Łaska czytelnicza na pstrym koniu jeździ i wpływa na nią czynników wiele. Czy kolejną część wyczekiwanej serii ocenia się inaczej po roku, a inaczej po siedmiu latach czekania? Czy da się w ogóle odciąć od takich oczekiwań, pisząc o książce? Czy ma to sens? Zostawię Was (i siebie) z tymi pytaniami, bo przecież Dusza pokryta bliznami czeka.

Czerwone Szóstki wracają do Imperium, lecz oddział oddział Górskiej Straży zamiast pochwał i zasłużonego odpoczynku czeka… praca w kamieniołomach. Stali się ofiarami szemranych rozgrywek wewnątrz królestwa, które zresztą w obliczu narastających Problemów mogło o grupce żołnierzy (nawet takich) po prostu zapomnieć. Meekhańskie uroczyska przebudziły się i wypluwają z siebie nie tylko toksyczny dym i popiół, ale i przerażające monstra. Zatrucie ziemi oznacza nieurodzaj, a głód w porównaniu z szerzącymi się plotkami o losie władcy to idealna pożywka dla różnej maści wichrzycieli.

Pisząc o Niebie ze stali, poczyniłem ryzykowną konstatację: autor wpadł w pułapkę zastawioną przez samego siebie. I jak zapewne się domyślacie przywołuję je nie bez powodu – historia zatoczyła bowiem koło. Każde martwe marzenie dawało bowiem niemałe nadzieje na to, że kolejny tom uraczy czytelników może nie ostatecznymi, ale jednak kulminacjami. Niestety, Dusza pokryta bliznami to ta część bez żadnych takowych rozwikłań. Owszem, akcja posuwa się do przodu i na różnych frontach zachodzą kolejne etapy WAP, ale znów wszystko to sprawia wrażenia rozstawiania pionków, a rostrzygnięcia czy nawet domknięcia aktów odroczone zostają. Nawet kolejne światotwórcze xxx i poruszające sceny nie maskują tego braku.

wegner meekhan reedycja

Jakub Rebelka machnął takie cudeńko do reedycji

Nie oznacza to, że Dusza pokryta bliznami to powieść słaba. Robert M. Wegner nie schodzi poniżej pewnego poziomu i to się nie zmieniło. Nadal jest to bardzo dobrze napisane fantasy zahaczające intensywnie o rejony dark. Autor językiem posługuje się bardzo wprawnie i czyta się całość z przyjemnością. Nadal ciekawie pokazuje i kreuje relacje między postaciami, zwłaszcza pomiędzy bardzo różnymi osobami. Warto tu wspomnieć rozmowy Altsina i Boreheda z Nocną Perłą czy też Oglal Młod­szy z młodymi Słowikami (a potem i Kimś jeszcze).

Dla zagorzałych fanów serii Dusza pokryta bliznami będzie zapewne lekturą przewrotnie bolesną za sprawą (zasygnalizowanego na okładce) losu zgotowanego przez Wegnera Czerwonym Szóstkom. Tu ukazuje się talent autora to ukazywania zażyłości w oddziale i tworzenia postaci „zwyczajnie” czy wręcz urzędniczo odrażających. Znów też umiejętnie podrzucane zostają ważne elementy układanki ukazujące nie tylko kulisy teraźniejszych zdarzeń, ale i tych przeszłych, boskich i historycznych kluczowych dla wielkiej partii szachów rozgrywanych w Meekhanie. Jednak na koniec i tak pozostaje poczucie niedosytu – te wszystkie elementy podsycają apetyt na więcej, ale jest ich zbyt mało, by go zaspokoiły same w sobie.

wegner foto

Koniec końców Dusza pokrywa bliznami rozczarowuje. Jest to dobra powieść, ale w tak świetnym cyklu i w obliczu nikłego postępu szerokofabularnego (oraz siedmiu lat głodu) pozostawia duży niedosyt. Daleko mi do utraty wiary w doprowadzenie cyklu do końca, gdyż nadal czuć, że Wegner zdaje się dobrze wiedzieć, dokąd zmierza. Jeśli jednak pisanie następnego tomu zajmie kolejne siedem lat i opowieść będzie nadal dreptać, to wiara ta kruszyć się zacznie.

PS Jeśli zaś po tych siedmiu latach chcecie sobie przypomnieć co, jak, gdzie i z kim, to Powergraph przygotował wysoce użyteczne streszczenia poprzednich tomów.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję

powergraph logo

Poza tym było w nich coś jesz­cze, jakaś ledwo tłu­miona eks­cy­ta­cja, pod­szyte rado­ścią ocze­ki­wa­nie na praw­dziwą walkę. Cza­sem Oglal miał wra­że­nie, że ota­cza go gro­mada wil­czych szcze­niąt, chu­dych, żyla­stych, nie­pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wa­nych, lecz try­ska­jących dzi­kim, prze­ra­ża­ją­cym wręcz entu­zja­zmem dra­pież­ni­ków, czu­ją­cych, że lada chwila będą mogły posma­ko­wać krwi. I wtedy uświa­da­miał sobie, że ci chłopcy to nie banda weso­łych ulicz­ni­ków, lecz bestie tre­no­wane do zabi­ja­nia, które lata wycho­wa­nia w reli­gij­nym fana­ty­zmie pozba­wiły współ­czu­cia, lito­ści i innych ludz­kich odru­chów.
W takich chwi­lach prze­ra­żali go do szpiku kości.