"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Urzekające déjà vu, czyli „Czasomierze” Davida Mitchella

David Mitchell to jeden z tych autorów, którzy na blogu już się pojawiali i pojawiać na pewno się będą. I tylko po części jest tak dlatego, że mam niemałą słabość do łączliwych światotworów i lubię bardzo wyłapywać punkty styku między powieściami Anglika. Ważniejszych powodem jest jednak to, że jestem pod wrażeniem talentu pisarza i różnorodności tego talentu powieściowych przejawów. Sięgnięcie po Czasomierze było więc kwestią… czasu.

czasomierze

Holly Sykes to z pozoru zwyczajna piętnastolatka, która wychowuje się w bliskolondyńskim Gravesend. Jak to osoby w tym wieku mają w zwyczaju nie zawsze dogaduje się z rodzicami, co w połączeniu z miłosnym zawodem i sercem pękniętym doprowadza ją do ucieczki z domu. Napotkanie pewnej starszej pani proszącej o „schronienie” w zamian za kubek ciepłej herbaty to dopiero początek nietypowych (i tragicznych) wydarzeń, które na przestrzeni lat połączą losy wielu osób. Być może rozstrzygną się też losy pewnego toczącego się od kilku wieków konfliktu.

Czasomierze to powieść w swej konstrukcji najbardziej podobna do Atlasu chmur, od którego wiele osób znajomość z prozą Mitchella zaczęła. Dla niewtajemniczonych dodać warto, że oznacza to fabułę splecioną z kilku osobnych opowieści oddzielonych zauważalnymi przeskokami czasowymi (choć tu zakres jest dużo węższy). O ile jednak zekranizowany przebój zmierzał momentami w stronę science fiction, to tutaj czytelnik może napotkać elementy znane raczej z literatury fantasy. Różnicę stanowi też to, że mimo kilku narracyjnych punktów widzenia wyróżnić można postać stanowiącą swoisty środek ciężkości opowieści: Holly Sykes. W niektórych częściach odgrywa rolę kluczową, w innych marginalną, ale zawsze pozostaje obecna.

Przepraszam czytelników stroniących od elementów fantastycznych, ale mam dla nich informację pozornie wewnętrznie sprzeczną: w Czasomierzach są one zarówno kluczowe, jak i możliwe do zignorowania. Ważne są dla przebiegu fabuły samej w sobie, a w szczególności w tle rozgrywającego się konfliktu Horologów i Anachoretów. Zakulisowo napędza on wiele ważnych zdarzeń, ale wątki poszczególnych postaci można także interpretować pod kątem czysto ludzkim. I według mnie są to ciekawsze odczytania. Powieść jest bowiem także historią o dojrzewaniu, szukaniu i znajdowaniu (lub i nie) swojego miejsca na ziemi, godzeniu się z niezmiennością własnej natury, poczuciu winy i… Zapewne każdy, zależnie od własnych życiowych doświadczeń, dobierze inny klucz i na innym aspekcie się skupi, ale Mitchell zdecydowanie potrafi zagrać na emocjach odbiorców.

Dla wielbicieli połączonego uniwersum Davida Mitchella (czy też takich myków fabularnych w ogóle) ważna będzie informacja, że Czasomierze można uznać ze centralną w tym świecie. Można dowiedzieć się, skąd i dlaczego Holly Sykes wzięła się w Slade House, a także poznać (może aż za dobrze) prawdziwą naturę doktora Marinusa. Zależnie więc od preferencji względem tajemnic i ich odkrywania, powieść niniejszą należy przeczytać na początku lub też zostawić na koniec z obcowania z prozą Anglika. Na koniec osobiście zaś dodam, że Hugo Lamb to według mnie jeden z najlepiej wykreowanych antybohaterów, których miałem (nie)przyjemność literacko znielubić. Ten zręczny manipulator stąpa po cienkiej linii oddzielającej „wrednego acz może czasem dającego się lubić dupka” od „bezwzględnego, odrażającego skur…czybyka”. W pewnym momencie zdawać się może wkraczać na drogę ku odkupieniu, ale Mitchell oczywistych rozwiązań nie lubi. Świetnie napisany jest i Crispin Hershey, który z kolei bardzo mocno przywodził mi na myśl Cudownych chłopców Chabona.

david mitchell foto

Czasomierze to kolejna udana, wielowątkowa podróż z Davidem Mitchellem. Splecione losy dobrze napisanych postaci i ekstensywna rozbudowa elementów połączonych światotworów zapewniły atrakcyjność tej eskapady. Niektórych mogą zapewne nieco odrzucić elementy fantastyczne, ale z drugiej strony u tego akurat autora to przecież norma. Teraz tylko pozostaje zadecydować, czy następne chwycić Utopia Avenue czy może Black Swan Green


Czasomierze zatykały też tu:

Przypaliła kolejnego papierosa od ledwo żarzącego się starego peta i powiedziała mi: „Kochanie, zdziwisz się jeszcze, ile w życiu wytrzymasz”. Życie pokazało, że miała rację.

Wstecz

Rupmy sfoje, czyli wywiad z Ulą Słonecką

Dalej

Wracając na Arrakis, czyli „Diuna” Franka Herberta

6 komentarzy

  1. 3CityApache

    Utopia Avenue jest świetnia i ma w zasadzie jedynie śladowe ilości fantastyki.

    • pozeracz

      Czytałem właśnie i nie przeszkadza mi to wcale. Cenię Mitchella właśnie za to zróżnicowanie tych elementów składowych. I ciekaw jestem niezmiernie, co będzie następne.

      • 3CityApache

        Czytałeś książkę czy czytałeś o tym, że ma śladowe ilości fantastyki? Ja właśnie się zorientowałem, że nie wyłapałem chyba z połowy nawiązań do innych książek Mitchella, część z nich jest bardzo subtelna, np. Bat Segundo z Ghostwritten jako dj radiowy, który puszcza piosenkę Utopia Avenue czy fakt, że koncert w Gravesend grali w pubie należącym do rodzinny Holly Sykes. Albo że Levon Frankland mignął też w The Bone Clocks.

  2. Luiza

    A ja jeszcze „Atlasu chmur” nie znam. Ominęła mnie fala popularności tego utworu i ekranizacji. Ale kiedyś pewnie coś Davida Mitchella.

    • pozeracz

      Może to i lepiej? Lepiej takie lektury chyba zaczynać bez nadmiernego bagażu oczekiwań i nieznośnego hype’u.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Autor motywu: Anders Norén