Space opera to podgatunek science-fiction, którego nazwa wzięła się z… pejoratywnego porównania z operami mydlanymi, które wtedy (lata 40-te zeszłego wieku) zaczęły dominowały w amerykańskim radio. Z kolei „mydlana” część wzięła się stąd, że wiele z tych słuchowisk sponsorowanych było przez producentów mydła. Wracając jednak do sedna – space opera kojarzy mi się z bardzo odległą przyszłością, ludzkością wędrująca między gwiazdami albo też z zupełnie innymi światami. SF bliskiego zasięgu to zaś raczej rozgrywki na powierzchni planet. Dość jednak mym skojarzeniom, dość gatunkowym ciekawostkom – próbuję po prostu odwlec moment przyznania się do tego, że wpadłem w sidła kolejnej długiej serii. Oto Przebudzenie Lewiatana.

przebudzenie lewiatana okładka

Co prawda napęd Epsteina pozwolił ludzkości skolonizować Układ Słoneczny, ale na razie na tym się kończy ludzka ekspansja. Jednak i bez tego kłopotów nie brakuje. Napięcia na linii Ziemia-Mars i pasiarze-reszta ludzkości nabierają niebezpiecznej intensywności. Canterbury, statek wydobywający lód z pierścieni Saturna i holujący go do Pasa, odbiera sygnał ratunkowy ze statku Scopuli. Kosmiczno-nawigacyjny zbieg okoliczności sprawia, że Jim Holden i jego towarzysze wchodzą w posiadanie informacji, która nie tylko może sprowadzić śmierć na nich, ale i wojnę na cały układ. W tym samym czasie Joe Miller, niegdyś całkiem niezły detektyw ze stacji Ceres, otrzymuje dodatkowe zadanie od przełożonej – ma odnaleźć pewną kobietę i „zwrócić” ją rodzicom. Jak nietrudno się domyślić, obie sprawy szybko okazują się być powiązane, a od ich rozwiązania będą zależeć losy rodzącego się konfliktu.

Od czego by tu zacząć me peany na cześć powieści Jamesa S.A. Corey’a? Na pierwszy ogień pójdzie świat przedstawiony. Jako we wstępie się rzekło, do czynienia mamy tu ze space operą, ale bliskiego zasięgu. Innymi słowy – postęp technologiczny jest spory, ale ludzkość ludzkością pozostała i poza Układ Słoneczny swej niecności jeszcze nie rozsiewa. Są tu też bitw