Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

W otchłanie nieznane, czyli „Wrota Abaddona” Jamesa S.A. Coreya

Jakże miło czasem zostać w tyle. Recenzję pierwszego tomu Ekspansji kończyłem lamentem nad porzuceniem serii przez Fabrykę Słów, a tekst o drugiej pochwałą dla MAGa za dynamiczne przejęcie. Tempo tłumaczeniowe podtrzymane zostało i teraz Dark Crayona okładkami zdobione dostępne są już tomy cztery. Ja zaś bez pośpiechu przeczytałem Wrota Abaddona i wrażeniami niniejszym się dzielę.

wrota abaddona

Korporacyjna chciwość i bezwzględność doprowadziła kruche alianse międzyludzkie na skraj wytrzymałości. Choć winni zostali ukarani, imperia firm zniszczone, to powrót znad krawędzi wojny jest bardzo trudny. Poszczególne frakcje darzą się jeszcze mniejszym zaufaniem, a teraz w dodatku uwaga wszystkich skupia się w jednym fragmencie wszechświata. Sprawca zamieszania, protomolekuła odpowiedzialna za transformacje Erosa, stworzyła poza orbitą Urana kosmiczne wrota prowadzące w bezgwiezdną otchłań. Jim Holden i załoga Rosynanta planowali uciec na przeciwny koniec Układu Słonecznego, ale ktoś ma dla nich inne plany. W końcu lądują w samym centrum zamieszania i natychmiast sprowadzają na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo.

Tworzenie wielotomowego cyklu to sztuka nie lada – nie tylko trzeba rozplanować fabułę, ale też zadbać o odpowiednie akcentów rozłożenie. Większość takich serii zmierza to jakiegoś niezwykle efektownego finału, co z kolei prowadzi do niechybnego pojawienia się tomu przygotowawczego. W trylogiach najczęściej jest to część druga, czyli pomost między mocnym (oby) otwarciem a wielką kulminacją. Wstęp ten przydługi prowadzi, co zapewne nikogo nie zaskoczy, do bezpośrednio, że Wrota Abaddona są po części takim ogniwem przejściowym. Na całe szczęście duet autorski i tak nie schodzi poniżej pewnego poziomu, a akcji i tak nie brakuje. Tym razem po prostu skala samej akcji zostaje zawężona, a w materii kosmiczno-epickiej przeważa ekspozycja. Mówiąc zaś prosto: dzieje się całkiem sporo, ale wiedza o otchłani poza bramą i jej konstruktorach pochodzi z dialogów objaśniających. Nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie, ale fakty ze wprowadzane są stopniowo, nie ma tu żadnych ścian kosmicznego technobełkotu.

wrota abaddona

Jak zostało wspomniane powyżej: ograniczenie skali nie wpłynęło na dynamikę, która w sposób charakterystyczny dla serii podkręcana jest przez mnogość perspektyw narracyjnych. Tym razem czytelnicy mogą śledzić fabułę z punktu widzenia czterech postaci – Jima Holdena oraz trójki nowych bohaterów. Rozgoryczona córka korporacyjnego zbrodniarza, pełna werwy i wiary w ludzi pani pastor oraz twardogłowy, pragmatyczny weteran to mieszanka odpowiednio zróżnicowana, by utrzymać zainteresowanie odbiorcy. Taka konstrukcja sprawia też, że oczekuje się nieuniknionego splecenia lub zderzenia poszczególnych losów. Wydawać się zresztą może, że autorzy nieco przesadzili z tym czytelników kuszeniem. Jedna z postaci ogłasza bowiem odbiorcom swoje niecne plany tak szybko i szczegółowo, że wydaje się to aż podejrzane. Plan się nie do końca udaje , ale taki zabieg nie tyle podnosi napięcie, co zwyczajnie irytuje.

Jednak Wrota Abaddona pokazują też, że James S.A. Corey rozwijają (to ich rzeczywiste rozdwojenie jest upierdliwe przy pisaniu o nich) swoje pisarstwo. Odejście od militarno-politycznych sporów na skalę międzyplanetarną wiąże się tu bowiem ze skupieniem na samych bohaterach. Widać to zwłaszcza na przykładzie nowych postaci kobiecych, Clarissy i Anny. Ta pierwsza z początku wpisuje się w schemat osoby pochłoniętej chęcią zemsty, ale z czasem odchodzi od tego tropu i rozwija się ciekawie. Bardzo dobrze od początku wypada za to Anna i konfrontacja jej wiary z faktem istnienia innego, znacznie bardziej potężnego, życia w kosmosie. Jej późniejsza rola w fabule, mądra wiara tak w Boga, jak i w człowieka, stanowią dającą do myślenia przeciwwagę dla dominującego u innych pesymizmu i mizantropii.

wrota abaddona

Wrota Abaddona wypadają nieco słabiej niż dwie pierwsze części, ale i tak stanowią potwierdzenie, że Ekspansja to jedna z najlepszych serii science-fiction. Jeśli więc czytaliście poprzednie tomy, sięgajcie śmiało, a przeciwnym wypadku pędźcie po Przebudzenie Lewiatana. Tym razem skala nieco mniejsza, ale akcji i ciekawych postaci nie brakuje. Ja zaś cieszę się, że mam jeszcze tyle do czytania – zwłaszcza, że Gorączka Ciboli zapowiada kolejny skok doniosłości.

Show a human a closed door, and no matter how many open doors she finds, she’ll be haunted by what might be behind it.

Poprzedni

Autentyczność to najlepszy przepis, czyli wywiad z Elwirą z bloga Księgarka na regale

Następny

Bez zgody na bierność, czyli „Polska odwraca oczy” Justyny Kopińskiej

Komentarzy: 3

  1. Vespera

    Właśnie skończyłam tę książkę i jestem w trakcie pisania recenzji. Faktycznie cierpi ona na tzw. syndrom drugiego tomu, ale jest on tak łagodny, że w niczym nie przeszkadza.

    • pozeracz

      Pełna zgoda. Ku swej zgubie przeczytałem blurb następnego i wygląda na to, że tam tego syndromu nie będzie nic a nic.

  2. Od wszelkich serii czy to science fiction miałem dość sporą przerwę, ale pod koniec roku skusiłem się na „Lunę” autorstwa Iana McDonalda. Szybko połknąłem 2 pierwsze tomy i teraz cierpliwie czekam na premierę finalnego. M.in. z tego względu rozważam sięgnięcie po „Przebudzenie Lewiatana”.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén