"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Kung-fulness, czyli „Into the Riverlands” Nghi Vo

Ludzi mózg to organ niesamowity pod wieloma względami. Jedną z jego wspaniałych… i do ludzkiego przetrwania przydatnych umiejętności jest rozpoznawanie wzorców i jednocześnie odstępstw od nich. Co było dla mnie nieco zaskakujące, ponoć sztuczna inteligencja ma tu niemało do nadrobienia. Po co w ogóle to piszę? Otóż cały ten nieco dziwny wstęp ma służyć tylko temu, że oto natknąłem się na drugi przypadek trzeciego tomu wieloczęściowej serii nowelek, który nie do końca do gustu mi przypadł… ale tylko z początku. Poniżej postaram się odstąpić do trajkotania i pokazać, jak to z Into the Riverlands było.

into the riverlands

Wędrowne klerycze ze Śpiewających Wzgórz podróżuje do krainy rzek, aby spisać historię mistrzów walki nawiedzających ten region. W drodze napotyka parę młodych kobiet z dala od domu oraz zaawansowaną wiekiem parę, która jednak zdaje się skrywać wiele niespodzianek za miłymi pozorami. Dzięki opowieściom towarzyszy Chih dowiaduje się o rozgrywającej się tam od wielu lat waśni, której historia przekazywana jest od wielu w wielu wersjach. Wraz ze swoim ptasim towarzyszem o pamięci absolutnej nauczy się, że każda historia – piękna, brzydka, miła lub okrutna – ma więcej niż jedno oblicze.

Into the Riverlands to taka opowieść, którą czyta się z przyjemnością, ale najmocniejsza pozostaje na poziomie powierzchownym. Nowele Nghi Vo czyta się bezproblemowo nie tylko za sprawą krótkości formy, ale także (albo i przede wszystkim) za sprawą stylu. Jest on bowiem bardzo plastyczny, ozdobiony urzekającymi opisami, ale w tej części także i dynamiczny. Ta część cyklu czerpie bowiem wiele z gatunku wuxia i jako taka zawiera zestaw widowiskowych popisów mistrzów wushu. Jest tu kilka scen, cudnie teatralnych i zachwycająco przesadzonych. Czytelnik może z nich czerpać niemałą frajdę, podobnie jak widz z ich wersji filmowych.

singing hills

Jest 5, a ma być (przynajmniej) 8 – and there was much rejoicing

Filmowe klisze (wink wink, nudge nudge) dostrzec można też bez większych problemów w kreacji postaci. Jest tu więc Lao Binyi i Mac Khanh, czyli małżeństwo wiekiem ciut zaawansowane, uroczo przekomarzająca się para. Jednak, jak to w podobnych narracjach bywa, taki duet zawsze skrywa niemałe co nieco pod pozorami (można tu przywołać wyłożoną przez Pratchetta w Złodzieju czasu zasadę: „Nie działaj pochopnie, kiedy stajesz naprzeciwko łysych, pomarszczonych i uśmiechniętych staruszków”). Bardzo szybko pozory zaś rozwiewa Wei Jintai, czyli zwiewnie drobna mistrzyni stylu Południowej Małpy (tudzież południowego stylu Małpy). Wszystkie te postaci napisane są z mieszanką czułości, humoru i nienarzucającej się refleksji. W tej części nieco więcej mocy sprawczej i aktywnego udziału (czyżby za sprawą gatunku?) w akcji ma i sama Chih.

Na koniec przyznam już pierwszosoobowo, że w mym (od)czytaniu Into the Riverlands splotły się dwa recenzenckie zjawiska: podstępności własnych oczekiwań oraz śródtekstowych renegocjacji. Śpieszę z wyjaśnieniami. Początkowo bowiem – powodowany ekstrapolacjami po lekturze części poprzednich – czułem lekki zawód ze względu na lżejszy ton i gatunkowo-rozrywkowy przebieg fabuły. Innymi słowy: czytało mi się przyjemnie, ale jakby czegoś brakowało. Jednak gdy przysiadłem do pisania tekstu niniejszego, do głosu doszła krytyczna część bytu mego książkomolowego i dostrzegłem tu bogatą opowieść o… opowieściach. Autorka pokazuje, że takie historie to nie tylko zapis przeszłości, ale też źródło pocieszenia, ukojenia w chwilach rozpaczy. Każe też czytelnikowi zastanowić się nad tym, jak ważne jest, kto przekazuję daną narrację i jak można ona zmieniać się z czasem. Nghi Vo potrafi kilkoma słowami dialogu („Moja historia, klerycze, należy do mnie. Ty masz resztę i opowiesz resztę” [tłumaczenie własne]) dać solidny przyczynek do przemyśleń.

nghi vo

 

Into the Riverlands to trzeci już dowód na to, że cykl The Singing Hills należy czem prędzej nad Wisłą wydać. Nghi Vo w atrakcyjnej (momentami wręcz rozrywkowej) formie umie zawrzeć niemało materiału do przemyśleń, przemyconego w sposób nienachalny. Smaczkiem tej odsłony serii jest hołd złożony dziełom filmowym (i nie tylko) spod znaku wuxia. Cieszę się niezmiernie, że Tordotcom zaufało autorce długofalowo i powstać ma przynajmniej osiem części.

“The world is built on who carries what and for who,” Chih said, settling the weight more comfortably on their shoulders. “It’s not a bad world where we carry presents for people who feed us.”

Poprzedni

Niepełnia niepełna, czyli „Czarne” Anny Kańtoch

Następne

Postapokaliptyczne poświęcenia, czyli „Zrodzony” Jeffa VanderMeera

4 komentarze

  1. Luiza

    O, intrygujące.

  2. „Wuxia” – zapisuję sobie. Po raz kolejny uczę się od Ciebie czegoś o popkulturze 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén