"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Ostateczny krach systemu Jörgenokracji, czyli „Tirza” Arnona Grunberga

Jedną z ważniejszych cech literatury pięknej jest danie czytelnikowi szansy na spojrzenie na świat z różnych perspektyw. Można w ten sposób poznać inne kultury, grupy społeczne czy też momenty w historii. Przeważnie efekt poznania umacnia fakt, że z protagonistą można się utożsamiać do stopnia raczej większego niż mniejszego. Jednak nawet w przypadku, gdy główny bohater to pożałowania godny wrak, jego perspektywa nauczyć wiele może. Doskonałym przykładem jest Tirza Arnona Grunberga.

tirza okładka

Kierując się pozorami, życie Jörgena Hofmeestera można by uznać za całkiem udane. Ma dwie córki, mieszka w jednej z lepszych dzielnic Amsterdamu i stabilną pracę w dobrym wydawnictwie. Jedna z córek prowadzi bed and breakfast we Francji, a druga właśnie zdała maturę z bardzo dobrymi wynikami. Jedyną widoczną z zewnątrz rysą jest porzucenie domu rodzinnego przez małżonkę. Jednak za tą fasadą kryją się pustka, strach i porażka. Starzejący się mężczyzna traci kontrolę nad kolejnymi aspektami swojego życia. Wydawnictwo go nie potrzebuje, ale nie może go zwolnić, a nieudana inwestycja pogrzebała finansową stabilność. Do tego tuż za rogiem czai się kompletna samotność – jego ukochana Tirza, jego słoneczna królewna, po pożegnalnej imprezie ma ruszyć w podróż po Afryce.

W powieści Arnona Grunberga prym wiodą postaci – fabuła stanowi tu tylko pretekst do tego by ukazać bohaterów. Narracja prowadzona jest co prawda trzecioosobowo, ale w jej centrum niezmiennie pozostaje Jörgen. Tirza opiera się w dużej mierze na kreacji tej właśnie postaci i to dzięki niej tak silnie oddziałuje na czytelnika. Hofmeester jest bowiem z bolesną wyrazistością napisanym antybohaterem, człowiekiem przegranym i odpychającym. Ma dwie córki z nich, ale jedna z nich nim pogardza i uciekła z domu, gdy tylko mogła, a tak w zasadzie nie chciał mieć dzieci. Ożenił się, gdyż uważał, że ta akurat kobieta ładnie dopełni obraz siebie, jaki chciał pokazywać innym. Osiągnął względnie wysoki status społeczny, ale w gruncie rzeczy jest człowiekiem słabym, który w momentach kryzysu ucieka się do przemocy fizycznej. Przede wszystkim jednak jego życie wypełnia strach – strach przed przyszłością (samotnością), upokorzeniem, biedą, imigrantami, a nawet samym sobą. Protagonista jest dobry w maskowaniu tych lęków, a autor w obnażaniu ich. Czytelnik zaś może pozostać z obawą o to, że sam kiedyś zda sobie sprawę, że życie przeciekło mu przez palce i albo sam stał się Jörgenem, albo dzieli z nim życie. Mimo pełnej świadomości zepsucia, wypaczenia głównego bohatera, jego ostateczny upadek robi wrażenie piorunujące.

tirza okładka

 

Tirza pokazuje też, jak destrukcyjny wpływ może taka osoba mieć na innych i jak trudno spod takiego wpływu się wyrwać. Małżonka ucieka od Jörgena dopiero po wielu latach wspólnego życia, ale i tak do niego wraca, gdy wypala się związek z młodszym kochankiem. Okazuje się też, że nadal wiąże ją z mężem dziwna więź naznaczona pożądaniem, odrazą i lękiem. Ich związek ukazuje irracjonalność zachowań z pozoru racjonalnych i siłę ludzkich mechanizmów obronnych. Ona chciała dobrego ojca dla swoich dzieci, ale jednocześnie często od tych dzieci uciekała, a w związku tkwiła nawet po poznaniu zepsutej strony Hofmeestera. On chciał małżonki dla ozdoby, ale brak mu było do niej szacunku, a pociągała go jedynie epizodycznie. Jedynie Tirza zdaje się być wolna od toksycznej podległości ojcu, ale i ten związek jest wypaczony, a dziewczyna ma za sobą poważny przypadek anoreksji. Nastolatka traktuje ojca z pobłażaniem, potrafi owinąć sobie go wokół palca, ale jednocześnie wydaje się przymykać oko na jego skrzywienia. Możliwe, że chce za wszelką cenę utrzymać choćby resztkę ich życia rodzinnego, nawet jeśli ma to być ułuda. W tej rodzinie jest bowiem tak, że bez pozorów nie ma nic poza fałszem, od którego trzeba jak najprędzej uciec.

Tirza to powieść, w centrum której znajduje się człowiek, ale odbija się znaczący fragment europejskiej współczesności. Co prawda Jörgen Hofmeester stanowi literacko przerysowaną kumulację lęków konserwatywnej klasy średniej, lecz jego kreacja jest tak odpychająco wiarygodna, gdyż znakomita większość czytelników znajdzie jakiś lęk dla siebie. Zwłaszcza, że Grunberg w tle wplata wyzwalacze lęków: atak na WTC, kryzys gospodarczy czy też imigrację. Jednak kluczowym motywem i tak pozostaje rozpad rodziny. Nie dość, że Hofmeesterowi są rodziną patologicznie dysfunkcyjną, to jeszcze w powieści trudno napotkać kogokolwiek rodzinnie spełnionego. O niektórych postaciach z drugiego planu nie wiemy zbyt wiele, ale trudno nie dostrzec tu autorskiego zamiaru. Podstawowa komórka społeczna jest tu więc siedliskiem traum, pozorów i powolnego rozpadu. Może to być nazbyt naciąganą interpretacją, ale obraz ten można odczytać jako metaforę dla problemów współczesnej Europy.

tirza autor

Tirza Arnona Grunberga to bolesny w odbiorze obraz upadku jednostki. Skumulowanie lęków i obsesji w postaci Jörgena Hofmeestera stanowi lustro dla reszty społeczeństwo, a widoczne w nim odbicie przyprawia o czytelniczy ból głowy. Może przemawia przeze mnie chwila, ale jest chyba najlepsza z powieści wydanych przez Pauzę. I nie zmienia tego nawet fakt, że zęby mnie bolały przy każdym przypadku odmiany słowa „volvo”.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję

tirza logo

Dla niego język jest przede wszystkim środkiem do okrążania ludzi, przypierania ich do muru, pozbawienia ostatniej drogi ucieczki. Język, jedna wielka próba upokorzenia.

Poprzedni

Prawo serii czy prawo dżungli, czyli serie i ich (nie)kupowanie

Następne

Posępne projekcje, czyli „Kołysanka stop” Bartka Biedrzyckiego

3 komentarze

  1. „Tirza” to faktycznie książka o charakterach, w której fabularne wątki są jedynie tłem pozwalającym postaciom ukazywać coraz więcej siebie. Refleksyjna i z pewnością godna uwagi!

  2. Utwór rzeczywiście sprawia wrażenie bardzo interesującego, w ciekawy sposób odnoszącego się do aktualnej sytuacji społecznej – wydaje się, że ten proces rozkładu rodziny (rozumianej i traktowanej jako podstawowa komórka społeczna) na przestrzeni ostatnich lat mocno przybrał na sile. Z jednej strony coraz mocniej promuje się indywidualizm, koncentrację na własnych potrzebach, z drugiej zaś coraz bardziej otaczani jesteśmy przez technikę i wszelakiej maści ułatwienia, które redukują kontakt z drugim człowiekiem – w efekcie okazuje się, że porozumienie z bliźnim (które nigdy nie należało to rzeczy łatwych) staje się czymś równie upragnionym, co nierealnym. Fajnie, gdyby wydawnictwo Pauza zdecydowało się też na twarde oprawki, bo ten tytuł ogromnie mnie zaciekawił.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén