Qbuś pożera książki

"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Mieszanka momentami boska, czyli antologia „Zabawa w boga”

Śląski Klub Fantastyki to jeden z najstarszych klubów fantastycznych w Polsce (istnieje od 1981 roku) i jeden z niewielu, którego regularne działania dostrzegam poza konwentami. Może to kwestia kręgów społecznościowych, ale aktywności odmówić im nie można. Aktualnie członkami klubu są między innymi: Jakub Ćwiek, Paulina Braiter-Ziemkiewicz, Piotr W. Cholewa, Anna Kańtoch i Michał Cholewa. Dwie ostatnie osoby są jednocześnie najbardziej rozpoznawalnymi członkami sekcji literackiej Logrus, która właśnie wydała pierwszą samodzielną antologię (były jeszcze około-konwentowe Smoki urojone). Trudno o lepszą okazję, by lepiej poznać członków tej sekcji i sprawdzić, kogo wypatrywać w przyszłości.

Zabawa w Boga to zbiór czternastu opowiadań trzynastu autorów. Dwanaście tekstów zostało napisanych przez członków Logrusa, a dwa to gościnny występ Benjamina Rosenbauma. Ten ostatni to przykład na to, że nominacje do Hugo, Locusa czy BSFA niekoniecznie przekładają się na rozpoznawalność w Polsce. Amerykanin nominowany był jeszcze do Nagrody im. Theodora Sturgeona i World Fantasy Award. Wśród pozostałych autorów część to „papierowi” debiutanci, część ma zaś za sobą pierwsze publikacje (Anna Hrycyszyn i jej Zatopić Niezatapialną), a Krystyna Chodorowska nominowana była do Zajdla za Kre(jz)olkę. Ale przecież nie autorki i autorzy są tu najważniejsi, a same teksty – te zgodnie tytułem tematycznie powiązane są z zabawą w boga (tu się przyczepię, bo według mnie część tekstów do wielkiej litery nie pasuje), choć niektóre jedynie marginalnie.

Logrusowa antologia momentami jest nierówna. Nie ma może tekstów wysoce zachwycających, ale kilka stoi na na prawdę dobrym poziomie. Co ciekawe – do kategorii po prostu poprawnych należy pierwsze opowiadanie zagranicznego gościa, czyli Przyjmujący nowe. Jest tu całkiem ciekawy pomysł (przenoszenie pamięci przodków w formie odziedziczanych przez nich symbiontów), ale na tym w zasadzie się kończy. Powiązane z tym pomysłem zakończenie jest całkiem wyraziste, ale to zbyt mało by wzbudzić emocje. Lekkie rozczarowanie budzi też Chirurg Anny Hrycyszyn, lecz rozczarowanie to nie wynika z kiepskiego poziomu, a raczej ze zmarnowanego potencjału. Historia lekarza dosłownie i magicznie własnoręcznie wyciągającego choroby z pacjentów nastrojem i motywami przywodzi na myśl Zieloną milę Stephena Kinga, ale czytelnik może odnieść wrażenie, że tempo jest nieco zaburzone. Napięcie osiąga bowiem szczyt bliżej środka tekstu, a finał sam w sobie nie zaskakuje ni wolty żadnej nie zawiera. Ordan Magdaleny Czarneckiej to z kolei przypadek interesującego światotwórstwa z nie do końca porywającą fabułą. Motyw doświadczonego najemnika przyjmującego pod swoje skrzydła niedoświadczonego, miejscowego młodzika zostaje tu zaskakująco rozegrany, ale znów można odnieść wrażenie, że finał nadchodzi za późno. Pewnym problemem było też to, że obaj bohaterowie należeli zdecydowanie do tych, których trudno polubić. Choć przyznać trzeba, że westernowo-przygodowa stylistyka wypada dynamicznie.

 

Ciekawe jest zestawienie dwóch par opowiadań – Leku Marty Potockej oraz My eter Alicji Tempłowicz obracają się wokół motywu starości, a Kary i żywioły Jesiona Kowala i Korona północy Anny Askaldowicz to kontynuacje klasycznych opowieści. Zdecydowanie lepiej wypada ta druga para. W obu przypadkach mamy do czynienia z przekształceniem znanych dzieł i przeciągnięciem ich zakończenia do czasów współczesnych. Kowal korzysta z szekspirowskiej podstawy do ukazania historii o dorastaniu i wierności sobie, a Askaldowicz snuje melancholijną opowieść o dwóch obliczach miłości. Różnią się od siebie klimatem, ale oba wyróżniają się zdecydowanie in plus. Gorzej, niestety, wypadają opowiadania mierzące się w tematem starości. Lek to krótkie acz treściwe political fiction, które ukazuje konsekwencje znacznego wydłużenia żywotności bez znaczących zmian w innych dziedzinach życia. Zakończenie tego tekstu mogłoby robić wielkie wrażenie, ale zabrakło tu odpowiedniego ładunku emocji. Choć na pewien sposób ten chłód jest przerażający. My eter trzyma się sztafażu fantasy, ale motywami centralnymi są tu starość i zepsucie władzy. Najciekawszym elementem tego tekstu jest postać narratora i perspektywa, z której przedstawia wydarzenia.

O ile większość opowiadań dostarczyła mi większej lub mniejszej porcji rozrywki, to tak ogółem brakowało mi nieco literackiej odwagi. Poza słowotwórstwem Kowala Jesiona i stylizacją Agnieszki Zapart brak tu w zasadzie zabawy stylem. Nie ma tu co prawda opowiadań, które kuleją językowo, ale chciałbym zobaczyć nieco szaleństwa. Podobnie ma się sprawa z treścią. Momentami można odnieść wrażenie, że teksty zyskałyby na bardziej wyrazistym zakończeniu lub wręcz urwaniu akcji w nieco wcześniejszym momencie. Może dlatego tak podobał mi się Mrok zabije wieloryba Olgi Niziołek, który skręca w stronę groteski. Niby szara polska rzeczywistość, ale wykrzywiona i nasycona mrocznymi elementami. Duszna atmosfera, wykolejony związek dwóch niedostosowanych do rzeczywistości wyrzutków – jest w tym tekście coś, co spokoju nie daje.

Niniejsza recenzja zapewne nie sprawia wrażenia oszałamiająco pozytywnej, ale piszący ją bawił się przy lekturze Zabawy w Boga całkiem nieźle. Część z opowiadań nie wzbudziła większych emocji i szybko zapomniana zostanie, ale niektóre próbują czegoś ciekawego – jest Szekspir, są mity i nieco groteski – i w pamięć zapada. Nieco więcej odwagi mogłoby sprawić, że z dobrego zbioru zrobiłby się świetny, ale Pożeracz i tak za rok będzie wypatrywał kolejnego, zapowiedzianego już zbioru. Pozostaje tylko liczyć, że coraz więcej tekstów będzie wychodziło poza spotkania sekcji.

Dziękuję Sekcji literackiej Logrus za przesłanie egzemplarza do recenzji

Wiedziałem, że będę o tym zapominał. Wiedziałem. O antologii napisali też:

Czy skłonnością do istnienia jak najmniej, jak najmgnieniej, można się w ogóle wyróżniać? Wszyscy mieszkańcy bloku zgodnie twierdzili, że był najogólniejszym człowiekiem, jakiego w ogóle w życiu widzieli.

[Jesion Kowal, Kary i żywioły]

Poprzedni

Ikea a stan czytelnictwa polskiego, czyli wywiad z Zacofanym w lekturze

Następny

Kolejna cegła w czwartej ścianie, czyli o post/auto/meta w fikcji

Komentarzy: 9

  1. Widzę, że zgadzamy się w większości kwestii 🙂
    PS A gdzie szumnie zapowiadane linki?

    • I sorry, ale zapomniałem zaprenumerować

      • pozeracz

        Wnioski zdecydowanie zbliżone.

        A co do linków, zacytuję klasyka:

        „A mój kolega tak patrzy na tą Panią
        mówi: do jasnej ciasnej, nie wezmę śpiworka
        ja mu mówię lepiej weź
        a on na to nie ma mowy
        o kurczę, do ciężkiej choroby,
        normalnie idziemy już sobie na tą wycieczkę
        i nagle Pani mówi do nas stop kochani nocujemy
        i co? I kolega płakał, bo nie miał śpiworka
        Ja wiedziałem, że tak będzie
        Ja wiedziałem, że tak będzie
        Ja wiedziałem, że tak będzie, nie miał śpiwora,
        ja wiedziałem.”

  2. Ha, ten wpis przypomniał mi, że cały czas rozglądam się za tytułem „Futurama. Antologia japońskiej SF”. W związku z tym bezczelnie pozwolę sobie na drobne ogłoszenie:

    Gdyby przypadkiem ktoś z licznych czytelników Pożeraczowego bloga był w posiadaniu tejże antologii (tj. Futuramy), bardzo proszę o informację. Tytuł chętnie wypożyczę, odkupię, wymienię, itd.

    A co do antologii takich, jak „Zabawa w Boga” to idea jest bardzo ciekawa – dzięki taki zbiorom okazję na wypłynięcie na szersze literackie wody mają mniej znani, bądź w ogóle początkujący twórcy.

  3. Mam wrazenie, że polska fantastyka ma się z roku na rok coraz lepiej, co ogromnie cieszy. Oczywiście pomijam wybitnego Sapkowskiego, ale czytałam też książki Pilipiuka i kilku innych. Byłam raczej zadowolona. „zabawa w Boga” brzmi nieźle, ale mnie jakoś opowiadania nie przekonują. Trudno się wgryźć w klimat, bo każdy autor ma swoj własny styl i pomysł.

    • pozeracz

      Mnie najbardziej cieszy, że debiutuje albo kontynuuje pisanie coraz więcej ambitnych, często młodych, autorów. Pilipiuk czy Sapkowski, niezależnie od sympatii do nich lub jej braku, to nazwiska obecne od dawna i radzące sobie bez problemów.

Dodaj komentarz

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén