Czasem i w czytelniczym życiu przychodzi taki moment, że bardzo chcę się, by Anna Jantar (tudzież Andrzej Mogielnicki) nie miała racji. Niestety, nawet najlepsi autorzy i autorki nie mogą ciągnąć serii w nieskończoność (choć niektórzy próbowali) — zresztą szybko pewnie obróciłoby się to przeciwko wszystkim. Stać się musiało więc nieuchronne: to, co Przebudzenie Lewiatana rozpoczęło, zakończy Upadek Lewiatana.

W martwym systemie Adro Elvi Okoye stoi na czele misji naukowej kluczowej dla losów ludzkości. Musi odkryć prawdziwą naturę budowniczych bram oraz poznać źródło ich zagłady, a ma na to coraz mniej czasu. W międzyczasie, na pokładzie Rocinante, James Holden i jego załoga próbują wytyczyć ludzkości drogę naprzód z jej obecnego rozczłonkowania. Jedyną szansą na powstrzymanie przepotężnych acz niezrozumiałych sił może być stworzenie ogromnego międzygwiezdnego społeczeństwa bez wojen, podziałów, oszustw i tajemnic. Wszystko jednak ma swoją cenę, a przy takiej stawce może ona być z tych najwyższych.
Dziewięć tomów, prawie dokładnie dziewięć lat od recenzji pierwszego tomu (i to jeszcze w czasach porzucenia przez Fabrykę Słów) — Expanse towarzyszyło mi przez znakomitą większość czasu istnienia tego bloga. Ładunek emocjonalny powiązany z żegnaniem się (tak, tak, można zacząć czytać od nowa, ale…) jest ma więc jeszcze większy ciężar. I brzemię to zostało udźwignięte przez Jamesa S.A. Corey’a z wdziękiem i kunsztem. Upadek Lewiatana to bardzo dobre zwieńczenie świetnej serii, a pierwszym i prawdopodobnie kluczowym elementem na to się składającym są postaci. Śledzenie losów Jamesa Holdena, reszty załogi Rocinante i wielu innych postaci pobocznych, współprzeżywanie z nimi wzlotów i upadków oraz obserwowanie zmian w nich zachodzących było wspaniałym czytelniczym doświadczeniem. Niech za przykład posłuży wspomniany kapitan, który choć nigdy do końca nie zgubił swego kompasu moralnego, to musiał zmierzyć się z konsekwencjami swojego z początku narwanego idealizmu i wpędzony został w PTSD. Bez tej drogi pewne elementy finału nie byłyby tak wiarygodne (i bolesne).

Może pora w końcu na serial?
Dla wielu czytelników równie ważna (a może i ważniejsze) co kreacja postaci będzie fabuła, a tak w zasadzie jej zwieńczenie. Dziewięć tomów i zbiór opowiadań to aż nadto miejsca na to, by rozpalić oczekiwania, z rozmachem rozpisać opowieść i na koniec domknąć ją w satysfakcjonujący sposób. Łatwo napisać, nie tak łatwo zrobić, ale tym razem się udało… z drobnym zastrzeżeniem. Upadek Lewiatana jest bowiem powieścią, której udaje się powiązać oraz/lub doprowadzić do satysfakcjonującego końca wszystkie główne wątki. Nie brakuje tu refleksji i swoistego rachunku zysków i strat (a kilka z nich nadal trzewiami targa), lecz autorom uda się tu to wszystko zmieścić bez poświęcania dynamiki i dramatyzmu. Owszem, całość zwieńczona jest epilogiem ukazującym losy bohaterów po wszystkim, ale jest to kropka nad i, a nie połowa narracji (tak, mówię o Tobie, ostatni odcinku Stranger Things).
Jedynym drobnym (acz i subiektywnym) rozczarowaniem jest tożsamość czy też natura tajemniczego wroga, ostatecznej groźby . Może zabrzmi to nieco kuriozalnie — zwłaszcza z… klawiatury miłośnika hard SF — ale: jest nieco zbyt naukowo. Pomysł robi wrażenie, fałduje korę i sprawia wrażenie sensowności, lecz jest nieco zbyt abstrakcyjny w kontekście całości serii. Ekspansja choć niepozbawiona elementów naukowych i intrygujących pomysłów zawsze zdawała mi się bardziej bezpośrednia czy też (z braku lepszego słowa) fizyczna. Tu zaś zagrożenie ma skalę kosmiczną, ale jednocześnie jest niemal bezosobowe. Dochodzi co prawda do swoistego rozstrzygającego pojedynku, tylko przybiera on formę swoistego starcia woli.

Smutno żegnać się z taką serią i choć jest jeszcze zbiór opowiadań, to pozostaje się cieszyć, że Upadek Lewiatana jest pożegnaniem godnym. James S.A. Corey wysłał swe świetnie wykreowane postaci w długą i trudną drogę, by na końcu zapewnić im (i czytelnikom) efektowne i godne jej zwieńczenie. Niektórym może nie do końca odpowiadać wspomniana powyżej cecha tegoż finału, ale i tak nie powinna ona zauważalnie wpłynąć na ocenę całości. Na koniec pozostaje jeszcze pytanie: w jaki cykl by teraz wsiąknąć?
Historia jest przesiąknięta krwią i przyszłość też pewnie taka będzie. Ale na każdą zbrodnię przypada tysiąc drobnych aktów dobroci, których nikt nie zauważa.
Dodaj komentarz