Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Opowieści o zwyczajnym mieście, czyli „Cisza w Pradze” Jaroslava Rudiša

Przyznam zupełnie szczerze, że Europa Środkowa to dla mnie literacka terra incognita. Wschód, zachód i północ też nie są moją specjalnością, ale mam tam swoje przyczółki. Za sprawą kilku odwiedzanych przeze mnie blogów nabrałem jednak dużej ochoty, by w końcu zakończyć swą ignorancję w tym temacie. Równolegle przez długi czas pozostawałem pasywnym wielbicielem inicjatywy BookRage – nie dość, że nie posiadam czytnika, to jeszcze spóźniłem się na pierwszy Rewers. Radości wiele jednak przysporzyło mi wydawnictwo Książkowego Klimaty, które stało się obiektem drugiego Rewersu. Tym razem zaregowałem prędko i po wyprzedaniu wszystkich pakietów nie czekałem długo, by sięgnąć po pierwszą z sześciopaku. Kaprys Pożeraczowy i czeski sentyment wskazał na Ciszę w Pradze.

Mam wrażenie, że wielu Polaków darzy Pragę sporą sympatią – zresztą moje wspomnienia też są całkiem pozytywne. Vanda, Hana, Wayne, Peter i Vladimír pokazują jednak, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Petr siedzi w fotelu motorniczego praskiej 22-ki i obserwuje brudne miasto i bezczelne poczynania drobnych złodziejaszków. Vladimír dużo siedzi w swoim mieszkaniu, gdyż tylko tam jest w stanie zagłuszyć miejski hałas, który pozbawia go zdrowia, nie tylko fizycznego. Prowadzi cichą wojną z hałasem – sabotuje iPody i restauracyjne nagłośnienie. Wayne osiadł w Pradze z braku lepszego pomysłu i Hana zasiedziała się w swoim związku i dopiero płomienny romans w delegacji motywuje ją, by porzucić marazm i zawalczyć o siebie. Vanda dopiero wkracza w dorosłe życie, ale ze swoją kapelą robi całkiem spory hałas. Muzyka i wciągnięta kreska zagłuszają problemy tylko na chwilę.

Najlepsze krótkie określenie dla Ciszy w Pradze dostarczył sam autor – blisko początku powieści Petr określa parzoną przez siebie kawę jako „gorzką, lecz prawdziwą”. Mógłbym rozciągnąć tę metaforę i dodać, że proza ta rozgrzewa, lecz może też sparzyć, ale byłoby to przeciąganie struny. Ograniczę się więc do stwierdzenia, że Rudiš jest wrażliwym obserwatorem, który jednak nie stosuje taryfy ulgowej względem swoich bohaterów. Bardzo trudno tu znaleźć kogoś szczęśliwego, nawet względnie. Główny kwartet (ale też większość postaci z tła) chwile szczęścia ma za sobą – mężczyźni, ci starsi, nie potrafią odciąć się od tej przyszłości, a młodsze kobiety patrzą w przyszłości z nadzieją. Autor ukazuje dzień z ich życia bez upiększania i dramatyzowania – ich smutki i radości relacjonowane są jednocześnie bardzo wyraziście, ale i ze zrozumieniem. Mimo pewnego nagromadzenia bolesnych sytuacji i zbiegów okoliczności czytelnik nie odniesie tu wrażenia, że autor znęca się nad swoimi bohaterami. Wręcz przeciwnie, Rudiš wydaje się wręcz współodczuwać, nie patrzy z góry, nie ocenia. Ton jest tu podobny do filmowych Opowieści o zwyczajnym szaleństwie Petra Zelenki.

Jako osobnego bohatera można uznać samą Pragę wraz z jej mieszkańcami. Wspomniałem o pozytywnym postrzeganiu tego miasta, a jeśli do tego dodać głównie humorystycznego czy nawet delikatnie lekceważące (np. żarty z języka) postrzeganie samych Czechów, to Cisza w Pradze może być sporym zaskoczeniem. Kontrast między wspomnianymi generalizacjami/stereotypami, a obrazem odmalowanym przez Rudiša jest uderzający. Stolica Czech jest tu miastem brudnym, hałaśliwym i nijakim. Zaś sami Czesi to naród w sporej mierze podobny do Polaków – naród, który swego czasu zachłysnął się kapitalizmem, ale z czasem powrócił do zwyczajowego marazmu i taplania się w przeszłości. Pisarz ukazuje tu doskonale, że przekonania o wyjątkowości czy beznadziejności danego narodu skażone są subiektywnym skrzywieniem skierowanym do wewnątrz. Innymi słowy i uciekając się do oczywistości: weekendowy wypad do Pragi nie pozwoli nam nawet zbliżyć się do prawdziwego (jak wieloznaczne by to słowo nie było) obrazu tego miasta, a jednocześnie polska codzienność może wykształcić w nas przeświadczenia o wyjątkowości naszych przywar. Rudiš pomaga odczarować te uprzedzenia.

Wszystko to zaś spina styl i tytułowa cisza, a w zasadzie przemyślenia jej dotyczące. Rudiš pisze zwięźle i bez wielu ozdobników. Opisy są zredukowane do minimum, a zdanie krótkie, lecz nie przeszkadza to autorowi tworzyć przekonującego obrazu mniej uczęszczanych zakątków Pragi. Mocną stroną Ciszy w Pradze są też dialogi, które pokazują, że długie rozmowy wcale nie gwarantują porozumienia, które czasem przychodzi po ułamku chwili słów pozbawionej. Jeśli chodzi o ciszę, to oczywistym (biorąc pod uwagę miejsce akcji) paradoksem jest to, że w powieści ciszy tej w zasadzie nie ma. Dla tracącego poczytalność Vladimíra walka o ciszę jest sposobem na uczczenie pamięci żony, na trzymanie się czasów, gdy zaznał szczęścia. Dla pozostałych dużo ważniejsza jest muzyka – dla Petra jest masochistyczną wspominką wielkiej miłości, a dla Vandy jest elementem wyzbywania się bólu relacji międzyludzkich. Żadne z nich w zasadzie nie doświadcza nie tylko ciszy, ale nie ma też czasu na wyciszenie. Przewrotnie można więc stwierdzić, że cisza jest obecna przez swą nieobecność.

Jeśli pozostałe książki z tego pakietu będą na podobnym poziomie, to będzie to jeden z moich najlepszych książkowych zakupów. Cisza w Pradze to po prostu dobra powieść, która ukazuje pewien wycinek czeskiego, lecz tak w zasadzie jest udanym portretem współczesnego człowieka – zagonionego i zagłuszonego. Rudiš ze zrozumieniem przygląda się ludzkim smutkom i słabościom, a na koniec pozostawia im nawet odrobinę nadziei na szczęście, choć raczej nie takie, którego oczekują. Sam nie wiem, czy teraz chcę odwiedzić Pragę ponownie, czy na razie straciłem na to ochotę, ale na pewno sięgnę po więcej prozy Czecha.

Była naga, a oświetlone rośliny i bąbelki w akwarium rzucały na nią roztańczone, żółte pasma światła. Przypominała małą, wodną zebrę zagubioną w ciemnym oceanie. Nagle przestała być smutną, bezczelną dziewczyną z włosami ufarbowanymi na czarno i  świeżym tatuażem na ramieniu, przestała być taka, jaką Petr poznał kilka godzin temu.

Poprzedni

Walcząc o człowieka, czyli „Amnezjak” Jakuba Nowaka

Następny

Wybijając ćwieka, czyli ku naprawie blogosfery książkowej

Komentarzy: 6

  1. fibula

    Chętnie poznam pozostałe pięć tytułów. 😉 Swego czasu rozsmakowałam się w Książkowych Klimatach (przed zjednoczeniem, gdy istniały Słowackie Klimaty, Czeskie Klimaty i Greckie Klimaty), ale były to głównie tytuły wydane na początku działalności wydawnictwa. Właśnie chyba na „Ciszy w Pradze” chwilowo zawiesiłam.

    • pozeracz

      Ja dopiero zaczynam, ale początek jest bardzo obiecujący. A Ty dlaczego zawiesiłaś? Zmęczenie materiału czy po prostu czytelniczy przypadek?

      • fibula

        Niedobór książek wrocławskiego wydawnictwa we wrocławskich bibliotekach (dziewięć kupiłam, ale wszystkich nie mogłam ;-), zresztą niektóre wystarczy przeczytać, niekoniecznie trzeba je mieć). Zdaje się, że teraz wypożyczalnie nadrobiły część zaległości (przed chwilą zajrzałam do katalogu), zatem może wreszcie poznam rumuńskie klimaty.

  2. Te czytelnicze braki w Europie Środkowowschodniej, które mnie również nie są obce, to chyba również bardzo odległe echo zachłyśnięcia się kapitalizmem. Książki pisane przez naszych południowych sąsiadów dopiero od niedawna wracają do wydawniczych łask (duża w tym zasługa czechofilów, takich jak choćby Mariusz Szczygieł).

    A jeśli chodzi o prozę Jaroslava Rudiša to jak na razie znam ją tylko ze słyszenia. Ale widzę, że „Cisza w Pradze” to tytuł, za którym warto się rozejrzeć – lubię powieści, w których niepoślednią rolę odgrywa miasto 🙂

    • pozeracz

      Nie wiem, czy aż tak odległe. Może nie nazwałbym tego zachłyśnięciem się kapitalizmem, ale po prostu wdrożenia kapitalizmu w Polsce. Wydawnictwa państwowe przestawałyby być państwowe i nie radziły sobie najlepiej, a te komercyjne stawiały po prostu na to, co sprzedać dobrze się miało.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén