"Natura ludzka nigdzie nie jest tak słaba, jak w księgarni"

Jądro (post)kolonialności, czyli „W dół do ziemi” Roberta Silverberga

Mój stosunek do Jądra ciemności Josepha Conrada doskonale pokazuje różnicę między literacką teorią, a własnym jej doświadczaniem. Jako student filologii angielskiej zdawałem sobie sprawę ze statusu tego tekstu w światku akademickim (czy też anglosasko-szkolnym) i znałem głośne reinterpretacje kinowe, ale dopiero z czasem zacząłem sam dostrzegać, jak często inni autorzy inspirowali się lub choćby nawiązywali do tego dzieła. Lektura W dół do ziemi Roberta Silverberga była swoistą kulminacją tego intelektualnego wędrowania.

w dół do ziemi okładka

Edmund Gunderson był kiedyś administratorem Belzagora, a teraz pragnie odbyć podróż przez dekolonizowaną planetę. Zmiany w polityce i lepsze zrozumienie lokalnych gatunków i ich inteligencji doprowadziło to wycofanie się ludzkich władz. Jednak pozostała tam pewna tajemnica, która dręczy samotnego podróżnika. Ta obsesja wymusza na nim długą wędrówkę, która nie tylko zbliży go do sekretów Nildorów, ale będzie retrospektywną wyprawą przez winy i grzechy.

W dół do ziemi to jeden z przypadków ukazujących, jak pojemnym gatunkiem potrafi być science fiction. Robert Silverberg wykorzystał fantastyczno-naukowy sztafaż, aby opowiedzieć historię dobrze znaną z literatury klasycznej (czy też wręcz: realistycznej) , swoistą opowieść drogi w postkolonialnym sosie. Elementy sf zresztą służą głównie budowaniu tła czy też jako drobne ozdobniki, a Belzagor mógłby równie dobrze być odległą krainą w świecie fantasy. Pisarz zresztą nie kryje się ni trochę ze swoimi inspiracjami i nawet gdyby nie wspomniał we wstępie o Conradzie i Kiplingu, to każda choćby minimalnie oczytana osoba tropy te wyłapie. Choć bowiem różnic i to nie tylko powierzchownych nie brakuje, to podobieństwa zdecydowanie przypadkowe nie są.

w dół do ziemi okładki

Jednak nie samymi inspiracjami czytelnik żyje, a (o)powieść powinna się bronić sama w sobie. Innymi słowy: i setka nawiązań do Homera, Szekspira i innych nie uratuje marnej literatury. Na szczęście W dół do ziemi do tej kategorii nie należy. W dodatku choć należy do literatury gatunkowej, bliżej jej do tej przez pewnych zadufanych „wyższą” określanej. Silverberg stworzył bowiem historię niespieszną i dającą do myślenia, ale jednocześnie zwięzłą i przestojów pozbawioną. Jednocześnie za sprawą wielu punktów styku (przeszłość/teraźniejszość, swojskość/obcość, wyższość/zrozumienie) i powiązanych z nimi postaci jest to narracja nasycona refleksją mimo węzłowatości. Sama fabuła z wierzchu jest prosta (wędrówka protagonisty, aby stać się świadkiem pewnego rytuału), ale głębi i zakamarków w niej niemało.

Najważniejszym elementem powieści Silverberga i najciekawszym wątkiem jest podwójna droga Gundersona. Ta fizyczna droga służy bowiem za swoisty wehikuł dla mentalnej (a momentami i moralnej) wędrówki głównego bohatera. Początkowo autor daje czytelnikowi odczuć, że główny bohater W dół do ziemi nie może pogodzić się z oddaniem planety, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z własnych zaniedbań jako administratora, choć z początku przed innymi wypiera się tych myśli. Podróż staje się więc niemal pielgrzymką, introspektywną drogą ku odkupieniu, poznaniu Nildorów i Sulidorów oraz samopoznaniu. Pewną wątpliwość może budzić szybkość, z jaką dochodzi do przemiany, do przewartościowań w bohaterze.

robert silverberg

W dół do ziemi to kolejna bardzo solidna pozycja w serii Wymiary. Powieść Roberta Silverberga kusi nawiązaniami do Conrada, ale jej siła tkwi w ukazaniu postkolonialnych mechanizmów poprzez drogę jednostki ku samopoznaniu i odkupieniu. Jest to bogata, dająca do myślenia historia, która ukazuje potencjał skryty w jakże szerokim gatunkowym kapeluszu nazywanym science fiction.

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję

vesper logo

Teraz odnosił wrażenie, że pierwsze trzydzieści lat jego życia było tylko wstępem, przygotowaniem do owych dziesięciu, które przeżył na tym milczącym kontynencie, ograniczonym przez lody i mgły od północy i od południa, Oceanem Benjamini na wschodzie, a Morzem Piasku na zachodzie. Przez wspaniałe i prawdziwe dziesięć lat rządził połową świata, przynajmniej w czasie nieobecności głównego rezydenta. A mimo to planeta ta strząsnęła go z siebie, jakby nigdy nie istniał…

Poprzedni

Przewodnik przed i obok, czyli „Nieobecne miasto” Macieja Krupy, Piotra Mazika i Kuby Szpilki

Następne

Zniewalająca zachęta, czyli „Rozejrzyj się!” Dariusza Dziektarza

5 komentarzy

  1. Powiem Ci, że zastanawiałam się nad tą książką, ale teraz wiem, że muszę ją przeczytać i mam nadzieję, że znajdę w tym roku dla niej czas.

  2. Luiza

    O, widzę, że Vesper trzyma poziom i sporo interesującej literatury wydaje. To dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén