Jeden z największych sukcesów wydawniczych ostatnich lat. Powieść wydawana w częściach na blogu, przez długi czas dostępna bezpłatnie. Nadchodząca ekranizacja reżyserowana przez Ridleya Scotta z Mattem Damonem w roli głównej. Książka, która w pewnej mierze mogła uratować NASA. Osiągnięcia dzieła Andy’ego Weira można by wymieniać jeszcze długo, ale nie to jest celem recenzji. Pora więc skupić się na samej literaturze — oto Marsjanin.

Zostać jednym z pierwszy ludzi, którzy postawili stopę na Marsie, to wielkie osiągnięcie. Markowi Watneyowi właśnie to się udało — po latach ciężkiej pracy, wielu wyrzeczeniach i ciężkich treningach. Wszystko wskazuje jednak na to, że ludzkość zapamięta go jako pierwszego, który na Marsie zginął. Burza piaskowa o sile nieprzewidzianej przez NASA zerwała antenę, która przebiła kombinezon amerykańskiego astronauty. Pozostali członkowie załogi musi ratować siebie – nie mieli zresztą szans go odnaleźć w szalejącym żywiole. Watney jednak nie zginął – został ocalony przez łut szczęścia i własną pomysłowość. Teraz jednak musi zacząć walkę o przetrwanie. Sytuacja z pozoru jest beznadziejna – misja była zaplanowana na 30 dni, misja ratunkowa nie ma szans dotrzeć na czas, a w dodatku komunikacja z Houston została zerwana.
Debiut Weira w doskonały sposób łączy iście hollywodzkie prowadzenie fabuły z znacznymi ilościami szczegółów technicznych. Przeciętny czytelnik nie będzie w stanie ocenić prawdziwości i prawdopodobieństwa warstwy naukowej Marsjanina, lecz opinie osób znających się na rzeczy wskazują, że autor zaprezentował wiele ciekawych rozwiązań, ale nie uniknął poważnych błędów. Najważniejsze z nich dotyczą samego zawiązania akcji. Sprzęt komunikacyjny na tyle ważny, że przy niskim ciężarze nieprawdopodobna jest sytuacja braku sprzętu zapasowego. Znaleźć można jeszcze wiele mniejszych lub większych wypaczeń, lecz tak w zasadzie nie przeszkadzają one w lekturze. Czytania nie zakłóca też duża ilość szczegółowych rozważań, technicznych wyliczeń i opisów rozwiązań. Dzieje się tak dzięki temu, że wszystkie te informacje prezentowane są w sposób jasny i przystępny.

Sirenum Fossae, © NASA
Ta przystępność powiązana jest z umiejętnym prowadzeniem akcji oraz osobą głównego bohatera. Mark Watney był bowiem dobrym duchem zespołu, a jego optymistyczne nastawienie do życia było jednym z powodów, dla których został wybrany do misji. Postawa głównego bohatera udziela się czytelnikowi, a liczne dowcipy (niestety, czasem mało wyszukane) stanowią dobry przerywnik w walce o przetrwanie. Czasem można wręcz odnieść wrażenie, że Watney przesadza z wesołkowatością, a niemal kompletny brak chwil słabości osłabia wiarygodność tej postaci. W trakcie lektury trudno jedno zwracać na to uwagę, gdyż autor potrafi bardzo sprawnie prowadzić akcję. Nawet przy zalewie technikaliami potrafi utrzymać napięcie. Niezbyt długie rozdziały, zmiany perspektywy w odpowiednim momencie, wyważanie pomiędzy kryzysami i sukcesami — wszystko to sprawia, że Marsjanin wciąga od pierwszych stron. Niestety, w lekturze przeszkadzać może kiepskie momentami tłumaczenie. Osoby dobrze znające angielski będą zwłaszcza bolały kalki językowe. „Wstawaj i świeć” jako bezpośrednie tłumaczenie angielsko-porannego „rise and shine” to doskonały przykład na to, jak nie tłumaczyć idiomów.

Marsjanin Andy’ego Weira to sprawnie napisana powieść, której łatwo dać się porwać. Naciągana momentami fabuła i czasem przesadnie pozytywny bohater nie przeszkadzają w czerpaniu radości ze śledzenia pełnej emocji, nauki i akcji walki o przeżycie. Pozostaje tylko brać się do czytania, a potem czekać na ekranizację.
Śluza leży ma boku, a ja słyszę stałe syczenie. Czyli albo ucieka powietrze albo mam tu węże. Tak czy siak, oznacza to kłopoty.
Dodaj komentarz