – muszę się zmagać i przemagać.

          • Czemuż? Kiedyś naród narzekał, że przy większych dyskusjach ma zawalone skrzynki, ale technika poszła do przodu można subskrybować tylko odpowiedzi na własne komentarze.

          • pozeracz

            Ano sam nie wiem… Zupełnie irracjonalnie. Obiecuję poprawę!

  6. Bardzo ciekawa, rzeczowa i błyskotliwa rozmowa. Gratuluję, konsekwencji w realizowaniu pomysłu o promowaniu pozytywnych stron blogowania. No i teraz już wiem, że muszę sięgnąć po Flawię i po odłożoną na bok „Zawołajcie położną”

  7. A podobno to miały być krótkie wywiady. 😀

  8. Olga z WielkiBuk

    Prosto i na temat: przegodna rozmowa, przegodne wykonanie i bardzo fajny pomysł na cykl. 🙂

  9. Bardzo dobry wywiad, muszę się przyznać, że jak widzę długą dyskusję, to zawsze zakładam, że Zacofany w lekturze na pewno już tam był . Smutna to wieść o liście lektur — a już myślałam, że w szkole podstawowej zasadniczo panuje wolność co do doboru czytanych dzieł, ale pewnie dowolność a zasoby biblioteki to dwie różne rzeczy. No i ciekawa uwaga o (nie czytających) polskich serialach!

    • Dowolność, owszem, dotąd była, ale w granicach zaopatrzenia szkolnej biblioteki. Teraz nie wiem, co będzie, ale nie sądzę, by wolność była pojęciem preferowanym w działaniach oświatowych. Przyznam uczciwie, że wiadomości polskich serialach są mocno przeterminowane, ale nie sądzę, żeby w nowszych produkcjach było lepiej.

      • anek7

        Dowolność w wyborze lektur właśnie się poszła bujać na drzewo, a dzieciaki wracają do „Katarynki”, „Króla Maciusia” i „Dzieci z Leszczynowej Górki”. Na szczęście oszczędzono im „Sierotki Marysi”… Praktycznie nie ma miejsca na jakieś własne wybory dla polonistów. Lektury w większości (jak chociażby te wymienione wyżej) były archaiczne już wtedy kiedy ja chodziłam do szkoły. I szczerze wątpię, żeby zachęciły do czytania moje własne dziecko, które, przyznaję to z ogromnym żalem, jest raczej odporne na słowo pisane. Pozostaną nam więc domowe tajne komplety 😉
        Co do seriali to oglądałam w naszej TV tylko jeden, a mianowicie „Ranczo” i tam książki były obecne, bohaterowie coś tam czytywali a u księdza na plebanii stała biblioteczka z kompletem Chmielewskiej 😉
        No ale tu reżyser jest mężem pisarki, więc przykład może nie być miarodajny.

  10. Bardzo ciekawa rozmowa. Ja pamiętam, jak się zastanawiałam czy Piotra poprosić o polubienie mojego bloga, bo strasznie się wstydziłam tych swoich wypocin. Zacofany i Padma to takie moje guru blogosfery 😀 Innych zresztą też czytam chętnie i zawsze mnie boli, jak na którymś, zwłaszcza wartościowym blogu robi się cicho.

    • Wstydliwość jest, jak widzę, cechą mnóstwa blogerów. Pamiętam do dziś, jak się cykałem przed pierwszym komentarzem u Bazyla 😀 Pamiętam nawet dokładnie, czego dotyczył. Bazyl mnie nie zjadł i potem jakoś to poszło.

      • Introwertyk introwertykiem, ale bez jaj. Wychodzi, że nie diplodokiem jeno blogową Scyllą i Harybdą byłem 😛
        PS. Czego, bo mi się nie chce grzebać? 🙂

        • Post był do usunięcia, więc i tak go pewnie już nie ma. Pytałeś o nowe wydanie Dziejów krucjat Runcimana 😀
          I nie Scyllą i Charybdą, tylko doświadczonym blogerem z wianuszkiem fanek 😀

          • Runcimana w końcu kupiłem „starego” i utknąłem w połowie I tomu 😛 A z tym doświadczonym, to nie przesadzajmy. Na początku jechałem z zapasu tekstów stworzonych na newsowej grupie pl.rec.ksiazki, to i częstotliwość była i czytelniczki, co za tym idzie, też 😀

          • Bo to nudziarstwo, szczerze mówiąc 😀
            W 2011 już nie leciałeś ze starych zapasów, tylko jechałeś na bieżąco.

          • Kurczę, przerażasz mnie pamiętając rzeczy, których ja nie pamiętam. Jak zacznę pisać monografię Śmieciuszka, wiem do kogo walić jak w dym 😛

          • Utrwaliło mi się z powodu tego stresu 🙂

          • pozeracz

            Jak to dobrze, że nikt już nie odnajdzie mego bloga onetowego jeszcze z czasów studiów. Wianuszek był, ale było też całe mnóstwo weltschmerzu i innych boleści młodzieńczych.

  11. ZwL w roli klasyka, zacny wywiad! No niech mnie Cthulhu…
    Tylko co tak poważnie? Jeszcze ktoś pomyśli, że jesteście poważnymi blogerami (nie mylić z poważanymi, to akurat prawda) 😀

    Tylko co się koledzy czepiają uczciwych osobników płci wszelakich, którzy jawnie mówią, że nie potrafią pisać, tych, no… no tych co to krytycy literaccy ponoć piszą (akurat), recenzji czy jakoś tak… 😛

  12. Kubo – zakładając, że jesteś na koleżeńskiej stopie z gronem kilkunastu osób i przyjmując, że owi osobnicy także mają swoje kręgi przyjaciół i znajomych, niemal pewne jest, że prędzej czy później natkniesz się na jakiegoś dobrego stolarza, który po nieco niższej cenie wykona Ci atrakcyjny regał 🙂 A znalezienie regału w markecie budowlanym czy meblowym to faktycznie nie lada wyzwanie. Pamiętam swoje własne mozolne poszukiwania takiego artefaktu.

    A tak generalnie to b. ciekawy wywiad. Przeczytałem ze szczerym zainteresowaniem. Momentami poczułem nawet ukłucia zazdrości – takie wspomnienie Pałacu Starej Książki przy Działdowskiej będzie pewnie za mną chodzić przez parę miesięcy. Szkoda, że nie będzie mi dane odwiedzić tego nieistniejącego już przybytku.

  13. Proszę, proszę niby wszystko już o Koledze wiedziałem, a jednak okazuje się, że nie. Wyjątkowo – zaznaczam – wyjątkowo, nie podejmuję akcentów polemicznych w wypowiedzi Kolegi aby nie zwiększać „długości interlokucji” 🙂

    • Nie bądź taki, polemizuj! Niech to będzie porządna interlokucja 🙂

      • Tak, teraz to polemizuje a potem wyjdzie na to, że znowu coś mi się nie podoba, ale niech tam… Zaniepokoiło mnie „odcięcie się” Kolegi od klasyki dla dzieci – nie twierdzę, oczywiście że wszystko jest z nią ok, ale moim zdaniem bez niej padną podwaliny pod inteligenckie kody kulturowe. Już dzisiaj nie ośmieliłbym się przeprowadzić sondy na temat tego, skąd pochodzi jeden z najbardziej znanych cytatów mojego dzieciństwa „Gdy nie umrze to żyć będzie! Tak doktorzy powiedzieli.”

        • Zaraz tam odcięcie od klasyki. O ile pamiętam, sam po swoim synu widzisz, że nie wszystko z naszych ulubionych książek wchodzi dzisiejszej dziatwie. Kiedyś bym pewnie płakał z tego powodu, ale po dłuższym namyśle uważam, że to jednak naturalna zmiana warty. Zwróć uwagę, że Tuwim czy Brzechwa dla dzieci trzymają się bardzo mocno, a Makuszyński to jednak nie ta liga.

          • Co do tego, że nie wszystko złoto co się świeci, to oczywiście masz rację. Nie zaryzykuję na przykład podsunięcia dziecku „Serca” Amicisa, choć pamiętam, że sam roniłem nad nim łzy 🙂 Ale kategoria jest tak pojemna, że spokojnie da się w to miejsce wybrać coś innego i niekoniecznie trzeba zaraz zastępować je jakimś „Magicznym drzewem”.

          • Ale oczywiście, że się da wybrać rzeczy równie dobre, ciekawe i równocześnie kształcące. Skąd więc to uparte trzymanie się Pinokia i Doktora Doolittle? Ano z siły inercji nauczycieli i wyposażenia szkolnych bibliotek, ot co. A Maleszka szczęśliwie chyba jeszcze w lekturach nie jest.

          • Doktora Doolittle – przyznaję nie pamiętam, więc się nie wypowiadam, ale nie znać „Pinokia”?! Chyba nawet gimbaza kojarzy o co chodzi z dwoma rodzajami kłamstw, tymi co mają długi nos albo krótkie nogi. Równie dobrze można zapytać, po co czytać „Brzydkie kaczątko” albo „Królową Śniegu” bo to przecież też stare i niektóre dzieci nudzą się przy tym.
            PS. W szkole mojego syna „Magiczne drzewo” i jeszcze coś chyba równie tandetnego było „promowane” na tablicy „polonistycznej”.

          • no i co gimbazie po tej maksymie? Poza tym Pinokio jest archaiczny pod tak wieloma względami, że doprawdy lepiej, żeby już przestał straszyć jako lektura.

          • Ale mądra klasyka wcale zła nie jest. Kleksa (całość) czytałem 2 razy 🙂 Faktem jednak jest, że z popularki byłoby co wybrać. Nasze Starszaki za „Baśniobór” na liście pewnie by się nie obraziły 🙂

          • @Bazyl: bo Kleks, zwróć uwagę, jest całkowicie pozbawiony morału i tak zwanych wartości pedagogicznych. Plus nieskrępowana wyobraźnia. A ten biedny Pinokio dostaje w drewniany kuper za niewinność, bo nikt biedaka nie wychował, za to wszyscy wymagają niemożliwego 😀

          • pozeracz

            Lektury dla dzieci to materia dość trudna. Jest całkiem sporo wartościowych pozycji do dodania, ale ja miałbym problem z wytypowaniem tych do usunięcia. Albo miałem szczęście w podstawówce, albo też nie pamiętam tym topornych. „Karolcię”, „Dzieci z Bullerbyn” czy też „Kajtkowe przygody” wspominam bardzo dobrze, a byłem wtedy czytelnikiem jedynie obowiązkowym.

  14. Mądrych to miło poczytać 🙂 Pamiętam czasy, o których pisze ZwL. W 2008 roku, kiedy szukałem swojego miejsca w sieci, liczba blogów książkowych była tak ograniczona, że można było czytać większą ich część. URLe z tamtych lat, to wciąż największy odsetek w moim feedly, bo podobnie jak kolega, zaskorupiałem. Czasem trafiam na te nowoczesne cudeńka młodej fali, ale rzadko dopisuję do listy stałych odwiedzin. Czasu brak 🙁
    Nie wiem czy to krygowanie, ale jestem z tej grupy, która zaprzecza pisaniu recenzji. Trafiały mi się teksty niezłe, drętwe, zabawne i pisane bez polotu, ale nie miałbym śmiałości pisać o sobie per recenzent. Czytelnik wtrażający opinię o książce, prędzej 🙂
    No i zmartwiłem się tym zdaniem o pustosłowiu, bo to w końcu mój znak firmowy 😛

  15. No ale jaki mastodont ja pytam? Jak ZWL jest mastodontem to niektórzy z nas chyba już mamutami zamarzniętymi w wiecznej zmarzlinie lub starożytnymi owadami zatopionymi w bursztynkach.

    Też nie ogarniałam vlogów i wydawało mi się, że jestem za stara, ale teraz niektóre z nich uwielbiam i nie mogę przeżyć oczekiwania na nowe filmiki.

    Pragnę jeszcze dodać, że ZWL jest specjalistą od rozmaitych ciesielskich wyrobów, wszak kiedyś miałam zamieszkać pod jego solidnie zrobioną półką (ZWL pamiętasz? bo ja tak i niedługo będę egzekwować :D).

    Cudna rozmowa. I jakby to powiedziały niektóre współczesne vlogerki: LOFCIAM!

  16. U mnie tak nie dyskutują. Tak obficie.
    ‚Podoba mi się, że młodsi blogerzy mają rozmach, że nie wspomnę o opanowaniu technologii. Mnie zajęło chyba 5 lat przejście na własną domenę i dodatkowy rok, żeby załatwić hosting’ – hę? Trudne słowa. 😉
    Pozdrawiam, bo Zacofanego czytuję.

  17. Jeszcze jak pracowałam w dziale promocji pewnego wydawnictwa, przeglądając dziesiątki blogów, natknęłam się na „Zacofanego…”. To był jeden z nielicznych tytułów, które zapamiętałam z tego researchu, bo wyróżniał się i pomysłem, i formą. Za rzadko do niego zaglądam, w ogóle do wszystkich za rzadko zaglądam, ale uważam, że to świetny wybór rozmówcy na początek cyklu. Jak wspomniałam, mam też reakcję <3 <3 <3, bo jest taki miły i sympatyczny.

    Nigdy nie miałam problemów z brakiem regałów, co prawda nie musiałam kupować, tylko dostawałam w spadku albo w wyposażeniu, a polskiej telewizji nie oglądam. Smutna przyszłość! Ale tak jest w naszym kraju już od dawna z obecnością książki. Pamiętam, jak byłam dzieckiem i przez jakiś czas mieszkałam w bloku, a moja mama wprowadzała niechcący modę na wystawkę z książek wśród sąsiadów. Bo przychodzili do niej i się dziwili, że u nas tyle tego. A ona mówiła, że sobie nie wyobraża inaczej i że książki w domu to chluba i najlepsza ozdoba. I tak niektórzy zaczęli trochę na pokaz zapełniać półki…

    Dobrze mi zrobiło przeczytanie tego tekstu o recenzjach i zasłanianiu się, że przecież wcale nie piszę recenzji. W sensie, kubeł zimnej wody na głowę, bo sama tak próbowałam się usprawiedliwiać.

    Do tej pory nie ogarnęłam, jak i po co robić swoją własną domenę. Podobno trzeba płacić D: A co, jeśli wszystkie komentarze mi utnie? Szablon się rozleci? Już wolę nie ruszać tej misternej, delikatnej konstrukcji hateemelowej…

    • Miły i sympatyczny? I to wszystko na podstawie tych trzech minut na targach w Krakowie? Ale i tak się rumienię 😀
      Własną domenę ma się dla lansu, li i jedynie, wiadoma sprawa. Można ją zresztą mieć i na blogu blogspotowym, nic nie ucina. Pod górkę jest dopiero przy przenoszeniu na własny serwer. Też dla lansu 🙂 Ale i dla wygody. Wtedy warto koszty ponieść.

      • pozeracz

        To ze mnie była sprytna bestia, bo od razu wszystko na swoim zrobiłem. Gdybym miał to wszystko zmieniać już po jakimś czasie, to pewnie bym się bardzo mocno stresował.

        • No przecież mówiłem, że nowe pokolenie bardziej ogarnięte technicznie jest 😛

          • Kurczę, to ze mnie takie starsze pokolenie! ;p

            Nie, nie tylko trzy minuty na targach, przecież komentuję, dyskutuję, obserwuję. Jak zaczęliśmy pisać o „Błękitnym zamku” u Pyzy, to poleciałam do mojego Lubego, żeby się do kogoś pozachwycać, że ludzie z blogosfery potrafią być tacy uroczy i mi mówią nieznane rzeczy o książkach bliskich sercu. Aż się oganiał ;D

            Może kiedyś się zbiorę za zmianę domeny, ale póki co mi dobrze. Zresztą, czasem mam szalone myśli, żeby się wciąż za vloga jak już ogarnę doktorat, ale chyba mnie przerasta technicznie…

          • Przekaż Lubemu wyrazy współczucia, że musiał słuchać zachwytów m.in. na mój temat 😀
            Na własnym przykładzie wiem, że żaden doktorat nie pomaga ogarnać vloga, więc nie rób sobie wielkich nadziei 😛

          • pozeracz

            Dołączam się do wyrazów współczucia. Mam nadzieję, że taki los nie spotyka go zbyt często.

  18. Och nie, a ja myślałam, że automatycznie zmądrzeję :/

    Luby musi dużo specyficznych rzeczy znosić, między innymi nawet rewelacje na temat idiotycznych, ale wciągających koreańskich dating simów na komórkę, ale taki już sobie wybrał los 😀

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén