Nie tak dawno marudziłem nieco po lekturze najnowszej części Meekhańskiego pogranicza, głównie narzekając na fabularne rozwodnienie. W cyklach fantasy tak to czasem bywa, że do wielce efektownej, świat ogarniającej kulminacji prowadzi droga nazbyt rozwleczona. Zdecydowanie rzadziej zdarza się trafić na powieści cierpiące na urodzaju klęskę. Kellanved’s Reach pod niektórymi względami taki właśnie jest.

kellanved's reach

Nigdy do końca niewygasający konflikt między skłóconymi miastami-państwami kontynentu Quon Tali trwa w najlepsze. Walczący lordowie i książęta są tak pochłonięci własnymi drobnymi sporami, że niewielu z nich zauważa, iż pewien ekscentryczny mag z Dal Hon przejął kontrolę nad południowymi morzami. Jednak niektóre siły są zaniepokojone. Sam Kellanved nie przejmuje się żadnymi drobnymi intrygami politycznymi, strategiami ani wojną. Jego uwagę przyciąga coś innego, znacznie bardziej tajemniczego, i wraz z niechętnym i zdecydowanie sceptycznym Tancerzem przemierza kontynenty i rusza w podróż, z której nikt jak dotąd nie powrócił. Nawet jeśli mu się uda, może zbudzić moce

Wstęp do wpisu mógłby sugerować, że Kellanved’s Reach to słaba powieść, ale take nie jest. A przynajmniej nie do końca. W odniesieniu do większości treści można by bowiem powtórzyć pochwały, które wypisałem tu niemal równo rok temu. Esslemont nie zepsuł bowiem świetnej dynami pomiędzy głównymi bohaterami ani też ich interakcji z innymi postaciami czy też bytami. Nie ma też problemów z kształtowaniem głównego wątku fabularnego – od początku do końca czytelnik nie traci pewności, że autor ma wszystko w tym zakresie solidnie przemyślane. No i przede wszystkim (choć to boleśnie oczywiste) nadal niezaprzeczalny urok dla fanów będzie miał sam malazański świat.

the god is not willing

A może by tak zboczyć ze ścieżki…

Przysłowiowy diabeł lubi jednak chować się w szczegółach, a w przypadku Kellanved’s Reach przyczynowo-skutkowo są one powiązane z paradoksem. W poprzednim cyklu Esslemont działał niejako równolegle z głównym cyklem malazańskim, a w zasadzie z jego drugą połową. Dostał pod opiekę grupę postaci, które tam odgrywały role głównie poboczne (a jeśli kluczowe, to epizodycznie), ale wywiązał się z obowiązków wzorowo. Teraz zaś nie tylko musi doprowadzić dwie kluczowe dla cyklu postacie do konkretnego momentu (patrz Ogrody księżyca), ale i dokooptować do nich grupkę mniej lub bardziej ważnych oraz (nie)lubianych osobniczek i osobników. I o ile z pierwszego wywiązał się całkiem nieźle, to przez drugie został przytłoczony.

Problem polega zaś nie tyle na samym obciążeniu fabularnym, ale na swoistym bagażu czytelniczo-skutkowym. Bezpiecznie założyć można bowiem, że po cykle Esslemonta sięgają niemal wyłącznie fani serii głównej, co z kolei oznacza nadbudowę w postaci dziesięciu opasłych tomów budowania relacji z bohater(k)ami, towarzyszenia im w ścieżkach życiowych czy wręcz rozpaczy po ich śmierci (nawet w obliczu eriksonowych kombinacji z zaświatami i innymi wcieleniami). Jeśli więc jakaś bardzo lubiana, znienawidzona lub z jakiegoś powodu pamiętna postać zostaje wprowadzona naprędce lub w inny sposób nieprzystający do pragnień odbiorców, to rozczarowanie gotowe. Tu takie niezadowolenie miesza się z nieco hektycznym finałem, więc odczucia końcowe są mocno mieszane.

Kellanved’s Reach to ciekawa opowieść, w której główny wątek prowadzony jest umiejętnie, a dynamika relacji pomiędzy dwójką protagonistów daje dużo czytelniczej frajdy. Niestety, za sprawą obciążeń związanych z fabułą całą serii do tego rdzenia doczepionych zostaje zbyt wiele podwątków i po macosze potraktowanych postaci całość wypada rozczarowująco. Może gdyby rozbić to na dwie książki? Albo niektórym z tych ważnych postaci poświęcić opowiadania z zbiorze umieścić? Czcze to gdybanie i to ze strony niepisarza, ale ciut obaw mam przed kolejnym tomem.

He laughed, a touch unnerved by her strange frankness, and insight. 'From a purely academic stance only, I assure you.’ He shook his head. 'I do not think anyone could wrest away those powers he has demonstrated. I believe it all to be part of him. Of his essence.
The woman nodded. 'I sense this also.’
'Very well. You are…?’
She inclined her head a fraction. 'You may call me Nightchill.’