Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Kafka z sąsiadką, czyli wywiad z Ambrosem z Klubu A+A

Nie tak dawno temu, w ramach share week, polecałem zapoznać się z Klubem A+A. Postanowiłem iść za ciosem i poczynić połowę obsady tegoż bloga moim kolejnym interlokutorem. Ambrose zgodził się i teraz z przyjemnością mogę zaprezentować treść naszej pogawędki. Zapraszam do lektury, a potem pędźcie na bloga, który jest swoistym ewenementem, gdyż jest nie tylko aktywnym, ale i pozbawiony profilu na Facebooku.

ambrose logo

Nim przejdę do samego sedna, jeszcze dwa słowa zachęty. Zaprawdę powiadam Wam: zajrzycie do recenzji imć Ambrose’a, gdyż mało kto pisze tak wnikliwe recenzje. A i Japonii tam wiele.


Pożeracz: Jaka była Twoja droga do literatury? Wykształcenie techniczne pozornie zdaje się nie iść z tym w parze.

Ambrose: Moja droga do literatury była dość typowa. Jako małolat otoczony byłem książkami, chociaż były to książki dla dzieci, w których ilość ilustracji zdecydowanie górowała nad treścią. Potem przyszła pora na lektury szkolne, które solidnie czytałem. Takie obcowanie z literaturą dla przyjemności rozpoczęło się gdzieś w okresie gimnazjalno-licealnym. Kryminały medyczne, sensacja, science fiction to gatunki, w których się wówczas obracałem. W tamtym okresie sporo ciekawych pozycji podrzucała mi sąsiadka, z wykształcenia polonistka. To dzięki niej poznałem Pratchetta, Orsona S. Carda, Franka Herberta, Philipa K. Dicka, Grzędowicza czy Ziemiańskiego. Pewnie nie bez znaczenia jest również fakt, że moja babcia przez długie lata pracowała w bibliotece oraz w czytelni – niejedno popołudnie spędziliśmy z siostrą błąkając się pomiędzy regałami z książkami.

A wracając do kwestii wykształcenia to nie widzę tu zbyt wielkiego konfliktu. Przecież wielu pisarzy science fiction to ludzie po studiach technicznych. Idąc tym samym tropem, pewnie dałoby się znaleźć niejednego stereotypowego „humanistę”, który książki traktuje jako zło konieczne. Ja literaturę postrzegam jako hobby, a decyzja o technicznym kierunku studiów podyktowana była względami praktycznymi. Zresztą takie łączenie przeciwstawnych dziedzin (na co dzień pracuję z mieszankami gumowymi) jest bardzo ożywcze – książki są dla mnie odskocznią, bowiem zupełnie nie kojarzą mi się z pracą.

Sąsiadka? O, to dopiero ciekawy literacki przewodnik. Rodzice, ciocie, nauczyciele, koleżanki… Ale sąsiadka? Świetnie! No i książki wybitnie nadające się na czytelnicze początki Ci podrzucała. Sam w liceum zaczynałem od wielu z tych autorów, ale pożyczanych głównie od kolegów.

O, tak zdecydowanie. Jako absolwent filologii angielskiej wiem, że wiele osób teoretycznie humanistycznie kształconych od literatury raczej strony. Choć będę się trzymał tego, że łatwiej „czytaczy” spotkać na filologiach niż kierunkach technicznych. Ale rzeczywiście, wykształcenie naukowe zdaje się sprzyjać pisaniu – zwłaszcza fantastyki naukowej. Ale skoro o pracy i niekojarzeniu się, to ciekaw jestem, czy napotykasz czasem (nawet niekoniecznie tylko w książkach) jakieś bzdury, które wyłapujesz właśnie dzięki swojej specjalizacji?

W przypadku literatury raczej nie zdarzają mi się takie sytuacje – pod tym względem króluje kino rodem z Hollywood, a w szczególności filmy, które określa się mianem science fiction. Tam zastosowania nie ma nawet fizyka rodem z liceum, dlatego nie przepadam za tego typu produkcjami. Jeśli chodzi o książki, to wspomniałbym raczej o wyczuleniu, które sprowadza się do tego, że bardzo lubię, kiedy dany autor czy autorka napomyka o prawie wielkich liczb, o przypadku, o entropii – to są chyba takie typowe kwestie matematyczno-przyrodnicze, o których nie mówi się zbyt głośno, a które odgrywają ogromną rolę w naszej codziennej egzystencji.

Rozumiem. A masz jakieś ulubione powieści, które zwracają na to uwagi albo wykorzystują je w jakiś sposób?

inszalah ambroseTak, jest kilka tytułów, które szczególnie cenię. Najważniejszy to Inszallach, powieść sławnej włoskiej reportażystki, Oriany Fallaci. Włoszka, na przykładzie misji pokojowej w Bejrucie w latach 70-tych XX wieku, znakomicie ukazuje bezsens wojennej zawieruchy właśnie przez pryzmat przypadku, ślepego trafu. Jednego dnia żyjesz i korzystasz z chwili, a drugiego dnia dostajesz serią z kałasznikowa, bo z czystej ciekawości odłączyłeś się od patrolu i zapuściłeś się zbyt głęboko w rejony dzielnicy, znajdującej się pod kontrolą partyzantów. Świetną lekcję na temat statystyki daje również Victor Serge w Sprawie Tułajewa. Akcja powieści, osadzona w Rosji w latach 20-tych XX wieku, rozpoczyna się w momencie, gdy zamordowany zostaje tytułowy Tułajew, ważna szycha z Komitetu Centralnego. Zabójstwo staje się zapalnikiem, w wyniku czego uruchomiona zostaje zbrodnicza machina, w której trzewiach ginie tysiące niewinnych obywateli, podejrzanych o likwidację Tułajewa. Pojawiają się przy tym wszelakiej maści teorie dotyczące celu morderstwa – prym wiedzie hipoteza, że jest to element szeroko zakrojonej akcji, której finałem ma być obalenie komunistycznego rządu. Tymczasem czytelnik już od pierwszych stron przekonuje się, że zabójstwo Tułajewa to pojedynczy incydent, występek jednego człowieka, który decyduje się na taki krok pod wpływem impulsu, bowiem przypadkiem znajduje się z Tułajewem sam na sam, w ciemnej ulicy. Ale skutkiem tego niezwykłego zbiegu okoliczności jest śmierć całej rzeszy ludzi. Z kolei crème de la crème to quasi-kryminały Stanisława Lema, Śledztwo oraz Katar. Nasz polski mistrz wybornie bawi się konwencją i udowadnia, że za zbrodnia nie zawsze oparta jest na schemacie motyw-ofiara-sprawca. Wstrząsającymi wykładami na temat przypadku są także japońskie opowiadania poświęcone atomowej zagładzie (szczególnie polecam teksty z antologii The Crazy Iris pod redakcją Kenzaburō Ōe) – bohaterami większości utworów są ludzie, którym udało się przetrwać to piekło, i na ich przykładzie doskonale widać, jak niewielki wpływ mamy na to, co się wokół nas dzieje.

Jeśli chodzi o przypadki i prawdopodobieństwa, to świetnie też pisał Lem, który wyliczał teoretycznie jak niskie było prawdopodobieństwo tego, że spotkają się jego rodzice. Chodzi mi o De Impossibilitate Prognoscendi z Doskonałej próżni. Bardzo ciekawy eksperyment myślowy.

Ale, ale… Może nieco poszerzę zapytanie: czego poszukujesz w literaturze? Co cenisz najbardziej?

Poszukiwania ograniczam do prób odnalezienia odpowiedzi na pytanie o życie, Wszechświat i całą resztę. A cenię to, że dzięki literaturze mamy okazję poznawania świata z diametralnie różnych perspektyw – na rzeczywistość spoglądać możemy w sposób, jaki nigdy nie będzie nam dany. Dzięki temu książki mogą uczyć nas empatii, ale również logicznego myślenia, kontestowania truizmów czy nie ufania stereotypom, bowiem kiedy o danym zagadnieniu czytamy przez pryzmat kilku punktów widzenia, to łatwiej wychwytujemy schematy i uproszczenia, którymi ludzkość posługuje się od zawsze.

A wracając jeszcze do pierwszego pytania i odpowiadając mniej przekornie, to nie powiem niczego odkrywczego, bowiem w literaturze szukam rozrywki i wytchnienia. Przyjemnością są dla mnie powieściowe konstrukty, które oprócz doznań estetycznych mniej lub bardziej wymagają intelektualnego wysiłku (dobrym przykładem jest przywołany przez Ciebie Lem, którego dzieła warto traktować właśnie jako myślowe eksperymenty), a zanurzanie się w tworach cudzej wyobraźni to cudowna odskocznia od codzienności, która niekiedy bywa bura czy nieprzyjazna.

Ale przecież znamy odpowiedź na pytanie o życie, Wszechświat i całą resztę! Nie musisz już szukać!

Heh, powiedzmy, że ciągle targają mną wątpliwości i waham się pomiędzy 42 a 44.

Piszesz o różnych perspektywach, to skąd tak intensywne zamiłowanie do perspektywy japońskiej?

kafka ambroseA zamiłowanie do prozy japońskiej zaczęło się dość niewinnie. Jeszcze w czasach studenckich dane mi było przez rok pracować na pół etatu w Empiku. Moja ówczesna kierowniczka była wielką fanką twórczości Harukiego Murakamiego. Po pewnym czasie postanowiłem przekonać się na czym właściwie polega fenomen tego pisarza – zasugerowałem babci, by pod choinkę otrzymać książkę autorstwa tego właśnie artysty i tym samym zetknąłem się z Kafką nad morzem. Lektura obfitowała w całą gamę emocji, ale dominowało wrażenie dziwności i niejasności. Moich odczuć nie potrafiłem nawet ubrać w słowa i stąd zrodził się pomysł, by sięgnąć po dzieła innych Japończyków – w ten sposób pragnąłem przekonać się czy te trudne do wyrażenia doznania to efekt specyfiki stylu Murakamiego, czy japońskiej literatury w ogóle. Proza z Kraju Kwitnącej Wiśni okazała się tak różnorodna, niezwykła, ciekawa i frapująca, że owo zamiłowanie trwa do dzisiaj. U Japończyków podoba mi się subtelność, poczucie estetyki oraz charakterystyczne, otwarte zakończenie. Bardzo ciekawe jest również ich spojrzenie na wojnę. Bolesne, ale bardzo pouczające są także ich doświadczenia związane z atomową zagładą.

Ja z kolei poznałem Murakamiego przez koleżankę, która za nim przepadała nim jeszcze stał się w Polsce tak popularny. Sam zaczynałem od Norwegian Wood po polsku, a zaraz potem właśnie Kafkę, ale już po angielsku. Potem bywało mieszanie, co jest o tyle dziwne, że staram się w przypadku jednego pisarza trzymać jednego języka. Jednak przeważnie tyczy to się opozycji oryginał kontra tłumaczenie. Co też sprowadza mnie na tory innojęzykowe – często czytasz po angielsku?

Po angielsku czytam trochę z przymusu. Językiem Szekspira nie władam płynnie, dlatego cały czas staram się go ćwiczyć, także poprzez obcowanie ze słowem pisanym – od niedawna przyjąłem, że jedna książka po angielsku na kwartał to absolutne minimum. A żeby nie był to tylko smutny obowiązek to sięgam głównie po pozycje, które nie doczekały się polskiego przekładu. Póki co ograniczam się tylko do prozy japońskiej, bo ta ciekawi mnie najbardziej. Od razu uprzedzam, że nie jestem na tyle władny, by czytać w oryginale książki angielskojęzyczne pod kątem oceniania jakości polskiego tłumaczenia. Z tego względu żywię tym większy szacunek dla osób, które podejmują się trudu translacji literatury obcojęzycznej.

 

Zresztą do takiego oceniania trzeba mieć też całą furę czasu, o ile – oczywiście – tłumaczenie nie jest zupełnie spartaczone. Zdarzyło Ci się może takie napotkać?

Nie, w tym momencie nie przypominam sobie takiego przypadku.

A co sądzisz o statusie zawodu tłumacza i na przykład o umieszczaniu imienia i nazwiska tegoż na okładce?

kenzaburo ambroseW mojej opinii autor przekładu to w pewnym sensie współtwórca dzieła, stąd przeświadczenie, że jego rola jest niemożliwa do pominięcia. A im bardziej niszowa czy też orientalna literatura, tym funkcja tłumacza staje się ważniejsza, bowiem razem z translacją z reguły otrzymujemy pobieżny zarys kręgu kulturowego, z jakiego wywodzi się dany tytuł. Z tego względu jestem jak najbardziej za pomysłem, by nazwisko tłumacza, wydrukowane nieco mniejszą czcionką, pojawiało się na okładce tuż pod nazwiskiem autora.

Mam podobne zdanie i mam też słabość do czytania rozmów z tłumaczami i o tłumaczeniach. Bywają iście fascynujące. Teraz zaś chciałbym wrócić do podstawy niniejszej rozmowy. Nie rozmawialibyśmy bowiem, gdyby nie blogi. Skąd w Tobie potrzeba pisania o książkach i dzielenia się tym pisaniem?

Pobudki do założenia bloga były dość egoistyczne i wynikały z prostego faktu, że pragnąłem zachować emocje, które towarzyszyły mi w trakcie danej lektury. Bowiem im więcej zacząłem czytać książek, tym bardziej oczywisty stawał się dla mnie fakt, że owe uczucia to tylko ulotne impresje – po kilku miesiącach znaczna ich część wyparowuje, pozostawiając jedynie zdawkowy osad. Przyznaję, że początkowo nawiedzały mnie też wizje stosów darmowych książek podsyłanych do recenzji, ale szybko uzmysłowiłem sobie, że nie jest to droga dla mnie. Znacznie ciekawsze okazała się możliwość odnajdywania innych blogów tworzonych ludzi, którzy w podobny sposób odbierają literaturę.

Pobudka według mnie słuszna, jak najbardziej. Sam miałem inne, ale tę rozumiem doskonale. Zresztą wydaje mi się, że te stosy darmowych książek to nie tylko swoista pułapka, ale też po części wyklucza się z tym chwytaniem ulotnych impresji. Ale skoro już o stosach i blogach – wydaje Ci się, że blogi książkowy mają jakiś wymierny (choćby i szczątkowy) wpływ na czytelnictwo czy też sukces danej książki?

Bardzo interesujące pytanie, nad którym sam głowię się od pewnego czasu, szczególnie w kontekście tzw. recenzji przedpremierowych. Z chęcią zapoznałbym się z jakimiś danymi na ten temat. A w chwili obecnej, bazując jedynie na subiektywnych wrażeniach, jestem zdania, że blogi książkowe mają niewielki wpływ na rynek książki, który w ogromnej mierze jest kształtowany przez reklamę oraz rankingi sprzedażowe, czyli szeroko rozumiany marketing. Marketing, który z jakościowego punktu widzenia psuje literacki rynek, bowiem za jego sprawą książka staje się z produktem i jak każdy produkt posiada określony termin przydatności, po upływie którego traci swoją użyteczność – stąd dane tytuły są bardzo nachalnie i agresywnie promowane, by po tym intensywnym okresie reklamy zatonąć w otchłani niepamięci. Jeśli chodzi o blogi, to powtórzę, że prawdopodobnie nie mają one większego wpływu na sprzedaż, ale zauważalna jest inna, ciekawa zależność dotycząca darmowych egzemplarzy do recenzji. Owe pozycje, po chwilowym internetowym tryumfie (wspomnianym terminie przydatności), kiedy można natknąć się na nie na co czwartym blogu, znikają, wyparowują. Po paru miesiącach od dnia premiery mało kto o nich pisze – summa summarum wychodzi na to, że większość blogosfery (chociaż zaznaczam raz jeszcze, że to tylko moje obserwacje niepoparte żadnymi danymi) za absolutne „arcydzieła”, „bestsellery” i „międzynarodowe hity” nie płaci nic. A część z tych tytułów ląduje później w koszach z przecenionymi książkami, które można znaleźć w każdym większym markecie.

tułajew ambroseJa, o dziwo, mam tu nieco bardziej optymistyczne spojrzenie. Wydaje mi się, że w tym przypadku też można postawić na masówkę i indywidualność. W przypadku masówki wydawca wysyła jak najwięcej egzemplarzy gdzie byle i obchodzi go tylko to, że książka będzie się pozycjonowała. Drugie podejście zarezerwowane jest raczej dla mniejszych wydawców, którzy mogą sobie pozwolić na precyzyjny dobór odbiorców książek do recenzji. Tu można wysłać do recenzentów, których odbiorcy będą odpowiednimi adresatami takiej recenzji.

Ale, ale… Na koniec mam pytanie z innej beczki. Nie wiem, czy lubisz hipotetyczne zabawy, ale mam dla Ciebie wariację na temat pytania z bezludną wyspą. Gdybyś miał wybrać trójkę autorek/autorów, którzy towarzyszyliby Ci na takiej wyspie, kogo byś wybrał? Nie przejmuj się trywialnymi ograniczeniami w postaci śmierci i innych takich.

Heh, nie przepadam za tego typu zabawami, ale Tobie nie potrafię odmówić. Pierwszym pisarzem, którego bym zabrał, byłby z pewnością Staszek Lem, człowiek tak genialny i wszechstronny, że z pewnością nie można byłoby się z nim nudzić. Przypuszczam, że zaprosiłbym również Yasunariego Kawabatę – jego melancholijne, ulotne i nastrojowe opowieści umilałyby nam długie, gwieździste wieczory. A do kompletu wybrałbym Margaret Atwood – Kanadyjka za młodu często pomieszkiwała w lasach północnego Quebecu, w związku z czym prawdopodobnie idealnie sprawdziłaby się jako nauczycielka przetrwania w leśnej głuszy, znająca w dodatku fantastyczne historie.


No i co Wy na to? Macie jakieś pytania do mego interlokutora? Kogóż polecacie na następnego rozmówcę/następną rozmówczynię? Niedługo bardzo zaś kolejna niespodzianka wywiadowcza. Stay tuned.

Słuchaj, Kafko Tamuro, są w życiu momenty, do których nie można wrócić, i są takie, choć jest ich bardzo niewiele, poza które nie można wyjść. Kiedy przychodzi taki moment, możemy tylko w milczeniu przyjąć, co nas spotyka, czy jest to dobre, czy złe.

[Kafka nad morzem, Haruki Murakami]

Poprzedni

Nareszcie, czyli „Nowa Fantastyka 03/18”

Następny

Udane pierwsze tony, czyli „Ballady ze spalonego traktu” Alicji Janusz

Komentarzy: 5

  1. Czytałem Panów A+A jeszcze przed fuzją blogów i nadal zaglądam do każdego tekstu (na pohybel Buniowi, RSS+Feedly rządzi). Akurat u nich warto zagłębiać się w notki, bo piszą bardzo wnikliwie i nawet jeśli książka odbiega od moich standardowych zainteresowań to mądrego zawsze miło poczytać 🙂

    • pozeracz

      Ja akurat używam Inoreadera – tak przez przeglądarkę, jak i mobilnie. A końcówka Twojego komentarza to jedna z moich myśli przewodnich przy szukaniu blogów do czytania.

  2. Czuję pokrewieństwo dusz! Też zabrałabym Lema i Atwood 🙂 Bardzo sympatyczny wywiad, przybliżasz człowieka w blogerze 😉 P.S. Przydałby się jakiś klikalny link do ich bloga.

    • pozeracz

      Ach, mea culpa! Zawsze dodaję linka do zdjęcia/logo bloga, ale tym razem mi uciekło. Już naprawiam.

  3. Czyli jednak wczesne i bliskie obcowanie z biblioteką skutkuje czytelnictwem jednostek obcujących 🙂 Przyznam, że panowie gdzieś mi się tam przewijali w komentarzach na znajomych blogach, ale na ich poletko nie trafiłem nigdy. Dopisane do feedly (a już miałem nie dopisywać). 🙂

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén