"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Metaforyczne stopnie kontaktu, czyli „Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvary’ego

Nagroda im. Jerzego Żuławskiego. Nagroda im. Macieja Parowskiego. Polska Książka Roku w plebiscycie Nowej Fantastyki. Roku Nagroda im. Janusza A. Zajdla. Bardzo, bardzo rzadko zdarza się książka zgarniająca tak imponujący zestaw polskich nagród fantastycznych. Istvan Vizvary rozbił literacki bank i ze względu na gatunkowe kontacje Lagrange. Listy z Ziemi niechybnie tutaj trafić musiały. Równie oczywiste nie było jednak, czy w gusta me trafią.

lagrange

Po ekologicznej katastrofie, która rozwiała ludzkie złudzenia o panowaniu nad Ziemią, wciąż tli się pragnienie sięgnięcia ku innym słońcom. ESS „Steropes” rusza w próbny rejs ku mrokom Saturna, niosąc zaledwie trzy osoby i myślorost Plejone. Ten ostatni ma być kluczem do poznania oceanów jego księżyców oraz milczącej, zapomnianej stacji dryfującej w pustce. Lecz to, co miało być testem nowej technologii, szybko przeradza się w fundamentalną próbę ludzkiej natury. Natomiast obce, którego spodziewano się dopiero w dalekich gwiazdach, okazuje się czaić o wiele bliżej, niemal na wyciągnięcie ręki.

Lagrange. Listy z Ziemi to powieść science fiction w wydaniu hard i to w dodatku nawiązująca do najlepszych tradycji gatunku. Da się tu wyczuć echa lokalne echa Lema czy Żwikiewicza, a tych dalszych Wattsa czy Miéville’a — jest więc obcość, niepoznawalność i wysokie stężenie naukowości. Przeciętnemu czytelnikowi trudno będzie ocenić (bez)błędność tego ostatnie elementu, ale autor zdaje się być kompetentny i wiedzę swą przekłada na papier w sposób przekonujący. Nieco bardziej potocznie zaś rzecz ujmując, zwoje mózgowe momentami wykręceniu i mocnemu grzaniu ulegają. Czytelnicy ze słabością do twardości w SF na pewno będą pod tym kątem zadowoleni, gdyż jest to powieść wymagająca skupienia i uwagi.

Trajektorie Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba umieszczonego w pobliżu punktu L2

Należy też zaznaczyć, że mimo widocznych inspiracji i czytelnych nawiązań, Vizvary wykrawa dla siebie własny kawałek tego fantastyczno-naukowego pola literackiego. Lagrange koncentruje się bowiem na dylemacie związanym z poznaniem obcego, ale czyni to od strony językowej. Można więc powiedzieć, że podchodzi do problemów rozważanych przez Lema, ale robi to na modłę Miéville’a (patrz: Ambasadoria), ale robi umiejętnie i bez wtórnego naśladownictwa. Świetnie budowana jest też atmosfera tajemnicy i zagrożenia, która nie traci na sugestywności nawet w obliczu żargonu i stopnia skomplikowania materii. Na przedziwny sposób przerażające są quasi-synestetyczne wykwity językowe tworzone przez myślorost.

Nie wszystko jednak działa tak sprawnie i przekonująco. Jak to czasem w powieściach naukowo-koncepcyjnych bywa, pierwszą ofiarą skupienia się na tych aspektach padły postaci. Sprawdzają się one właśnie jako nośniki idei czy też wygłaszacze refleksji, ale uczuć okołosympatycznych w czytelnikach raczej nie wzbudzą. Im bliżej zwieńczenia, tym gorzej też z przejrzystością narracyjną. Przy celowo skomplikowanej materii (i obcowaniu z teoretycznie niepoznawalnym) jest to po części zrozumiałe, ale w pewnym momencie gęstość przechodzi w zagmatwanie, a intelektualna motanina w konfuzję. Pomniejsze wątpliwości budzi także nie do końca potrzeba wtłaczanie wątków religijnych w rzeczony wissenschaft czy też zignorowane konsekwencje myślorostowej technologii.

istvan

Pomarudziłem i powody swego rozczarowania wyłożyłem, ale i ja muszę przyznać, że Lagrange. Listy z Ziemi to powieść warta czasu i (dużo) uwagi, która zaskarbi sobie przychylność miłośników SF w permutacji hard. Mało przekonujące postaci i nadmierne (po/s)plątanie fabularne nie wszystkim w równym stopniu zakłócą czytelnicze zanurzenie, ale szare komórki i tak skorzystają na kontakcie z dającą do myślenia opowieścią o bardzo solidnym zapleczu naukowym.


Lagrange. Listy z Ziemi mózgi rozciągało też tam:

— Misja „Dziedzictwo” do Saturna — odpowiedział Sys.
— Czego tam szukają?
— Cel główny to zdeponowanie w bezpiecznym miejscu genetycznego, biologicznego i kulturalnego dziedzictwa ludzkości na okres niezbędny do przywrócenia równowagi ekologicznej na wystarczająco dużym obszarze Ziemi — wyrecytował Sys. — Cele poboczne: symulacja misji w interstellarze w pełnym odcięciu od Stacji i przetestowanie eksperymentalnego modułu badawczego „Plejone”.

Poprzedni

Z Archiwum Q: „Muzyka milczącego świata” Patricka Rothfussa

Następne

Boskich terytoriów kurczenie, czyli „Magnolie zakwitną nocą” Indigo Ciel

2 komentarze

  1. Luiza

    Tworzenie science fiction to sztuka wbrew pozorom. Łatwo napisać coś schematycznego, trudnej wykreować świat, który hipnotycznie nas wciągnie, umożliwi imersję, spotkane postacie nie będą sztuczne, nie będą figurami do wygłaszania określonych tez itd.

    • pozeracz

      Tu na szczęście ta warstwa pomysłowo-technologiczno-językowa była wysoce fascynująca. Ale rzeczywiście – tych postaci nieco zabrakło. Choć wtedy zbliżamy się do SF ideału, a ideałów zbyt wiele być przecież nie może 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén