"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Szalenie kreatywny żuk, czyli „Kochanka Wittgensteina” Davida Marksona

Bywają takie książki, których nie można nie kupić. Kochanka Wittgensteina trafiła w mą orbitę zainteresowań za sprawą wywiadu z jej tłumaczem, Krzysztofem Majerem, który podzielił się historią tego, jak doszło do wydania tego przekładu. Następnie zaintrygowała mnie sama treść, a na sam koniec przyszło zauroczenie okładką zaprojektowaną przez Kamila Rekosza. W końcu nadeszła i pokusa fizyczna w cieszyńskiej księgarni Kornel i Przyjaciele.

kochanka wittgensteina piw

Kate została sama na świecie wyludnionym przez tajemniczy kataklizm. A może i nie? Odwiedza muzea, używa ich elementów do rozpalania ognisk i podziwia na pastwę rozpadu porzucone dzieła sztuki. A może i nie? Na jakiś czas osiadła w domu przy plaży, ale musiała się przenieść, gdyż do spaliła. A może i nie? Jej głowę wypełnia masa kłębiących się i często wzajemnie sprzecznych wspomnień, przemyśleń i innych synaps sprzężeń. To na pewno.

Kochanka Wittgensteina to jedna z tych powieści, które wywołują rozliczne zachwyty w trakcie lektury, ale przy spisywaniu recenzji powodują niemałe pokłady niepokoju. Niepewność ta spotęgowana została przez elokwentne, głęboką znajomość tematu pokazujące oraz mą filozoficzną ignorancję obnażające posłowie autorstwa tłumacza. Krzysztof Majer musiał się napracować przy tym przekładzie co nie lada i wyszła mu z tego translatorska perełka. Główny trop interpretacyjny jest oczywisty, ale odpowiednie prześledzenie go wymaga solidnej wiedzy o austriackim filozofie (ważny jest zwłaszcza eksperyment myślowy z w tytule umieszczonym żukiem). W dodatku Kate wspomina wielokrotnie o przeróżnych malarzach, pisarzach oraz innych artystach oraz ich dziełach.

rejection list markson

Lista wydawnictw, które odrzuciły Kochankę Wittgensteina

Zainteresowanych tą warstwą wittgensteinowską odsyłam do posłowia Krzysztofa Majera (nie będę zgrywał mądrzejszego niż jestem), a tymczasem podzielę się kilkoma płytszymi spostrzeżeniami na temat fabuły. W blurbie można natknąć się na informację, że David Foster Wallace nazwał tę powieść „filozoficznym science fiction” i trudno mu nie przyznać racji. W końcu to, co spotkało autorkę, to scenariusz znany postapokaliptycznie i w apokalipsy mglistości (czytelnik nie dowiaduje się nic o tym, co i jak ludzkość spotkało) przywodzący na myśl Drogę Cormaca McCarthy’ego. Jednak ten tajemniczy koniec świata należy traktować raczej jako scenę dla bohaterki walczącej z własną pamięcią i procesem jej spisywania. Wszystko to w formie dopasowanej do chaotycznego charakteru bohaterki: krótkie, rwane akapity, uciekające myśli i powracające powtórzenia.

Na pewien sposób Kate można bowiem potraktować jako narratora niewarygodnego w wydaniu krańcowym, a przy tym jednocześnie świadomego i nieświadomego. Krańcowość wynika z tego, że czytelnik nie napotka tu żadnego źródła kontry dla relacji protagonistki – nikt poza nią samą nie jest w stanie potwierdzić ni zaprzeczyć jej słowom. Jeśli zaś chodzi o wspomnianą (nie)wiedzę, to chodzi o fakt, że liczne refleksje głownej bohaterki związane z jej poczytalnością („No i oczywiście wtedy przez jakiś czas byłam całkiem szalona”) nie mają przełożenia na wiarygodność kolejnych relacji. Innymi słowy: protagonistka zdaje sobie sprawę, że jej dziennik zawiera wiele wpisów nieprawdziwych, ale jednocześnie nie jest w stanie zrobić nic, by ich wiarygodność zapewnić.

david markson wittgeinsteina

Kochanka Wittgensteina to powieść, po którą sięgnąć powinien każdy miłośnik literatury ambitnej (a zwłaszcza tej spod znaku SF). Szaleństwo, samotność i sztuka to tylko główne z motywów, które można tu napotkać, a przy odpowiednim zasobie wiedzy o austriackim filozofie możliwości interpretacyjne pogłębiają się jeszcze bardziej. Językowo całość spaja świetne tłumaczenie Krzysztofa Majera, a materialnie staranne i pięknie zaokładkowane wydanie od Państwowego Instytutu Wydawniczego.

Kochanka Wittgensteina wywarła wrażenie też tam:

A teraz powiem prawdę. Kiedy w Rzymie zdawało mi się, że widzę kota, niezaprzeczalnie byłam szalona. Dlatego zdawało mi się, że to kot.
Lecz kiedy tu zdawało mi się, że widzę mewę, nie byłam szalona. Więc wiedziałam, że właściwie to nie żadna mewa.

Poprzedni

Nieoczywista fraza i wspaniałe rzeczy, czyli wywiad z Krzysztofem Cieślikiem

Następne

O potrzebach perspektywy, czyli „Rzymianami bendąc” Matthew Kneale’a

8 komentarzy

  1. M.S.

    Przekonałeś! Wrzucam na listę 😉

  2. Luiza

    O! Mam nadzieję, że kiedyś przeczytam. Zaintrygowałeś.

  3. Galene

    Dam tej książce drugą szansę. 🙂 Po przeczytaniu początku narratorka wydała mi się mało wiarygodna i mnie zirytowała, a nie wpadłam na to, że to zabieg celowy 😀

    • pozeracz

      Początkowo rzeczywiście można podejrzewać ją o potencjalną wiarygodność, ale z czasem widać, że zdecydowanie celowo ją taką uczyniono.

    • Hehe, obawiam się u mnie podobnej reakcji. Mam problem z książkami, których bohaterowie czy bohaterki są irytującymi osobami 😉 Czasami trudno jest to odczucie przezwyciężyć, nawet gdy wie się, że jest ono świadomie wywoływane.

      Ale z drugiej strony kusi ogromnie ta warstwa semantyczna czy odnosząca się do międzyludzkiej komunikacji. Lubię rozważania na temat relacji języka i tego, co on opisuje. No i PIW to na ogół gwarancja dobrej jakości 😉

      • pozeracz

        Hmm… Trudno mi wyrokować, ale Galene chyba zirytował brak wiarygodności. Mnie sama bohaterka irytowała może ciut ciut, ale przeważało współczucie i ciekawość.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén