"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Stupid is as stupid does, czyli nietłumaczenie tytułów

Dawno nie było tu żadnych narzekań czy też innych rozważań w formie wpisu, nieprawdaż? Cóż, covidowe przeorganizowanie życia i inne powiązane z nim spadki sprawiły, że skupiałem się na recenzjach i na tym, by blog z sieci nie zniknął. Trzeba było dopiero wyjątkowej głupoty i to w dodatku z tłumaczeniem związanej, by Pożeracza do pisania pobudzić. Chodzi mianowicie o trend, który większości z Was mógł uciec, a mianowicie: nietłumaczenie tytułów.

nietłumaczenie tytułów

Trend ten mógł nie zostać przez Was zauważony, gdyż dotyczy głównie wydawnictw zajmujących się prozą young adult (i jej różnymi wariacjami). Jak jednak pokazuje trzecia z powyższych okładek, nie tylko mniejsze wydawnictwa się na takie zabiegi decydują. Na szybko do głowy przychodzi też na przykład Red, White & Royal Blue, które swego czasu robiło furorę w kręgach zdecydowanie nie tylko młodzieżowych. Ja sam zaś nie zwróciłbym pewnie tak szybko i intensywnie uwagi na te abominacje, gdyby nie Catus Geekus i jej profil na Instagramie. Magdalena Adamus jest tłumaczką audiowizualną, więc na kwestie przekładnicze wyczulona jest, a swe zdanie wyraża jasno i dobitnie. Proszę jednak nie zdziwić się, jeśli część stwierdzeń we wpisie niniejszym zabrzmi podobnie do tych z jej rolek, ale po prostu zgadzam się z jej konkluzjami i podzielam oburzenie.

Ale, ale… Dobry to moment, by odpowiedzieć na pytanie, które pewnie w Was się już zrodziło: „Ale o co w ogóle chodzi?” W końcu „nietłumaczenie tytułów” to wyrażenie dość ogólnikowe, a powyższy akapit oraz ilustracja trójokładkowa o sprawie dają jedynie ogólny przegląd sprawy. Już śpieszę wyjaśniać: chodzi o proceder wydawniczy, który polega na pozostawianiu oryginalnych tytułów miast tłumaczyć je na język polski. Ciężko wskazać, kiedy dokładnie takie działania się zaczęły, ale jest to fenomen dość młody, ale widoczny też na przykład w branży filmowej. Tam zresztą dotyka to nawet blockbusterów i innych oskarobiorców – wystarczy wspomnieć Parasite czy Quantum of Solace. Jednak w przypadku branży książkowej chodzi o kategorię mniej wyeksponowaną, lecz finansowo znaczącą. Dobrym przykładem może być jeden z potencjalnych winowajców powstania tego trendu, czyli seria Heartstopper. W artykule opublikowanym 15 lipca na portalu Rynek książki stoi napisane, że w samym Empiku sprzedało się niemal 160 tysięcy egzemplarzy tej serii. Nie muszę chyba pisać, że na naszym rynku to liczby zdecydowanie imponujące?

nietłumaczenie tytułów

Czym jednak jest powodowane to niecne nietłumaczenie tytułów? Otóż powód jest jeden: kasa… A tak właściwie to postrzegana kasa. Znaki na niebie i ziemi wskazują bowiem, że część wydawców dała się przekonać grupce najbardziej krzykliwych odbiorczyń i odbiorców, dla których język polski zwyczajnie nie jest cool, jest krindżowy (a to przecież zarzut największej wagi). Narzekania tej grupy sprawiły, że zaczęto się obawiać wydawania książek z przetłumaczonym tytułem z obawy przez utratą klientów. Pomijam już kwestię tego, jak głupie byłoby niekupienie książki z powodu przetłumaczonego (nawet najpoprawniej) tytułu, ale w wydawnictwie pracujący Łukasz Chmara przekonuje, że nietłumaczenie tytułu na sprzedaż wpływu nie ma. W niektórych przypadkach można by tłumaczyć się (ha) trudnością przekładu danego tytułu lub też utrwaleniem danego anglicyzmu i jego zasiedzeniem w Polsce, ale są to przypadki graniczne. I nijak nie obejmują szczytu durnoty, jaką popełniło wydawnictwo NieZwykłe, które wydało powieść Stacey Marie Brown oryginalnie zatytułowaną Shattered Love pod tytułem… The boy she hates. Drugi trop prowadzi natomiast w stronę social mediów i tagów. Łatwiej nakręcać hype i podpinać się pod globalne trendy, korzystając z hashtagów w języku angielskim i nie zmieniając ich już przed samą premierą. No i można po prostu kupić prawa do oryginalnej okładki i przerobić ją minimalnym nakładem sił.

Dlaczego jednak tak mnie ten proceder irytuje, że aż do wpisu napisania zmotywował? Stało się tak ponieważ uważam, że jest to zjawisko szkodliwe i zwyczajnie głupie. Poddając się krzykom małej grupy odbiorców, wydawnictwa te wzmacniają ich przekaz: „język polski jest krindżowy”. A przecież jednym z zadań wydawców, zwłaszcza tych kierujących swe produkty do młodych odbiorców, powinno być budowanie pewnej kultury języka, poszanowania dla mowy ojczystej. Jeśli brzmi to dla Was nieco zbyt pompatycznie, to są i powody bardziej praktyczne. Pierwszy z nich jest prozaiczny i nieco dziwię się, że nie trafia on do speców od tytułowego marketingu: nie każdy zna angielski. Każdy, kto przeszedł przez polski system edukacji, zna jego stan i wie, jak wiele zależy od tego, na jakiego nauczyciela się trafi. Wielu potencjalnych odbiorców (także tych np. ze wstrętem do anglicyzmów) tytuł taki może więc odrzucić. Drugi zaś jest nieco zaskakujący i nie aż tak ważny, ale niemal identyczne okładkowo wydania powodują konfuzję u klientów np. Amazona, którzy omyłkowo kupują wersję polską zamiast oryginału. Niby sami sobie winni za niedokładne sprawdzenie wydania, ale nie da się ukryć, że o błąd nietrudno, gdy ktoś takich podstępów się nie spodziewa.

szyld PRL

Ech, brakowało mi takich wpisów. Ciekaw jednak jestem, czy i Wam brakowało oraz, czy zechcecie podzielić się Waszym zdaniem. Nietłumaczenie tytułów nie jest co prawda żadnym znaczącym zagrożeniem dla dobra narodu czytelniczego i światka wydawniczego, ale jest na tyle szkodliwe i irytujące, że na reakcje zasłużyło. Tak na koniec przyszło mi do głowy, że kojarzy mi się ze znanym zwłaszcza z początków lat 90-tych trendem dodawania angielskich słów i końcówek do nazw firm sklepów. W przypadku książek wygląda to jednak jeszcze gorzej.

Bądź z serca pozdrowiona
Ojczysta święta mowo!
Niby łańcuchem złotym
Wiąże nas twoje słowo

[Leopold Staff, Mowa ojczysta]

Wstecz

Opowieść ze starej przyszłości, czyli „Skrzydła nocy” Roberta Silverberga

Dalej

Kształtując Vimesa, czyli „Straż! Straż!” Terry’ego Pratchetta

6 komentarzy

  1. O, rany, ależ to głupie, że się tak bezpardonowo wyrażę. Skoro polski to taki „krindżowy” język, to po co w ogóle się nim posługiwać i czytać po polsku? Ech, w pełni popieram Twoją niechęć do rzeczonego zjawiska. Krzykacze niech się uczą angielskiego i czytają po angielsku, a pozostałym polskim czytelnikom zostawmy przekłady z polskimi tytułami 🙂

    • pozeracz

      Snobowanie bardzo rzadko komukolwiek przynosi cokolwiek dobrego. Oto kolejny z dowodów. Widziałem już po napisaniu tego wpisu zdjęcia półki z Empiku, gdzie chyba jedna na dziesięć książek miała tytuł po polsku.

  2. Luiza

    Zgadzam się z Tobą. Nie dziwię się, że piszesz o tym. I tak, świetnie, jak będzie więcej takich tekstów na Twojej stronie!

    Zawsze się dziwię, gdy widzę nieprzetłumaczony tytuł. Cenię pomysłowość w szukaniu ekwiwalentów językowych i znaczeniowych – tytuł w języku polskim może wszak wydobywać inne tony z utworu, przesuwać akcenty. To bardzo ciekawe. A poza tym są na przykład tytuły czy raczej frazy, zbitki słów, językowe klisze niekoniecznie możliwe do przełożenia na inny język bez znacznej utraty wywoływanych przez nie pól semantycznych. Czasem „między słowami” jest więcej znaczenia, niżby zdawało się w pierwszym odczytaniu/odsłuchaniu.

    Nota bene, mam wrażenie, że gdzieś do lat 90. XX wieku tłumaczenia książek (nie tylko tytułów) były w dużej mierze lepsze językowo, bardziej finezyjne (jasne, zdarzały się fatalne przekłady albo kiepskie książki), a obecnie sporo w utworach literackich wtłaczanego przez tłumaczy albo redaktorów slangu, nachalnych kolokwializmów, językowej mody, makaronizmów (najczęściej – Ponglish) i innych elementów, które być może „za chwilę” (np. za 5 czy 10 lat) będą zdumiewały albo śmieszyły czytelników, bo inne słowa będą modne.

    • pozeracz

      Czasem rzeczywiście nie da się ekwiwalentnie przetłumaczyć, ale nawet wtedy polski tytuł może być poprawny i do treści dostosowany. Wiadomo, że tłumacz nie ma tu ostatniego słowa, ale osoby decyzyjne powinny pójść po rozum do głowy i posłuchać zawodowców.

      Co do slangu i innych naddatków: jeśli rzeczywiście są to na siłę wciskane elementy, to rzeczywiście dziwny to zabieg. Jeśli natomiast stanowią próbę oddania kolokwializmów czy innych dialektów w oryginale, to mogę spokojnie uznać je za uprawnioną próbę.

  3. Właśnie dostałam książkę „Let’s talk about it” do recenzji i zastanawiam się nad tym tytułem. Dlaczego nie można było przełożyć? Czemu to ma służyć?
    Narzekam. Tak.

    • pozeracz

      Rozumiałbym, gdyby wiadomy utwór Salt-n-Pepa był dziś jakimś hiper-mega-ultra przebojem… Choć w sumie nawet wtedy nie do końca bym rozumiał. „Let’s talk about it” to nie jest żadna popularna, rozpowszechniona fraza… Wydaje mi się, że danie angielskiego tytułu sprawi wręcz, że niektóre osoby wcale „o tym nie porozmawiają”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powered by WordPress & Autor motywu: Anders Norén